Zamek z prawdziwego zdarzenia (1) Widok z lotu smoka

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z Kolorowymi Oknami

Rozdział 1

Widok z lotu smoka

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Zrobiło się naprawdę późno, a Julka jeszcze nie spała. Miała za sobą wstępną rozmowę z mamą i tatą na temat wakacji. Wstępną, bo starała się przynajmniej ogólnie przedstawić im swoje plany. Pod koniec rozmowy wydawali jej się mniej przerażeni, niż na początku. Czasem zdarzało im się zrozumieć przynajmniej niektóre rzeczy. Szczególnie jeżeli im się cierpliwie tłumaczyło.
Wstała z łóżka i boso poszła do dużego pokoju. Spod jednej z derek dochodziły stłumione odgłosy końskiej rozmowy.
– Oczywiście, że go nie zobaczyłeś, bo one schodzą niżej w i e c z o r e m. W ciemności, rozumiesz? Właśnie wtedy działają. Myślisz, że chcą, żeby je wszyscy ludzie widzieli? – mówił Kary.
– No tak, pewnie wsadziliby je od razu do zoo… – przyznał mu rację Szary.
– Latają nocą nie dlatego że się boją zoo, stamtąd by się sprytnie wywinęły, tylko dlatego że są złe i podstępne. Dlatego boją się dnia i otwartego działania. Cała ta podróż to jedno wielkie ryzyko.
– Nie przesadzaj, po prostu musimy się z nim obchodzić ostrożnie,  najlepiej będzie w ogóle nie zaczynać żadnej rozmowy. Zresztą nie widzę innych możliwości. Można lecieć albo płynąć, a nie pływamy aż tak dobrze. O lataniu już nie wspomnę.
Julka chrząknęła przechodząc koło nich, bo nie lubiła podsłuchiwać. Za chwilę, po powrocie do łóżka, zaczęła się jednak zastanawiać co knują. Było tak cicho, że usłyszała dalszy ciąg rozmowy.

– Zastanawiam się też, po co one w ogóle nisko schodzą? – w głosie Karego dalej wyczuwało się obawy.
– Pewnie po to, żeby się napić wody, a my jesteśmy akurat przy samym wodopoju – Szary miał na myśli wielkie jezioro.
Rozmowa budziła coraz więcej koników. Po chwili koło łóżka Julki zebrała się ich duża grupa. Wszyscy byli zgodni, że najprawdopodobniej nie pozostaje nic innego niż nocny lot. Na szczęście rzeczy mieli już spakowane  i za kilkanaście minut stali z bagażami w ogrodzie. Byli uspokojeni, że mama i tato Julki zgodzili się na jej na wyjazd. Dodatkowo Julka zostawiła na stole w kuchni kartkę z dokładnym wyjaśnieniem sytuacji. Zjechali na dół i wyszli przed dom. Noc była pogodna. Na początku nie działo się nic oprócz tego, że robiło się coraz nudniej. Po chwili czekania, niektórzy zaczęli myśleć o powrocie pod derki.
– Wiedziałem, że to będzie wielka porażka z klapą* – powiedział konik w kolorze zjełczałej śmietanki.

* Przypis: porażka z klapą jest gorsza od zwykłej porażki, bo po opadnięciu klapy nie da się już z porażki wyjść. W każdym razie według konika w kolorze zjełczałej śmietanki.
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

I właśnie wtedy na granatowym niebie usianym gwiazdami pojawił się nad nimi ciemny kształt. Widzieli jak sporych rozmiarów smok koloru stalowego lądował z metalicznym chrzęstem w ogrodzie koło sąsiedniego bloku.
– No tak, przecież oni mają ten mały staw z brodzikiem! – prawie krzyknął Ciemnobrązowy i pogalopował przez trawnik w stronę małego sztucznego jeziorka u sąsiadów, na które zawsze patrzyli z góry. Pozostali popędzili za nim.

Smok nawet nie tknął nieświeżej wody w brodziku i teraz obchodził go naokoło. Brodzik o nieregularnych kształtach udawał naturalne jeziorko, ale wcale nie był prawdziwy i przeważnie wypełniała go mętna woda, wymieszana z ziemią z trawnika. Wyglądało na to, że smok  pomylił brodzik z jeziorem, do którego było stąd niedaleko. Teraz z odrazą patrzył na niego jak na kałużę. Widzieli, że jego smolisty oddech pobrudził wybetonowane brzegi. Poczuli się nieswojo. Smok był bardzo nieprzyjemny z paszczy. Obserwowali jak obwąchiwał obrzeże obchodząc staw naokoło. Nikt nie odważył się odezwać. W końcu smok odwrócił się w ich stronę i zaryczał posypując trawnik kawałkami rozżarzonych węgielków, które wypadły mu spomiędzy zębów:
– Wsiadacie, czy nieeeeebleheheeeeeee?!
Decyzja nie była łatwa, ale mimo to, koniki szybko usadowiły się między łuskami, które wrzynały im się w ciało. Przeczuwały, że taka okazja szybko się nie powtórzy. Siedzenie na smoku okazało się wyjątkowo niewygodne. Na szczęście był przynajmniej na tyle szeroki, że mieściły się po cztery w każdym rzędzie, przez co było im raźniej. Julka usiadła z tyłu z dwoma konikami po bokach. Przypięli się do łusek pasami, które specjalnie po to wzięli z domu. Od razu poczuli się bezpieczniej.

