Książki dla dzieci są ważniejsze, niż te dla dorosłych

The Real Mother Goose, Blanche Fisher Wright, 1916

Po tym jak przebiegłam Internet wszerz i wzdłuż szukając dla mojej córki takich książek, jakie naprawdę chciałabym jej dać do przeczytania, przebijając się przy tym przez góry innych książek, postanowiłam zebrać swoje znaleziska w formie listy, która być może przyda się komuś w podobnej sytuacji. Kiedyś sama szukałam takich list, ale na tych, na które natrafiałam, często znajdowałam książki, których polecanie wydawało mi się problematyczne. Tak powstała

Lista książek dla dzieci

z prawdziwego zdarzenia czyli takich

które można bezpiecznie kupić dziecku

które dziecka nie okaleczą

których celem nie jest deprawować dzieci począwszy od wieku kilku miesięcy

których autorzy nie bawią się dzieckiem, przestawiając do góry nogami wszystko, co zdołało sobie ułożyć w głowie

które nie zrobią z dziecka wrednego, egoistycznego stworzenia

które nie opluwają wartości chrześcijańskich

które nie uczą lekceważenia dorosłych

które nie przedstawiają dziecku świata bez istnienia Boga, które Go nie wymazują, nie traktują jako tematu tabu, starając się w ten sposób zasugerowć, że Boga nie ma

których głównym atutem nie jest to, że są „magiczne”

Czyli jest to kącik książki, której nie ma.

Kącik książki prawie już nieistniejącej.

Ale nigdy nie należy sie załamywać. Coś jeszcze można znaleźć. I właśnie tym książkom warto zapewnić przetrwanie w czasach rozlewającego się barbarzyństwa. W tym sensie powstająca tutaj lista to równocześnie:

Lista książek dla dzieci

wartych ocalenia od zapomnienia

w czasach kiedy zalewa nas barbarzyństwo

The Real Mother Goose, Blanche Fisher Wright, 1916

W założeniu lista ta ma być żywa i cały czas się wydłużać. Właściwie jest to dopiero jej początek. Mam zamiar uzupełniać ją z każdą chwilą, to znaczy co tydzień będzie tu dochodził jakiś tytuł. Byłabym też bardzo wdzięczna za sugestie od mam, babć i wszystkich tych, którzy, jak ja, siedzą w książkach dla dzieci nie tyle z obowiązku, co dla przyjemności.

Bo przecież książki dla dzieci są nawet ważniejsze, niż te dla dorosłych – powiedziała kiedyś do mnie znajoma, Majka, oczekując potwierdzenia, co oczywiście zrobiłam. Na książkach dla dzieci wychowują się przyszli dorośli, książki te mają wpływ na ludzi jeszcze nie ukształtowanych i poszukujących. W tym sensie to, jakie książki nasze dzieci czytają, ma wymiar wręcz historyczny. Tak kształtują się pokolenia, które zanim się obejrzymy, będą decydować jak historia się potoczy. Zakładając oczywiście, że nie zatracimy zdolności czytania, na  co miejmy nadzieję.

Jednym słowem, w kąciku, który zaczęłam tutaj urządzać, mają się znaleźć książki takie, które z trudem znajdujemy w morzu innych książek. Jestem pewna, że inne mamy wiedzą, o czym mówię. Człowiek szukający dziś książki dla dzieci w typowej księgarni, szybko zaczyna zdawać sobie sprawę, że z wydawnictw płynie rzeka literatury odzwierciedlającej postulaty i idee współczesnej rewolucji. Która bardzo często atakuje wartości chrześcijańskie i wszystko, co kojarzy się z tradycyjnym w naszej kulturze podejściem do życia. Nie oszukujmy się: jest to w tej chwili już nawet nie rzeka, ale rozległe morze, czy raczej bagno. Mimo, że naprawdę lubię świat literatury dziecięcej, a może właśnie dlatego, od jakiegoś czasu przestałam otwierać emaile z reklamami takich książek przysyłanych przez księgarnie (cały czas mam na myśli książki angielskojęzyczne i sytuację w moim kanadyjskim otoczeniu). Już same okładki, tytuły i dobór tematów książek dla młodzieży i trochę starszych dzieci, mogą wbić w depresję. Są mroczne, destrukcyjne, wręcz groźne, równocześnie wieje od nich beznadzieją. Jakby ktoś spychał młodego czytelnika w ciemną otchłań. Przyzwyczaiłam się do tego, że za każdym razem kiedy otwieram email z księgarni, otacza mnie groźna atmosfera całorocznego halloweenu.