Żeby dodać sobie jeszcze więcej odwagi, zaczęli jeść upieczone przez siebie słone ciasteczka z ziarenkami, zaraz po tym jak smok się wzniósł. Chcieli je kruszyć dla ptaków,  ale w ciemności żadne ptaki nie latały, więc mogli jeść do woli. Letnia noc była ciepła. Od czasu do czasu widzieli pod spodem kolorowe światła, ale przeważnie tylko błyszczącą granatową wodę, której smok upił sporo przy samym brzegu. Przysiadł tam na chwilę zanim wystartował na dobre.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Chrupali ciasteczka i robili się coraz bardziej zmęczeni, ale nie mogli zasnąć, bo myśl, że są zdani na łaskę smoka, wprawiała ich w nerwowość.
– Ależ on jest niemiły. Myślisz, że naprawdę dowiezie nas gdzie trzeba? – zapytał Julkę konik w kolorze piaskowym, bo wydawało mu się, że Julka zaraz zaśnie, a nie chciał zostać sam ze swoimi myślami i niepokojem. Zjadł więcej słonych ciasteczek niż inni, a znowu poczuł się głodny.
– Miejmy nadzieję, że tak. Smok jest zawsze groźny i niemiły. W końcu smok to jest smok, dobrego się po nim spodziewać nie można, ale on chyba zawsze kursuje tą trasą – odpowiedziała Julka starając się  uspokoić Piaskowego mimo, że sama czuła się dziwnie.
– Smoki w różnych filmach są takie milutkie…
– Acha, milutkie. Tak ci się tylko wydaje, a jak je poznasz bliżej, to wtedy dopiero zobaczysz, o co im naprawdę chodzi. Są podstępne, więc potrafią się wydawać milutkie.
– Ten się akurat szczególnie nie stara – zauważył Piaskowy.
– Ten akurat nie – przyznała Julka.
– Tak czy owak, chyba trzeba by się upewnić gdzie lecimy.

Odkąd zaczęło się przejaśniać, smok wydawał im się już trochę mniej przerażający. Szary próbował rozłożyć mapę, którą podała mu z tyłu Julka. Nie było to łatwe, bo pierwszego rzędu nic nie osłaniało i wiatr wiał tu dosyć mocno.  Siedzące koło niego koniki popatrywały po sobie wiedząc, że to im wypada porozmawiać, jako że siedzą najbliżej paszczy.
– Rozmowa ze smokiem jest w czasie lotu zabroniona, tak mi się przynajmniej zdaje – szepnął w końcu konik koloru herbaty z mlekiem.
– Spróbujmy… – Szary poprawił się na siedzeniu i rozwinął mapę na tyle, na ile to było możliwe.
– Przepraszam, czy jest może szansa, że będzie pan przelatywał nad tym miejscem? –  zapytał  wskazując punkt na mapie, szarpanej przez wiatr we wszystkie strony.
Smok udawał, że jest skupiony na nawigacji i nawet nie popatrzył. Łopocząca mapa łaskotała go w ucho. Mimo to zawzięcie milczał.
– A czy wie pan w ogóle gdzie to jest? – Szary postanowił wjechać mu na ambicję.
Smok zionął na niego nieprzyjemnym siarkowym oddechem:
– Oczywiście, że wiem gdzie to jest. Będę nawet w okolicy. Z tym, że nie aż tam – wyniośle cedził każde zdanie, a jego głos brzmiał metalicznie. – Lecę tylko do mojego znajomego ze Smoczej Jamy nad rzeką w Królewskim Grodzie Prastarym. Mam zamiar zatrzymać się u niego parę dni. Podobno jest tam o tej porze roku sporo turystów do pożarcia – smok oblizał się ohydnie.
Szaremu prawie zrobiło się słabo. Szepnął do ucha Siwkowi:
– Wiedziałem, że lepiej z nim w ogóle nie rozmawiać, jeszcze nas złośliwie wywiezie nie wiadomo dokąd, na przykład na jakąś pustynię. One wszystkie są złe i podstępne, na dodatek lubią przeinaczać potem to, co się do nich powiedziało. Będzie nam wmawiał, że sami tego chcieliśmy.
Po tych słowach przemógł wstręt i zwrócił się znowu do smoka:
– Czy to już pana ostatnie słowo? Bardzo by nam zależało na tym miejscu – mówiąc to Szary zebrał w sobie śmiałość, jaką miał przygotowaną na cały tydzień i głos prawie wcale mu nie zadrżał.
– Dobra, ale nie rozmawiaj już ze mną więcej, bo mnie to strasznie nudzi – wydyszał smok, po czym odwrócił paszczę w drugą stronę i zaczął mamrotać do siebie brzydkie wyrazy.
Odetchnęli z ulgą i zauważyli, że zrobiło się już całkiem jasno, wlatywali właśnie w letni słoneczny dzień. Woda pod nimi pobłyskiwała jasnoniebiesko. Koniki zjadły resztki krakersów własnej roboty i dla odświeżenia pryskały się nawzajem wodą z butelek. W końcu poczuli, że smok powoli obniża lot. Nie było już pod nimi wody. Z zaciekawieniem oglądali mozaiki pod spodem i zgadywali z czego były zrobione.

W końcu wstrzymali oddech. Bezpośrednio pod sobą zobaczyli ten sam kształt, który był narysowany na mapie. Patrzyli na ciągnącą się w nieskończoność białawą budowlę o nieregularnych kształtach i wielu odnogach.

– Zamek z ogrodem… – Szary ze wzruszenia przełknął ślinę, od czego odetkały mu się uszy.
– Zamek Poszarpany – szepnął konik w kolorze skorupki od jajka.
– Poszarpany, ale miły – powiedział Beżowy w ciemnobrązowe łaty.
Zamek zrobił na wszystkich tak wielkie wrażenie, że z trudem mogli wydobyć z siebie słowa. Rzeczywiście, mimo stanu ruiny już na pierwszy rzut oka widać w nim było coś swojskiego i sympatycznego, jakby miał osobowość. A przede wszystkim  wyglądał szlachetnie i dostojnie.
– Ależ on musiał dużo przejść… – westchnął  z uznaniem Siwek.
– Świadek dziejów – szepnął Kary.
– Stylowy – powiedział z podziwem Jasnoszary.
– Strasznie duży – mruknął Ciemnoszary takim tonem, jakby mu to w czymś przeszkadzało.
– Wystarczy go tylko trochę umyć – ocenił Kasztan, który najbardziej ze wszystkich lubił sprzątać.
– Duchy są na pewno – pomyślała Julka z zadowoleniem.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Smok lądował łagodnym łukiem. Zamek mieli teraz jak na dłoni. Ogromny i białawy odcinał się od świeżej zielonej trawy. W niektórych miejscach wyższy, w innych znacznie niższy, z wieloma wieżami i zewnętrznymi schodami wyraźnie widocznymi z góry.  Był w ruinie, a jednak dalej stał dumnie. Smok okrążył go powoli kilka razy, po czym złośliwie odleciał bardzo daleko i wylądował na skraju lasu z głośnym metalicznym chrzęstem łusek.
– Spacer dobrze wam zrobi! – odezwał się kiedy tylko zeskoczyli na trawę, po czym szczękając żelastwem zniknął na tle nieba w przeciągu kilku sekund.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Wszyscy doznali ulgi.  Głęboko odetchnęli czystym, świeżym powietrzem, cudownie pachnącym lasem. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, jak męczący był zapach z paszczy smoka. Czekała ich długa droga na nogach, ale poczuli taki przypływ energii i radości, że szli jak na skrzydłach. Słońce świeciło mocno, ale powietrze było suche i rześkie, więc wcale nie było im gorąco. Kierowali się według mapy. W oddali zobaczyli kościół ze spiczastym czerwonym dachem i wieżą zakończoną krzyżem, czyli wszystko się zgadzało.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Minęli trzy lasy, kilka pól i kilkanaście strumyków. W każdym z nich się kąpali, a przynajmniej zanurzali, Julka nogi, a koniki kopyta. Było lato. Julka poczuła się bardzo szczęśliwa, a koniki po prostu wychodziły z siebie. Julka rozpuściła włosy, a koniki uplotły jej wianek, bo polne kwiaty rosły wszędzie naokoło. Uznali, że ponieważ kręta droga zaczyna prowadzić coraz bardziej w górę, powinni odpocząć. Położyli się oparci o rozgrzany głaz, a Ciemnoszary konik w jasne łaty wyciągnął sztalugi i malował im portrety. Julka była ubrana w białą bluzkę koszulową i dżinsy. Mieli przed sobą schodzące łagodnie w dół pola i łąki, na których pasły się owieczki przypominające białe kłaczki wełny. Julka zaczęła się wpatrywać w jedno stado, które wyraźnie różniło się od innych.

– Czy wy widzicie jakie one mają kolory? – przerwała leniwe milczenie koników pokazując im palcem stado owieczek pod lasem.
– No faktycznie, też mi się wydawało, że jest w nich coś niesamowitego – Jasnoszary w ciemne łaty pierwszy wytężył wzrok. – Wyglądają jak kolorowa wełna w motkach. Ciekawe czy to ich naturalne ubarwienie.
– Co ty! Niebieskie, zielone? – włączyły się do rozmowy inne koniki.
– Śliwkowe…?!
– Nie, to nie może być naturalne…
– Mają chyba ze trzydzieści różnych odcieni.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Nabrali ochoty, żeby z nimi porozmawiać, tym bardziej, że wydawało im się, że przy owcach siedzi pastuszek, ale musieliby nadłożyć za dużo drogi. Zaczęli się zbierać. Ciemnoszary w jasne łaty rozdawał skończone portrety.
– Nie za dobrze wyszedłem, jakiś taki za ciemny – skomentował swój portret Kary.
– Popatrz na mnie, zrobił mi uszy jak liście – pokazał mu swój portret konik w kolorze zjełczałej śmietanki.
– To nie moja wina, że jesteście końmi. Myślicie że konia tak łatwo namalować. Dam wam farby, sami się nimi pomalujcie i będziecie piękni. – Ciemnoszary w jasne łaty wrzucił farby do worka i ruszył pierwszy. Zaczynał się stromy odcinek drogi przez las, czego zresztą wcale nie było widać na mapie.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Chyba nie zabłądziliśmy? – zapytał z obawą konik koloru herbaty z mlekiem.
– Nie, chodźcie. Widzę na mapie ten strumień przed nami – uspokoił go konik w kolorze skorupki od jajka.
Weszli do lasu. Wąska i kamienista ścieżka prowadziła prawie pionowo w górę. Z oddali usłyszeli bicie dzwonu.
– Co to? – Wygrys, który cały lot spokojnie przespał, wychylił się z kieszeni Julki i złapał ją kurczowo za rękę. Wygrys był jej zabawką z dzieciństwa.
– To tylko dzwon na wieży kościelnej – Julka pogłaskała go po futerku. Dzwon brzmiał głęboko i pięknie. Jego dźwięk całkowicie Julkę zachwycił. Słyszała coś takiego pierwszy raz w życiu.
W tym momencie na ścieżce pojawiła się postać. Schodzący z góry pastuszek zjechał koło nich na butach, ale był tak rozpędzony, że nie udało mu się zatrzymać. Usłyszał pytanie Wygrysa, więc krzyknął tylko:
– To dzwon. Bije na Anioł Pański. Musi być dwunasta.
Wdrapywali się dalej pod górę stromą, leśną ścieżką. W pewnym momencie zrobiło się płasko, ale za to drogę przecinał strumień płynący w głębokim jarze. Na drugą stronę trzeba było przejść po przerzuconym przez jar pniu drzewa. Nikomu nie było już za wesoło. Szczerze mówiąc, patrzyli na oślizgły pień i bardzo się bali. Na dodatek ścieżka zrobiła się podmokła, bo znaleźli się w głębokim lesie. Nagle usłyszeli za sobą kroki plaskające w mokrej glinie. Szary, który jako pierwszy wchodził już na kładkę, spłoszył się, cofnął  i przysiadł na zadzie na samej krawędzi jaru.  Za nimi wspinał się stary człowiek o przyjaznej, pomarszczonej twarzy. Kiedy uśmiechnął się do nich szeroko, wszystkim zrobiło się raźniej.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Witajcie na podzamczu – powiedział wesoło. – Ta kładka jest dzisiaj za śliska. Chodźcie za mną, poprowadzę was koło malin i jeżyn. Ominiemy jar.