I właśnie wbrew temu wszystkiemu, zaczęłam tworzyć listę książek, które, na przykład, nie zmienią dziecka w wredne, egoistyczne stworzenie. Niestety, większość tych, które znajdujemy w tej chwili na półkach księgarń, w tym na półkach wirtualnych, ma dużą szansę zrobić właśnie to. Tak oceniam sytuację w księgarniach kanadyjskich, ale i w polskich jest z roku na rok, czy nawet ostatnio z chwili na chwilę, coraz podobniej. W końcu rewolucjoniści kroczą i jest tylko kwestia tego, jak daleko zajdą. A ambicje mają, jak wiadomo, duże: cały świat. Jak wiemy z doświadczeń historycznych, rewolucjoniści idą tak długo, dopóki się ich nie zatrzyma.

A przecież znaczenie ma już nawet sam język, jakim książka została napisana. Mnie samej zdarzało się powtarzać bezwiednie jakieś „chwytliwe” powiedzonko i zaraz potem zastanawiać się, co ja właściwie do własnego dziecka wygaduję. Po czym dochodziło do mnie, że jest to fragment książki, którą właśnie czytałam córce.

Bardzo lubię książki dla dzieci. Przed Bożym Narodzeniem, co roku, jeszcze do niedawna, wybierałam się do księgarni i spędzałam w dziale dziecięcym nieprzyzwoicie dużo czasu. Może było to związane z tym, że w moim domu rodzinnym, pod choinką zawsze leżała książka dla każdego dziecka. Słownie jedna. I żadnych innych prezentów. I Boże Narodzenia z dzieciństwa wspominam jako najcudowniejszy  czas roku. Inne prezenty oczywiście też były, przynosił je święty Mikołaj 6 grudnia, normalnie, jak trzeba. To była zupełnie osobna sprawa. Ale wracając do księgarni. Tych fizycznych, nie internetowych. Nieliczne, które jeszcze zostały w Toronto, zamieniają się w sklepy z różnymi innymi rzeczami, a książki schodzą na coraz dalszy plan. Dział z zabawkami rozszerza się coraz bardziej, wypierając ten z książkami dla dzieci, a rycząca muzyka nie pozwala się skupić. Dawniej w księgarni można było przeczytać fragment tego, co się bierze do ręki, teraz irytujący muzak mobilizuje, żeby coś szybko złapać i wyjść, a raczej uciec. Dawniej księgarnie miały swoistą atmosferę, teraz zupełnie ją zatraciły. Są dokładnie takie same jak wszystkie inne sklepy.

Pamiętam ostatnie w życiu zakupy w księgarni fizycznej. Postanowiłam, że nigdy tam już nie pójdę, bo krążąc między półkami bardzo długo, nic nie znalazłam. Wejście do działu literatury dziecięcej zastawiono w poprzek gigantycznym regałem wypełnionym książkami jednego tylko pisarza kanadyjskiego, który napisał ich już dziesiątki, jeśli nie setki. Rozumiem, że są to książki traktowane jako „jedynie słuszne”, jak narracja (!!!) telewizyjna z poprzedniej fali komunizmu, tego, który znam aż za dobrze z Polski. Jest to chyba najpopularniejszy, a w każdym razie najbardziej lansowany od wielu już lat, kanadyjski pisarz książek dla dzieci. Ominęłam ten regał dlatego, że moje wrażenie jest takie, że twórczość tego właśnie autora, gwarantuje wychowanie wstrętnego, nieznośnego, egoistycznego dziecka, które szybko wyrośnie na dorosłego o tych samych cechach. Udało mi się nigdy nie kupić jego książek, ale córka przynosiła je z biblioteki szkolnej i klasowej niezliczoną ilość razy. Wygląda na to, że są po prostu wszędzie. Nawet w Wallmarcie, w którym kupuję jedzenie, mijam całą półkę tych książek, przez wszystkie lata kiedy tam chodzę. Po prostu nie ma od nich ucieczki. Przez to, że córka przynosiła je do domu, trochę wbrew swojej woli, musiałam zapoznać się z nimi bliżej i miałam okazję stwierdzić, że moim zdaniem, jest to pisarz z pełną świadomością namawiający dzieci do każdego rodzaju niegrzeczności, jaką jest w stanie wymyślić.

Świat „nowoczesnej” (?), „postępowej” (?!!!), rewolucyjnej (!…), książki dla dzieci, pełnej marksistowskiej, bolszewickiej papki nawalanej ludziom do głowy, czyli to, co wypełnia współczesne księgarnie, nie jest już dla mnie. „Już” dlatego, że sama się na takich książkach wychowywałam, w każdym razie częściowo, i w lewicowym sosiku, w jakimś sensie, do pewnego stopnia, też częściowo, dusiłam się przez długie lata. „Do pewnego stopnia” dlatego, że jednak zdrowy rozsądek zawsze gdzieś tam na dnie wierzgał i miewałam zdrowe odruchy i myśli. Ale jednak, nazwanie rzeczy po imieniu i poukładanie ich na właściwych miejscach zabrało mi przerażająco dużo czasu, bo przecież atak na nas wszystkich był zmasowany: równocześnie książki, film, słowa piosenek, nawet sztuki teatralne. Przez długie lata męczyłam się usiłując zrozumieć otaczający nas, dziwny,  pełen fałszu i zakłamania zlewaczały świat, w którym nic się kupy nie trzyma. Świat oparty o i wygłaszający mądrości, w których każde kolejne zdanie przeczy poprzedniemu albo przynajmniej przedostatniemu. Nie jest łatwo przyznać, że siedziało się w bagienku myślowym. Im dłużej się siedziało, tym trudniej… Ale można. I warto. Pomyśleć, przywołać zdrowy rozsądek. Rozejrzeć się po półkach z książkami, własnymi, również tymi z dzieciństwa, i powiedzieć najpierw do siebie, a potem do właścicieli innych podobnych półek, że przecież król jest nagi. Że przecież lepiej by było, gdyby wiele ze stojących na tych półkach książek nigdy nie zostało napisanych.

The Real Mother Goose, Blanche Fisher Wright, 1916

Wtedy zaczynają człowiekowi przychodzić do głowy niecenzuralne myśli. Takie, że aż strach się nimi z kimś podzielić. Na przykład, że nasza najfantastyczniejsza, najfajniejsza na świecie i ukochana przez nas wszystkich Pippi czy Fizia, Pończoszanka czy nie, Langstrumpff albo Longstocking, w jakiejkolwiek wersji ją znamy, ośmieszając podważa autorytet rodziców i wszystkich innych dorosłych, o których jest mowa w tym małym i zgrabnym rewolucyjnym majstersztyku. Który podbił wiele krajów, w każdym razie tych z naszego kręgu kulturowego. Na pewno książka ta jest jedną z rewolucyjnych bomb, które  usiłują rozsadzić nasz świat. Potwierdza to zresztą w pełni życiorys jej autorki. Tu szczere wyznanie: sama kupiłam Pippi dwóm dziewczynkom, które są mi bardzo bliskie. I po polsku, i po angielsku. Przepraszam. Uczymy się całe życie.

Takich przykładów jest w literaturze dla dzieci pełno. Można przytaczać bez końca. Nie jest też wcale trudno dostrzec różne, bardzo problematyczne, rzeczy w książkach, które kiedyś wydawały się świetne. Wystarczy tylko szerzej otworzyć zamknięte oczy i nauczyć się odwagi od małego chłopca, który powiedział, że król jest nagi.

W miarę jak, przyglądając się książkom dla dzieci, w tym książkom, które sama znałam z dzieciństwa, coraz wyraźniej dostrzegałam ich ciemniejsze i brzydsze strony, zaczęłam zastanawiać się nad jakimś łatwym w użyciu kryterium czy sposobem, który pomógłoby mi jednak jakieś książki dla córki znajdować. Wtedy postanowiłam, przed naciśnięciem guzika „dodaj do koszyka”, czytać życiorysy autorów. Tak wyrzuciłam ze sklepowego koszyka niejedną książkę. W ten sposób odpadło na przykład „Pięcioro dzieci i coś”, które kiedyś bardzo lubiłam. Przeczytałam, że autorka rzuciła wszystko, żeby popularyzować eugenikę i jej książki zupełnie straciły dla mnie urok. A potem przeszłam wzdłuż naszych domowych półek, googlowałam co mogłam i z niemiłym uczuciem rozczarowania i niedowierzania doszłam do tego, że większość książek, które zachowałam z dzieciństwa, napisali rewolucjoniści kolejnych zrywów, komuniści albo masoni, ewentualnie komuniści-masoni. Ręce opadają.

Czytanie życiorysów autorów stosuję dalej. Okazało się równie pouczające w przypadku pisarzy tworzących nam współcześnie. Cytuję z Wikipedii: „he has been diagnosed with obsessive-compulsive and manic-depressive disorder, and that he had a cocaine addiction that started in 2005 and was an alcoholic; at the time, he had been clean for four months, and had regularly attended Alcoholics Anonymous for the previous 25 years and Narcotics Anonymous meetings more recently.” Jeśli tacy są najwybitniejsi pisarze dla dzieci, można sobie wyobrazić, że ich liczni naśladowcy pewnie zachowują się podobnie. Zastanawiam się jakie przesłania przekazuje w swoich, pisanych przez całe życie, książkach dla małych dzieci, osoba o tego rodzaju przejściach. Po poznaniu takich rewelacji z życiorysów autorów zwykle usiłuję na czas nacisnąć „delete from the basket”. A przecież te życiorysy wikipediowe i tak poddane są najwyższej kosmetyce i nie mam złudzeń, że są zawsze ocenzurowaną „wersją dla dzieci”.