Pan Janek, bo tak się przedstawił,  nie tylko pokazał im lepszą drogę, ale pomógł nieść bagaże, z których plecak Julki był najcięższy. Każdy konik miał ze sobą jakąś torbę i kiedy droga zrobiła się stroma, niesione rzeczy zaczęły im ciążyć jak głazy. Pan Janek okazał się uczynny, a przy tym towarzyski. Przez całą drogę nie przestawał mówić, a koniki słuchały go z otwartymi paszczami, nie pamiętając nawet, że idą pod górę.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Zamek Poszarpany od dawna czekał na remont. Jest bardzo stary. Ale ostatnio się tu zmieniło. Najpierw urządzili bibliotekę. Już jest gotowa. Kiedy skończą, będzie się chyba nazywał Zamek Nadziei czy Zamek Nadzieja, jakoś tak. Zresztą rzeczywiście gołym okiem widać, że wszystko idzie w nim ku lepszemu.
W oderwanych zdaniach, między którymi ciężko oddychał, Pan Janek snuł swoją opowieść o nowych mieszkańcach zamku. Wypędzeni z własnego domu przez kobietę wybitnie złą, a przy tym pozbawioną rozumu i urody, wprowadzili się do zamku wymagającego opieki i serca. Zamek czekał na kogoś, kto powstrzyma go od całkowitej ruiny. Na szczęście nie wszystko rozpadło się w nim doszczętnie. Na przykład kuchnia zachowała się w całości, była tylko przykryta gruzem. Wystarczyło odkopać wejście, o którym nikt nie wiedział.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Kotły stały w niej takie wielkie, że można by w zupie ugotować całe drzewo, pomagałem przy odgruzowaniu, więc wiem.

Nawet nie zauważyli kiedy znaleźli się pod murami. Pan Janek prowadził ich teraz po ślicznej, równo ostrzyżonej, mięciutkiej, jasnozielonej trawie, która wyczyściła konikom błoto z kopyt i przyjemnie je łechotała. Stanęli w cieniu wysokiego muru. Pan Janek pokazał im, że mur ma w wielu miejscach wyłomy. Wślizgnęli się przez jeden z nich i doszli do ściany zamku z białych, nieregularnych kamieni. Patrzyli na bramę, nad którą wystające z muru głazy tworzyły półkole. Wyglądała na boczną. Drzwi z grubych dech też były zaokrąglone u góry. Pan Janek zastukał w nie metalową kołatką. Musiała być bardzo ciężka.
– Wejdźcie sobie od kuchni, tu jest najprzyjemniej. Bądźcie zdrowi! Z Bogiem – powiedział i zniknął w krzakach.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Przez dłuższy czas nie działo się nic oprócz tego, że podkowa zawieszona nad drzwiami drżała od kołatania pana Janka. Julce o wiele za mocno biło serce. Zauważyła też, że pan Janek, pomagając w niesieniu, zgubił jeden z jej gumiaków wsadzonych do bocznych kieszeni plecaka.
„Co za szczęście!” pomyślała. „Nigdy ich nie lubiłam”.

Po dłuższej chwili wahania Julka nacisnęła masywną klamkę, a właściwie zawiesiła się na niej z całej siły. Grube drzwi uchyliły się powoli. Weszli do długiego, ciemnego przedsionka, na końcu którego otwierał się widok na kuchnię wielkości sali gimnastycznej. Panował w niej miły kuchenny gwar, a unoszące się wszędzie opary ślicznie pachniały gotowanymi jarzynami, przyprawami, pieczonym mięsem i ciastami. Pracowało tu mnóstwo ludzi i wszyscy wydawali się bardzo zajęci. Julka usiadła z konikami przy długim stole pod ścianą na uboczu. W kącie kuchni było ciemnawo i nikt nie zwrócił na nich uwagi. Byli naprawdę zmęczeni, a Wygrysowi zrobiło się aż niedobrze z wycieńczenia, mimo że spał w czasie lotu. Pozostali nie zmrużyli oka całą noc, więc nic nie mogli poradzić na to, że chociaż była dopiero pora obiadu, zasnęli kiedy tylko położyli głowy na stole. Julce śniło się, że przyszła się z nią przywitać jej babcia, która ją przytuliła i położyła w wygodnym łóżku. Nie słyszeli jak wrócił pan Janek i przyniósł gumiak Julki. Położył go delikatnie koło jej plecaka i znowu wyszedł.

Zamek z prawdziwego zdarzenia czyli książka z pełną gwarancją, że nie ma w niej magii

Marta Kotburska: Zamek z Prawdziwego Zdarzenia. Część I Wieża bez Zamku. Część II Zamek z Kolorowymi Oknami. Powieść dla młodzieży myślącej w każdym wieku.
Marta Kotburska. Zamek z Prawdziwego Zdarzenia: Część I Wieża bez Zamku. Część II Zamek z Kolorowymi Oknami. Powieść dla młodzieży myślącej w każdym wieku

W Wieży bez zamku i Zamku z kolorowymi oknami nie ma nic magicznego. Na każdym kroku można się tu natknąć na tajemnice i przygody, ale nie na magię. Za to cuda zdarzają się na pewno.

Zamek z Kolorowymi Oknami to książka z ciepłym, dobrym nastrojem. Taka, do której można wejść zatrzaskując za sobą okładki i posiedzieć w niej z radością. Jedyny problem: Uwaga! Wciąga.

W Zamku z kolorowymi oknami wszystko jest po prostu takie… jakie powinno być. 

Zamek z prawdziwego zdarzenia to książka idąca pod prąd. Książka, która ma w tle wartości chrześcijańskie. Która nie wlewa w młode umysły i dusze kolejnej, standardowej porcji brudu i zła jak każdy typowy dzisiejszy film czy książka.

Jest to książka dla młodzieży myślącej w każdym wieku. Książka dla wnuków, rodziców i dziadków. Przy tym hołd dla tych ostatnich.

W Zamku z kolorowymi oknami jesteśmy w świecie, który dzisiejsi neomarksiści chcą wymazać z mapy i z naszej pamięci. W świecie naszych rodziców, wyrastającym ze świata ich rodziców, a wcześniej dziadków i pradziadków. Jest to książka o moim świecie, o naszym świecie, o świecie każdego, któremu świat przeszłości i tradycji jest drogi.

Zamek z kolorowymi oknami to książka kontrrewolucyjna: proponująca dobro zamiast zła i czystość zamiast brudu. Nasze dzieci są zarzucane głupimi książkami. A przecież czytanie głupich książek nie przyda nikomu mądrości. Potrzebujemy więcej literatury równoważącej propagandę neomarksistowską i globalistyczną, całkowicie antykatolicką w swojej symbolice i treści. Która zresztą, czy raczej prawie bez reszty, zdominowała beletrystyczny rynek wydawniczy na całym świecie. Wiadomo, że udany marsz rewolucjonistów przez instytucje zrobił swoje. Ale nigdy nie jest beznadziejnie. Każda rozmowa dziadków z wnukami może mieć dla nich znaczenie oczootwierające. I każda dobra książka od dziadków dla wnuków może zadziałać podobnie. Zamek z kolorowymi oknami to idealna książka od babci dla wnuczki.  

 

Marta Kotburska

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia

czyli

Wieża bez zamku (część 1)

Zamek z kolorowymi oknami (część 2)

 

Marta Kotburska: Zamek z Prawdziwego Zdarzenia. Część I Wieża bez Zamku. Część II Zamek z Kolorowymi Oknami. Powieść dla młodzieży myślącej w każdym wieku
Młode lata Julki upływają w dużym mieście leżącym na samym końcu krainy dzikich zwierząt, niezmierzonych  lasów i krystalicznie czystej wody, do której jej rodzice przyjechali kiedyś z bardzo daleka. Robi się coraz starsza i zaczyna w niej dojrzewać potrzeba poznania własnych korzeni. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w jej życiu pojawia się stara komoda z małymi szufladkami, których nie da się otworzyć. Kiedy nadchodzi odpowiedni moment, szufladki same wysuwają się od środka i okazuje się, że w szafie mieszka ktoś, kto wie o krainie przodków Julki znacznie więcej niż ona. Ktoś kto wyjechał z niej tak dawno, że nie jest nawet pewien czy kraina wciąż istnieje, a jeśli tak, to na ile się zmieniła. Działają razem, bo łączą ich wspólne interesy: mieszkańcy komody pragną odnaleźć krainę, a Julka chce się o niej czegoś dowiedzieć. Zgodnie podejmują wyzwania, dzięki czemu udaje im się zajść dalej i odkryć więcej, niż się tego spodziewali w najśmielszych marzeniach. Julka dotrze do bezcennego skarbca tradycji i to będzie dopiero początek wiekich przeżyć. Kiedy wspólnie znajdą się w Krainie, akcja rozgrzeje się do czerwoności.

Wstępik

czyli

wejście od kuchni do Zamku z prawdziwego zdarzenia

Wszystko, co zostało opisane w tej książce, całkowicie beletrystycznej, zdarzyło się naprawdę. Wszystko, co wiąże się z jej powstaniem, też zdarzyło się naprawdę.

Naprawdę zdarzyło się, że zaczęły mnie przerażać reklamy literatury dla młodzieży przychodzące w emailach. Reklamy dostaję dlatego, że często szukam książek dla córki, siedzę w tym świecie i od własnego dzieciństwa nie przestałam go lubić. Z reklam nowości wydawniczych wyłaniał się świat straszny, groźny, przerażający, brutalny. Pełen potworów, czarów i makabry. Z głównymi pozytywnymi bohaterami o dużej mocy sprawczej w postaci wiedźm, czarowników, w najlepszym przypadku wróżek. Na dodatek, w miarę jak rosła grupa wiekowa czytelników, do których oferta była skierowana, świat wyłaniający się już nawet tylko z samych reklam, jawił się jako coraz bardziej wulgarny i równocześnie smutny, nawet depresyjny. Złapałam się na tym, że przestałam otwierać oferty księgarń, żeby się nie przygnębiać.

Książki, które uważałam za normalne, zaczęłam znajdować jak igły w stogu siana. W którymś momencie doszło do tego, że postanowiłam napisać taką książkę, jakiej szukam. Wiedziałam, że książka moich marzeń czyli taka jak te, które najbardziej lubiłam w młodych latach, musi być pełna tajemnic i zapewniać mocne przeżycia, ale postanowiłam dać 100% gwarancję, że nie będzie w niej magii. Magii, którą antychrześcijańska propaganda lansuje nam od tak dawna i tak intensywnie, że wszystko, do czego ktokolwiek kogokolwiek zachęca musi być obowiązkowo magiczne. Począwszy od książki, a na przetykaczce do umywalki skończywszy. 

Naprawdę zdarzyło się też, że ze współczesnych książek wyrzucono Boga. Książki opisują nowy świat, w który, jak nam się wmawia, nieuchronie wkraczamy. Nachalnie lansują nową wersję komunistycznego raju bez Boga, który ma podobno zapanować na całym świecie. W mojej książce jest miejsce dla naszego dobrego Boga. Jeżeli ktoś ma alergię na słowa takie jak Chrystus, modlitwa, Anioł Stróż, różaniec i Matka Boska, może nie czytać Zamku z kolorowymi oknami ze względu na możliwość dostania wysypki.