Żyjemy w czasach, w których, według mojego szacunku, około 99% wydawanych książek, w tym tych dla dzieci, pisanych jest przez umysły „zrewolucjonizowane”, czy, by użyć określenia autora bezcennych analiz, Krzysztofa Karonia, umysły oczadziałe. W Ameryce Północnej, w której mieszkam, pisarzami są ludzie z pokolenia „dzieci kwiatów” i ich dzieci i wnuki. Czyli ludzie planowo i skutecznie zdemoralizowani przez dobrze zaplanowane, zorganizowane i przeprowadzone zjawisko „rewolucji seksualnej lat 60-tych”. Ludzie, których przekonano, że dopiero wtedy kiedy zrezygnują ze wszystkich hamulców, będzie „super”. No, i „super” oczywiście, jak wiadomo, jest. Na przykład jeśli spojrzeć na problemy wypływające z nałogów narkotykowych i innych.

Od lat 60-tych, obniżył się drastycznie poziom nauki w szkołach. Poziom myśli we współczesnej literaturze dla dzieci w wieku 0+, w obrębie tego, co nazywamy kulturą zachodnią, jest porównywalny z poziomem czytanek z radzieckiego kalendarza komsomolca z czasów stalinowskich. Od dawna śledząc te sprawy myślę, że nie ma się temu co dziwić, dlatego że dzisiejsi rewolucjoniści z Ameryki Północnej właśnie stamtąd bezpośrednio czerpią wzory. Przy różnych okazjach natknęłam się w Internecie na wypowiedzi przebojowych współczesnych amerykańskich stalinistów, którzy z prawdziwym stalinizmem nigdy się nie zetknęli, więc ich naiwny podziw i zapał jest szczery. Co nie czyni całego zjawiska mniej groźnym, raczej wręcz przeciwnie.

The Real Mother Goose, Blanche Fisher Wright, 1916

Szukając angielskojęzycznej książki o Pinokiu z ładnymi, ale nie przerażającymi ilustracjami (co mi się nie udało), wylądowałam przypadkowo na stronie, na której nauczycielka (USA) prosi o rekomendacje książkowe dla dziewczynki, której edukacji się podjęła. Jak pisze, rodzice dziewczynki, o poglądach liberalnych, zapewnili córce bardzo dobrą bibliotekę.  Ale ja, mówi o sobie nauczycielka, akceptując wszystko, co liberalne, idę jednak o krok dalej, i chciałabym uzupełnić jej bibliotekę o książki komunistyczne. Dalej nauczycielka wymienia różne tytuły z biblioteki dziewczynki, wszystkie dotyczące polityki, na przyklad „Moi rodzice głosowali na…”, określając każdą z nich jako „cute”. Tu trzeba dodać, że chodziło o dziewczynkę 3-letnią. Pomyślałam, że mogłabym jej polecić coś, na co chwilę wcześniej, też przypadkowo, natknęłam sie w Amazonie. Czyli zebrane dzieła Marksa, podobno w wersji nieocenzurowanej, za jedyne $3 (słownie trzy) dolary kanadyjskie. Wypadałoby przecież od samego początku uczciwie uświadomić dziecko, w co wchodzi. Takimi wpisami Internet jest teraz wybrukowany. Kiedyś by mnie to na pewno zdziwiło. Teraz jest to oczywistość i tylko zostaje człowiekowi jakoś się w tym wszystkim odnaleźć. I wiedzieć po której jest stronie. I dlaczego. Zwolennicy rewolucji tak agresywnie wdzierają się już w życie innych, na przykład w życie naszych dzieci w szkołach, że trudno  w dalszym ciągu miło się uśmiechać i udawać, że wszystko jest OK.

Współczesnemu zatruwaniu mózgu naszych dzieci bardzo dobrze służy sprzedawnie czy wręcz darmowe dostarczanie im książek „na wagę”. Wykupujemy elektroniczną subskrypcję i dziecko ma dostęp do setek tytułów. Płynie do niego szeroka rzeka czegoś, co ktoś spreparował. Zupełnie nie wiadomo czego, bo ta rzeka jest za szeroka, żeby rodzic mógł ją zbadać, ocenić i ewentualnie  coś wyłowić. Nie wiemy, czym dziecko jest zalewane. To jest kolejny dramat naszych czasów i wyzwanie dla nas, bo przecież każdy wie, że książek nie powinno się sprzedawać i kupować na wagę… Kiedy moja córka była bardzo mała, próbowałam ograniczyć jej dostęp do jakiegoś zestawu bajek w Ipadzie. Po prostu chciałam wyeliminować konkretne bajki, które uważałam za koszmarne pod każdym względem. Od ilustracji począwszy. Skończyło się na rozmowie z osobą z działu obsługi klienta, od której dowiedziałam się, że to, co usiłuję zrobić, jest niemożliwe. Kupiłam zestaw 150 bajek i tyle bajek dziecko ma do dyspozycji. Najbardziej niesamowity był dla mnie nie sam fakt, że tak to jest urządzone, tylko że rozmawiająca ze mną kobieta nie mogła pojąć, o co ja się właściwie czepiam. Przecież więcej, to lepiej, no nie? Przypuszczam, że nie jestem jedyną matką, która szybko doszła do wniosku, że im mniej takich kraników (w tym przypadku z książkami) odkręcimy naszemu małemu dziecku, tym lepiej.

Typowe współczesne książki dla dzieci mają jeszcze jeden dodatkowy minus czyli, zamiast prawdziwych obrazków, komiksowe karykatury tego, czym ilustracja powinna być. Ale to byłby temat na inną, równie długą mruczankę.

PO CO TO WSZYSTKO? Po co ta lista dobrych książek godnych polecania?

The Real Mother Goose, Blanche Fisher Wright, 1916

Piszę to wszystko między innymi dlatego, że myślę, że o sytuację naszych dzieci musimy walczyć. Że nie możemy się poddawać i biernie zostawiać ich na pastwę „tego  wszystkiego”, co mają naokoło siebie. To właśnie one są celem grup ideologicznych, które do osiągnięcia swoich celów potrzebują najpierw zdeprawować ludzi. To są nasze dzieci i wnuki i nie mają nikogo innego do obrony, tylko nas.

Poza tym, patrząc jak naszą kulturę zastępuje jej brak, czyli jak zalewa nas współczesne barbarzyństwo, w dziedzinie książek dla dzieci widoczne jako zalew chłamem z prymitywnymi ilustracjami w stylu komiks, moim skromnym zdaniem, ohydnymi, myślę, że może warto byłoby przechować dla przyszłych pokoleń pamięć o książkach tego wartych. Może warto utrzymać przy życiu książki zawierające jakieś odniesienia do naszej kultury. Może między innymi właśnie w ten sposób nasza kultura w ogóle przetrwa… Może na przykład czyjaś wnuczka opowie kiedyś swojej wnuczce jakąś tradycyjną bajkę z morałem zamiast poczęstować ją komiksem. Kto wie, może ten wysiłek się opłaci. W końcu średniowieczni mnisi katoliccy przepisując mozolnie księgi uratowali myśl starożytną, z której w jakimś stopniu czerpiemy aż do teraz.

Jak pisałam na początku, lista ta jest wynikiem moich poszukiwań z wielu lat. Mam zamiar pracowicie i z przyjemnością uzupełniać ją w dalszym ciągu.  Książki, które na niej umieszczam, znajdowałam jak ziarnka w korcu maku. Łowiłam w morzu zupełnie innych książek. Dzisiaj jest 19 listopada 2020 czyli, mam nadzieję, dzień dobrego początku dla tej listy.

Chciałabym, żeby rzeczy, o których tutaj wspomniałam, były świadectwem dojrzałości, która w moim przypadku przyszła późno. Czy raczej dojrzewania, bo przecież uczymy się cały czas. Ale dopóki człowiek żyje, nie jest za późno, żeby się otrząsnąć i otworzyć szerzej oczy. Tak, że cieszę się i z tego. A teraz do lektury kolejnej książki dla dzieci. Lista zaczyna się poniżej:

https://www.starystoldowszystkiego.com/najlepsze-angielskojezyczne-ksiazki-dla-dzieci-lista-przebojow/

 

Zamek z prawdziwego zdarzenia czyli książka z pełną gwarancją, że nie ma w niej magii

Marta Kotburska: Zamek z Prawdziwego Zdarzenia. Część I Wieża bez Zamku. Część II Zamek z Kolorowymi Oknami. Powieść dla młodzieży myślącej w każdym wieku.
Marta Kotburska. Zamek z Prawdziwego Zdarzenia: Część I Wieża bez Zamku. Część II Zamek z Kolorowymi Oknami. Powieść dla młodzieży myślącej w każdym wieku

W Wieży bez zamku i Zamku z kolorowymi oknami nie ma nic magicznego. Na każdym kroku można się tu natknąć na tajemnice i przygody, ale nie na magię. Za to cuda zdarzają się na pewno.

Zamek z Kolorowymi Oknami to książka z ciepłym, dobrym nastrojem. Taka, do której można wejść zatrzaskując za sobą okładki i posiedzieć w niej z radością. Jedyny problem: Uwaga! Wciąga.

W Zamku z kolorowymi oknami wszystko jest po prostu takie… jakie powinno być. 

Zamek z prawdziwego zdarzenia to książka idąca pod prąd. Książka, która ma w tle wartości chrześcijańskie. Która nie wlewa w młode umysły i dusze kolejnej, standardowej porcji brudu i zła jak każdy typowy dzisiejszy film czy książka.

Jest to książka dla młodzieży myślącej w każdym wieku. Książka dla wnuków, rodziców i dziadków. Przy tym hołd dla tych ostatnich.