Naprawdę zdarzyło się też, że miałam okazję być świadkiem tego, jak piękne są związki między wnukami, a babciami i dziadkami i jak wielkie mają znaczenie. Nabrałam przekonania, że wakacje spędzone przez wnuki u babci i dziadka, takie, w czasie których pogłębi się więź między nimi, zrobi dziecku więcej dobrego niż 1000 wycieczek do atrakcyjnych kurortów. Ta książka jest moim pełym uznania ukłonem w stronę Babć i Dziadków, ich życiowej mądrości, która mają do zaoferowania wnukom i ich poświęcenia dla nich. Niech żyją wszystkie Babcie i Dziadkowie świata!

Naprawdę zdarzyło się też, że moja córka, urodzona w Kanadzie, miała okazję dobrze poznać własnych dziadków i innych, licznych, krewnych mieszkających w Polsce. Po powrocie  z jednych z pierwszych wakacji u dziadków, córka zaczęła bez końca mówić o „mojej Polsce”.  Ponieważ inspiracją do pisania tej książki było dla mnie życie mojej córki, mowa jest tu o poczuciu tożsamości, jej poszukiwaniu i radości z jej odkrywania, a także o tym jak ważne są to rzeczy dla kogoś mieszkającego daleko od „Krainy Przodków”.

Marta Kotburska

I tak doszliśmy do Wieży bez Zamku. Do której przeczytania z całego serca zapraszam.

Wchodzimy? Jupingi! (jak mówi moja córka, kiedy zabiera się z zapałem do czegoś, na co się cieszy).

Półkolonia z Biksem

Te dwa stoły już się sprawdziły. Robią dobrą robotę służąc nam codziennie, dobrze się myją, farba akrylowa nie schodzi.

Znalazły się u nas w domu jako stare i używane, a pomalowałyśmy je z Julką w lecie 2019 w ramach czegoś, co ona nazwała Beaks Daycamp. Beaks to ja. Nazwa pochodzi od dzioba i wzięła się chyba stąd, że za dużo mówię, w każdym razie do niej. Zajęcia w ramach półkolonii z Biksem to chodzenie raz w tygodniu na plażę i robienie różnych innych rzeczy w pozostałe dni.

colorful tables Copyright © starystoldowszystkiego.com

Stół w akcji.
Stół w akcji.
zdzieramy-lakier-bezbarwny
Zdarłyśmy błyszczący lakier bezbarwny.
zakurzylysmy-wszystko
Kurzyło się niesamowicie. Pył trzeba było zbierać na bieżąco.
stoly-bez-farby
Zaczynamy najlepszą część. Każdy wybrał swoje kolory.
kolor-pierwszy
Pierwsza warstwa.
Gotowe.

Krystyna Kramarska Anyszek (1911 – 1987)

okladka Ksiazki Babci
Krystyna Kramarska jako studentka 5 roku UJ, Kraków 1935
Krystyna Kramarska jako studentka 5 roku UJ, Kraków 1935

„Książka Babci” to wspomnienia naszej bardzo kochanej babci, która chętnie i często opowiadała nam o przeszłości. Chłonęliśmy te opowieści jako cenną wiedzę o życiu normalnym, tym sprzed komunizmu. Tamte czasy wydawały się wspaniałe, nawet idealne, a opowieści  babci były swoistą odtrutką na panujące dookoła komunistyczne zakłamanie i poczucie beznadziei. Nawet znajomi dziadków z tych dawniejszych, wojennych i przedwojennych lat, którzy czasem odwiedzali ich w naszym mieszkaniu na Siemiradzkiego w Krakowie, wydawali się żywym dowodem, że życie było kiedyś inne, słowo „honor” coś znaczyło, kłamstwem się brzydzono, a ludzie mieli dla siebie zwykłą, prostą serdeczność.

Opowieści słuchaliśmy w latach 70. i 80. poprzedniego już, choć trudno w to uwierzyć, stulecia.  W końcu babcia, nie mając siły powtarzać naszych ulubionych historii na okrągło, obiecała nam je spisać. Tytuł „Książka Babci” nadaliśmy jako roboczy, niecierpliwie czekając aż babcia skończy pisanie. Nazwa już pewnie zostanie, trudno byłoby ją zmieniać po kilkudziesięciu latach. Babcia pisała tak, żeby każdy z nas, niezależnie od wieku, mógł strawić zawartą we wspomnieniach wiedzę. O wielu rzeczach napisała bardziej oględnie, niż nam opowiadała, bo komunizm trwał, stan wojenny mieliśmy jeszcze przed sobą, nocne i całodzienne rewizje też.

Jej poświęcenie i cierpliwość dla nas, wnuków, nie miała granic. Podziwiałam to w wieku kilkunastu lat jako najstarsza wnuczka, uważając, że babcia osiaga szczyty cierpliwości zajmując się moim młodszym kuzynostwem. Myślałam, że nigdy bym czegoś takiego nie potrafiła. Ale jej przykład działa na mnie nawet teraz, kiedy sama jestem prawie w tym wieku, co ona wtedy. 

Mając kilka lat uwielbiałam przedpołudnia spędzane z nią w naszym mieszkaniu, kiedy wszyscy inni, liczni, domownicy szli do swoich zajęć, i przejście spod jej opieki do przedszkola odczułam jako wielki cios. Zdenerwowała się na mnie tylko jeden raz, a miała wiele okazji, bo mieszkałam z nią przez kilkanaście lat. Ta jedyna  okazja nastąpiła, kiedy, będąc w szkole podstawowej, po powrocie do domu zaczęłam chodzić stawiając stopy jak kaczka. Zaobserwowałam coś takiego u kogoś idąc ulicą i bardzo mi się ten dostojny chód spodobał (pięty razem, palce obu nóg jak najdalej od siebie). Dosłownie słyszę w tej chwili, po kilkudziesięciu latach, jak babcia mówi: No co ta Gośka!… Natychmiast zrezygnowałam z kaczego chodu, bo zdanie babci naprawdę dużo dla mnie znaczyło.