W Zamku z kolorowymi oknami jesteśmy w świecie, który dzisiejsi neomarksiści chcą wymazać z mapy i z naszej pamięci. W świecie naszych rodziców, wyrastającym ze świata ich rodziców, a wcześniej dziadków i pradziadków. Jest to książka o moim świecie, o naszym świecie, o świecie każdego, któremu świat przeszłości i tradycji jest drogi.

Zamek z kolorowymi oknami to książka kontrrewolucyjna: proponująca dobro zamiast zła i czystość zamiast brudu. Nasze dzieci są zarzucane głupimi książkami. A przecież czytanie głupich książek nie przyda nikomu mądrości. Potrzebujemy więcej literatury równoważącej propagandę neomarksistowską i globalistyczną, całkowicie antykatolicką w swojej symbolice i treści. Która zresztą, czy raczej prawie bez reszty, zdominowała beletrystyczny rynek wydawniczy na całym świecie. Wiadomo, że udany marsz rewolucjonistów przez instytucje zrobił swoje. Ale nigdy nie jest beznadziejnie. Każda rozmowa dziadków z wnukami może mieć dla nich znaczenie oczootwierające. I każda dobra książka od dziadków dla wnuków może zadziałać podobnie. Zamek z kolorowymi oknami to idealna książka od babci dla wnuczki.  

 

Marta Kotburska

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia

czyli

Wieża bez zamku (część 1)

Zamek z kolorowymi oknami (część 2)

 

Marta Kotburska: Zamek z Prawdziwego Zdarzenia. Część I Wieża bez Zamku. Część II Zamek z Kolorowymi Oknami. Powieść dla młodzieży myślącej w każdym wieku
Młode lata Julki upływają w dużym mieście leżącym na samym końcu krainy dzikich zwierząt, niezmierzonych  lasów i krystalicznie czystej wody, do której jej rodzice przyjechali kiedyś z bardzo daleka. Robi się coraz starsza i zaczyna w niej dojrzewać potrzeba poznania własnych korzeni. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w jej życiu pojawia się stara komoda z małymi szufladkami, których nie da się otworzyć. Kiedy nadchodzi odpowiedni moment, szufladki same otwierają się od środka i okazuje się, że w szafie mieszka ktoś, kto wie o krainie przodków Julki znacznie więcej niż ona. Ktoś kto wyjechał z niej tak dawno, że nie jest nawet pewien czy kraina wciąż istnieje, a jeśli tak, to na ile się zmieniła. Działają razem, bo łączą ich wspólne interesy: mieszkańcy komody pragną odnaleźć krainę, a Julka chce się o niej czegoś dowiedzieć. Zgodnie podejmują wyzwania, dzięki czemu udaje im się zajść dalej i odkryć więcej, niż się tego spodziewali w najśmielszych marzeniach. Julka dotrze do bezcennego skarbca tradycji i to będzie dopiero początek wiekich przeżyć. Kiedy wspólnie znajdą się w Krainie, akcja rozgrzeje się do czerwoności.

Wstępik

czyli

wejście od kuchni do Zamku z prawdziwego zdarzenia

Wszystko, co zostało opisane w tej książce, całkowicie beletrystycznej, zdarzyło się naprawdę. Wszystko, co wiąże się z jej powstaniem, też zdarzyło się naprawdę.

Naprawdę zdarzyło się, że zaczęły mnie przerażać reklamy literatury dla młodzieży przychodzące w emailach. Reklamy dostaję dlatego, że często szukam książek dla córki, siedzę w tym świecie i od własnego dzieciństwa nie przestałam go lubić. Z reklam nowości wydawniczych wyłaniał się świat straszny, groźny, przerażający, brutalny. Pełen potworów, czarów i makabry. Z głównymi pozytywnymi bohaterami o dużej mocy sprawczej w postaci wiedźm, czarowników, w najlepszym przypadku wróżek. Na dodatek, w miarę jak rosła grupa wiekowa czytelników, do których oferta była skierowana, świat wyłaniający się już nawet tylko z samych reklam, jawił się jako coraz bardziej wulgarny i równocześnie smutny, nawet depresyjny. Złapałam się na tym, że przestałam otwierać oferty księgarń, żeby się nie przygnębiać.

Książki, które uważałam za normalne, zaczęłam znajdować jak igły w stogu siana. W którymś momencie doszło do tego, że postanowiłam napisać taką książkę, jakiej szukam. Wiedziałam, że książka moich marzeń czyli taka jak te, które najbardziej lubiłam w młodych latach, musi być pełna tajemnic i zapewniać mocne przeżycia, ale postanowiłam dać 100% gwarancję, że nie będzie w niej magii. Magii, którą antychrześcijańska propaganda lansuje nam od tak dawna i tak intensywnie, że wszystko, do czego ktokolwiek kogokolwiek zachęca musi być obowiązkowo magiczne. Począwszy od książki, a na przetykaczce do umywalki skończywszy. 

Naprawdę zdarzyło się też, że ze współczesnych książek wyrzucono Boga. Książki opisują nowy świat, w który, jak nam się wmawia, nieuchronie wkraczamy. Nachalnie lansują nową wersję komunistycznego raju bez Boga, który ma podobno zapanować na całym świecie. W mojej książce jest miejsce dla naszego dobrego Boga. Jeżeli ktoś ma alergię na słowa takie jak Chrystus, modlitwa, Anioł Stróż, różaniec i Matka Boska, może nie czytać Zamku z kolorowymi oknami ze względu na możliwość dostania wysypki.

Naprawdę zdarzyło się też, że miałam okazję być świadkiem tego, jak piękne są związki między wnukami, a babciami i dziadkami i jak wielkie mają znaczenie. Nabrałam przekonania, że wakacje spędzone przez wnuki u babci i dziadka, takie, w czasie których pogłębi się więź między nimi, zrobi dziecku więcej dobrego niż 1000 wycieczek do atrakcyjnych kurortów. Ta książka jest moim pełym uznania ukłonem w stronę Babć i Dziadków, ich życiowej mądrości, która mają do zaoferowania wnukom i ich poświęcenia dla nich. Niech żyją wszystkie Babcie i Dziadkowie świata!

Naprawdę zdarzyło się też, że moja córka, urodzona w Kanadzie, miała okazję dobrze poznać własnych dziadków i innych, licznych, krewnych mieszkających w Polsce. Po powrocie  z jednych z pierwszych wakacji u dziadków, córka zaczęła bez końca mówić o „mojej Polsce”.  Ponieważ inspiracją do pisania tej książki było dla mnie życie mojej córki, mowa jest tu o poczuciu tożsamości, jej poszukiwaniu i radości z jej odkrywania, a także o tym jak ważne są to rzeczy dla kogoś mieszkającego daleko od „Krainy Przodków”.

Marta Kotburska

I tak doszliśmy do Wieży bez Zamku. Do której przeczytania z całego serca zapraszam.

Wchodzimy? Jupingi! (jak mówi moja córka, kiedy zabiera się z zapałem do czegoś, na co się cieszy).

Półkolonia z Biksem

Te dwa stoły już się sprawdziły. Robią dobrą robotę służąc nam codziennie, dobrze się myją, farba akrylowa nie schodzi.

Znalazły się u nas w domu jako stare i używane, a pomalowałyśmy je z Julką w lecie 2019 w ramach czegoś, co ona nazwała Beaks Daycamp. Beaks to ja. Nazwa pochodzi od dzioba i wzięła się chyba stąd, że za dużo mówię, w każdym razie do niej. Zajęcia w ramach półkolonii z Biksem to chodzenie raz w tygodniu na plażę i robienie różnych innych rzeczy w pozostałe dni.

colorful tables Copyright © starystoldowszystkiego.com

Stół w akcji.
Stół w akcji.
zdzieramy-lakier-bezbarwny
Zdarłyśmy błyszczący lakier bezbarwny.
zakurzylysmy-wszystko
Kurzyło się niesamowicie. Pył trzeba było zbierać na bieżąco.
stoly-bez-farby
Zaczynamy najlepszą część. Każdy wybrał swoje kolory.
kolor-pierwszy
Pierwsza warstwa.
Gotowe.

W mojej Polsce

Julka kocha Polskę.

W końcu tam są dziadkowie, kuzynki i kuzyni, ciocie i wujkowie, pies i kot, po prostu szał. O tym, jak dużo dają jej coroczne wakacje w Polsce, mogłabym pisać dzień i noc bez przerwy.

Po powrocie przez dłuższy czas słyszymy od niej takie wyrażenia jak: byłam w mojej Polsce; widziałam to w mojej Polsce; to? a, tak, kupiłam to w mojej Polsce; słyszałam to w mojej Polsce; jadłam to w mojej Polsce; znam to z mojej Polski.

https://www.youtube.com/watch?v=H0CLozZo1NI

„Barka” w tym wykonaniu ma taką moc, że mnie przechodzą ciarki za każdym razem, kiedy słucham. To jest prawdziwa moc!

https://www.youtube.com/watch?v=comCT-jvkRw

Tak jeszcze jest w Polsce. Są TACY księża. Są TAKIE dzieci. Oby trwało to nadal. Zawsze. Na razie jest w Polsce jeszcze wielu wspaniałych księży i jest wiele wspaniałych dzieci, które tak pięknie potrafią im podziękować. I są młodzi ludzie, którzy potrafią stworzyć TAKI zespół. Ja naprawdę chylę czoła. Odkąd odkryłam przypadkowo ten film, oglądałam go nieskończoną ilość razy, i chyba ani razu bez zwilgotniałych oczu.