Babcia Krystyna Kramarska w Krakowie nad Rudawą, lata 30

Nigdy nie usłyszałam z jej ust przekleństwa, ani żeby podniosła głos, mimo, że była stanowcza, czasem nawet uparta. Ale była to stanowczość łagodna. Pamiętam ją jako cichą i serdeczną dla każdego, kto przychodził do naszego mieszkania. Pamiętam, że jej bezpośrednia serdeczność robiła wrażenie na osobach, które były u nas w domu pierwszy raz.

Mimo, że ukończyła przed II Wojną dwa fakultety na Uniwersytecie Jagiellońskim, historię i geografię, i jako pierwsza kobieta w rodzinie zdobyła wyższe wykształcenie, zawsze chciała pracować tylko w domu. Tak jak Mamusia, według jej własnych słów.

Nie znosiła podróży. Kraków był jedynym miejscem na świecie, w którym chciała być. Czytała wszystkie książki o Krakowie, jakie udawało się zdobyć. Była rozkochana w epoce średniowiecza. Lubiła jeść i gotować tylko proste, tradycyjne potrawy, które znała z domu. Alkohol ani żadne inne używki w ogóle dla niej nie istniały.

Mieszkając z babcią pod jednym dachem przez wiele lat, znałam ją dobrze. Wspomnienie atmosfery stworzonego przez nią domu jest ze mną przez wszystkie lata i jest to wspomnienie bardzo dobre. Takie, do którego chętnie się wraca i w oparciu o które dobrze było budować całe późniejsze życie. Atmosfera w domu była bardzo dobra mimo, że były to mroczne czasy komunizmu. Nasze mieszkanie wspominam jako jasną chatkę w otaczającym ją ciemnym komunistycznym lesie na zewnątrz. Ze ścianami nie do zdobycia 🙂

Za Dzieje Klasztoru PP. Norbertanek w Krakowie na Zwierzyńcu http://naszaprzeszlosc.pl/tom-47.html http://naszaprzeszlosc.pl/tom-58.html?sSort=size

napisane na prośbę Sióstr Norbertanek, w krótkich przerwach między pracami domowymi i w czasie corocznych wakacji w Rabce, Uniwersytet Jagielloński zaproponował jej tytuł doktora, co babcia odrzuciła, dlatego że warunkiem było zdanie egzaminu z tak zwanej filozofii marksizmu albo z ekonomii politycznej socjalizmu. Sprawa została załatwiona przez telefon. Pamiętam minę babci, kiedy odłożyła słuchawkę, uznała to za niesmaczny żart.

Wszystko co robiła i jak to robiła wypływało z jej głębokiej wiary w Chrystusa. Była dla mnie wzorem pokory chrześcijańskiej, a za szczególny tego przykład uważam cierpliwość, z jaką znosiła zakaz robienia bardzo wielu rzeczy, nawet takich jak robota na drutach, który spadł na nią spowodowany zawałem serca. Przypuszczam, że źródłem choroby były przejścia wojenne. Myślę też, że na ukształtowanie jej charakteru miała wielki wpływ szkoła Sióstr Norbertanek. Była to pierwsza szkoła, do której babcia chodziła, a siostry nauczycielki z miłością i szacunkiem wspominała do końca życia, do końca utrzymywała też z nimi kontakt.

Babcia była też bardzo oddana Matce Boskiej, o której zawsze mówiła z wielką czcią, i to wydawało w jej życiu widoczne owoce. Można się było od niej dużo nauczyć mimo, że starała się nie narzucać. Działała przykładem i niezłomnym trwaniem przy zasadach, w które wierzyła. Patrząc na to, jak żyła, mam głębokie przekonanie, że szła dobrą drogą. Widzę to szczególnie wyraźnie teraz, z perspektywy czasu.

Parafrazując to, co napisała w Książce Babci o swojej mamie: takiej babci jak ona życzyłabym wszystkim dzieciom.

Najstarsza wnuczka Gośka

Mamusia

Wałek ze strychu domu przy Senatorskiej 27, którego już nie ma.
Mamusia z „Książki Babci” czyli prababcia Helena Kramarska (1882 – 1955) z najstarszym synem Marianem. Zdjęcie zrobione koło roku 1910.

Moja mama, Helena z Wilczyńskich Kramarska, była taka, jakiej życzyłabym wszystkim dzieciom. Ponieważ nie pracowała zawodowo, mogła się nam poświęcić w zupełności. Była niesłychanie cierpliwa, zawsze pogodna i dowcipna. Miała wielkie poczucie humoru, które towarzyszyło jej do końca życia i robiło z niej osobę pożądaną w towarzystwie, bo na usposobieniu jej i umysłowości lata przeżyte i kłopoty nie zostawiały śladów. Poza tym była spostrzegawcza, miała dużo taktu i szybki refleks. Dzięki temu we wszystkich z nas wzbudzała zaufanie, ale nie tylko w nas, również w naszych koleżankach i kolegach moich braci, którzy obierali ją sobie za powiernicę. Była naszą najserdeczniejszą przyjaciółką.

Pełna życia i energii cały dom trzymała w garści, łącznie z wychowaniem dzieci. Ojciec proszony przez nas o pozwolenie na jakąś eskapadę odsyłał nas do niej ze słowami „jeżeli mama pozwoli”. (…) (tu babcia pisze więcej o swoim ojcu).

Ojciec długo wojował, więc mama przyzwyczaiła się do stanowienia o sobie i o nas i to w warunkach nienormalnych. Gdy Kraków przygotowano do obrony jako twierdzę i kazano wszystkim rodzinom oficerów opuścić miasto, kierując je do Czech, mama zdecydowała z miejsca się nie ruszać. Powołując się na samotną matkę (tzn. babkę Antoninę) wymogła na władzach wojskowych pozwolenie na pozostanie w obrębie twierdzy, a że musiała mieć dokumenty motywujące tę decyzję, postarała się o legitymacje, które potem stanowiły źródło do żartów, mając wszystkie jeden punkt zaczepienia. Babka zostawała jako właścicielka realności, mama jako córka właścicielki realności, a my jako córki i synowie córki właścicielki realności. Na rozkaz władz porobiła wiele zapasów: cukier w głowach, wory mąki, poszewki od becików pełne suszonych rogali, a gdy pewnego dnia odwrócono rozkaz i komisje chodziły po mieszkaniach, aby zarekwirować zgromadzoną żywność, potrafiła wszystko tak ukryć, że nic nie znaleziono. No, ale miała do dyspozycji cały dom, była przecież „córką właścicielki realności”. Mama umiała upomnieć się o swoje. Zdarzyło się raz, że oficer austriacki uderzył brata Mariana; rozsierdzona mama wpadła do kwatery oficerskiej i tak mu nawymyślała od „dekowników”, że nie wiedział, gdzie się przed nią schować.
Tak babcia napisała we wspomnieniach o swojej mamie. Zamieszczam tutaj jej słowa dlatego, że za każdym razem, kiedy je czytałam, co jakieś kilkanaście lat, wydawały mi się bardzo inspirujące. Wydaje mi się, że dobrych inspiracji potrzeba nam zawsze. Do życzeń babci dla wszystkich dzieci chciałabym dodać własne dla wszystkich matek, żeby ich dzieci mogły kiedyś tak o nich napisać, jak babcia o swojej mamie.
Pamiętam, jak moja babcia mówiła, że jej mama, a raczej mamusia, bo zawsze tak ją określała kiedy rozmawiałyśmy, była jej najlepszym przyjacielem. Słysząc to w wieku kilkunastu lat byłam takim stwierdzeniem bardzo zaskoczona. Potem, z biegiem lat, zrozumiałam te słowa bardzo dobrze.

Obrazek od mamusi

Muzyka średniowieczna w polskich zamkach

 

Mały Miś

Little Bear's Friend by Else Holmelund Minarik illustrated by Maurice Sendak
Little Bear’s Friend by Else Holmelund Minarik illustrated by Maurice Sendak
Books about Little Bear by Else Holmelund Minarik illustrated by Maurice Sendak

Tchnące dobrem i spokojem domu rodzinnego, napisane pięknym, prostym językiem, a do tego cudownie zilustrowane. Tak jednym zdaniem mogę określić porywające opowieści z życia Małego Misia autorstwa Else Holmelund Minarik z obrazkami Maurice Sendaka. Else Holmelund Minarik (1920 – 2012) spędziła długie życie w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyemigrowała z rodzicami z Danii w wieku 4 lat. Jej najbardziej znanymi książkami są właśnie te o Małym Misiu, napisane w latach 50. i 60., kiedy pracowała jako nauczycielka klas początkowych w szkole na Long Island w stanie Nowy York. Jak kiedyś powiedziała, do napisania pierwszej z nich skłoniła ją chęć podarowania uczniom na święta opowiadania pełnego ciepła i dobroci. Czyli czegoś, czego było im trzeba, a czego nie mogła znaleźć w literaturze, którą miała im do zaoferowania jako nauczycielka. Własnoręcznie zrobione kopie pierwszej książki o Małym Misiu rozpowszechniła wśród swoich uczniów z własnymi ilustracjami. A potem Miś, chociaż taki mały,  jakoś przebił się dalej i poszedł w świat. Autorka powiedziała kiedyś: Mały Miś to ja w Danii, gdzie byłam przytulana i kochana.

Little Bear’s Friend by Else Holmelund Minarik illustrated by Maurice Sendak

 

Books about Little Bear by Else Holmelund Minarik illustrated by Maurice Sendak

W mojej Polsce

Julka kocha Polskę.

W końcu tam są dziadkowie, kuzynki i kuzyni, ciocie i wujkowie, pies i kot, po prostu szał. O tym, jak dużo dają jej coroczne wakacje w Polsce, mogłabym pisać dzień i noc bez przerwy.

Po powrocie przez dłuższy czas słyszymy od niej takie wyrażenia jak: byłam w mojej Polsce; widziałam to w mojej Polsce; to? a, tak, kupiłam to w mojej Polsce; słyszałam to w mojej Polsce; jadłam to w mojej Polsce; znam to z mojej Polski.

https://www.youtube.com/watch?v=H0CLozZo1NI

„Barka” w tym wykonaniu ma taką moc, że mnie przechodzą ciarki za każdym razem, kiedy słucham. To jest prawdziwa moc!

https://www.youtube.com/watch?v=comCT-jvkRw

Tak jeszcze jest w Polsce. Są TACY księża. Są TAKIE dzieci. Oby trwało to nadal. Zawsze. Na razie jest w Polsce jeszcze wielu wspaniałych księży i jest wiele wspaniałych dzieci, które tak pięknie potrafią im podziękować. I są młodzi ludzie, którzy potrafią stworzyć TAKI zespół. Ja naprawdę chylę czoła. Odkąd odkryłam przypadkowo ten film, oglądałam go nieskończoną ilość razy, i chyba ani razu bez zwilgotniałych oczu.

Proboscu, Prałacie,

Tyś se wiedzioł ło tym

ze dzieci si ucy teroz, a ni potym!

Te mądre i bardzo głębokie słowa wypowiedziane piękną gwarą góralską przez chłopca z zespołu Mała Armia Janosika można usłyszeć w innym filmiku z tej samej uroczystości pożegnania księdza proboszcza Antoniego Zuziaka po jego 24 latach służby w parafii w Rabie Wyżnej. 

Obciął, skrócił i wyrzucił

3-swinki

Eksperymenty i małe wynalazki, a przy tym odkrywanie starych sprawdzonych sposobów prababki, jednak najlepszych.

Oczywiście nasze częste eksperymenty nie zawsze kończą się wynalazkami. Najczęściej są to przeróbki w stylu

obciął, skrócił i wyrzucił

(jak mówiła moja Babcia),

ale czasem coś nam się udaje.

error: Content is protected !!