Proboscu, Prałacie,

Tyś se wiedzioł ło tym

ze dzieci si ucy teroz, a ni potym!

Te mądre i bardzo głębokie słowa wypowiedziane piękną gwarą góralską przez chłopca z zespołu Mała Armia Janosika można usłyszeć w innym filmiku z tej samej uroczystości pożegnania księdza proboszcza Antoniego Zuziaka po jego 24 latach służby w parafii w Rabie Wyżnej. 

Obciął, skrócił i wyrzucił

3-swinki

Eksperymenty i małe wynalazki, a przy tym odkrywanie starych sprawdzonych sposobów prababki, jednak najlepszych.

Oczywiście nasze częste eksperymenty nie zawsze kończą się wynalazkami. Najczęściej są to przeróbki w stylu

obciął, skrócił i wyrzucił

(jak mówiła moja Babcia),

ale czasem coś nam się udaje.

Bajki ilustrowane przez Stephena Cartwrighta

Fairytales illustrated by Stephen Cartwright
Fairytales illustrated by Stephen Cartwright
Cinderella illustrated by Stephen Cartwright, Usborne Fairytale Stories. This is one of my most favourite illustrations of children books ever…

When I first found 'Cinderella’ illustrated by Stephen Cartwright on the shelf of a bookcase in a small toy store, I immediately had the 'this is it’ feeling. With a big exclamation mark. I had been looking for the nicely illustrated and simple versions (not too long) of the classical fairy tales for quite some time at that point. On that day, many years ago, I discovered Stephen Cartwright’s warm and beautiful illustrations. This very talented artist immediately became one of my most favourite ones.

I bought many other books with his pictures and our first collection were Usborne Fairytale Stories. There is one more book in this series, Three Little Pigs, which I intentionally don’t show here, because although illustrations by Stephen Cartwright are stunning as always, the Three Little Pigs tale was retold in such a way, that it lost all its original wisdom. So, I am skipping the 3 Little Pigs, but Cinderella, Little Red Riding Hood, Rumpelstiltskin, Sleeping Beauty, and Goldilocks and the Three Bears with Stephen Cartwright’s illustrations I can read any number of times and I will never be bored. And the picture of a pumpkin changing into a coach etc., from Cinderella, is one of my most favourite illustrations of all the children books that I have ever seen.

Little Red Riding Hood illustrated by Stephen Cartwright, Usborne Fairytale Stories
Cinderella illustrated by Stephen Cartwright, Usborne Fairytale Stories
Rumpelstiltskin illustrated by Stephen Cartwright
Rumpelstiltskin illustrated by Stephen Cartwright, Usborne Fairytale Stories

Zamek z kolorowymi oknami

Wieża bez zamku

Cytryna w dużym pokoju

Cytryna w latarni morskiej
Cytryna po kilku latach w dużym pokoju.
Cytryna w latarni morskiej
Cytryna po 9 latach w dużym pokoju. Owocuje raczej niechętnie i nieczęsto, ale i tak ją lubimy.

December-3

Usłyszałam, że z powodu zastoju spowodowanego pandemią zamknięto duży sklep ogrodniczy w Mississaudze. Przypomniałam sobie jak lata temu wybrałam się do niego i że zrobił na mnie wtedy wielkie wrażenie. Ciągnął się w nieskończoność, w budynku złożonym jakby z kilku. Oczywiście rośliny stały też na zewnątrz, w ogrodach. Miał styl i atmosferę. Nigdy nie zapomnę tej wizyty. Sklep był tak duży, że wydawało mi się, że nie ma w nim nikogo innego, otaczała mnie leniwa wczesnojesienna przedpołudniowa senność. Pojechałam do niego wtedy dlatego, że w katalogu IKEI zobaczylam drzewko cytrynowe i postanowilam coś takiego zainstalować w kuchni. W sklepie ogrodniczym czekał na mnie długi rząd donic z drzewkami cytryny Lisbon Lemon. Wyglądały dokładnie jak to, czego szukałam. Obejrzałam je i wróciłam do domu  pod wrażeniem tego bajkowego miejsca z zamiarem powrotu po cytrynę. Nie wiem dlaczego jej wtedy nie kupiłam, chyba przeraził mnie ciężar donic. Wygląda na to, że cytryny czekały tamtego dnia na mnie, a ja tego nie doceniłam. Wracałam jeszcze do tego sklepu kilka razy, zapisywałam się na listę do cytryn i dzwoniłam, ale drzewka cytrynowego Lisbon Lemon już tam nigdy więcej nie było. Nie chociesz, nie nada; zachociesz, nie budziet, mówił bliski przyjaciel moich rodziców z Kielc, Andrzej Ostaszewski, którego rodzina przeniosła się tam z Kresów.

W czasie kolejnej wizyty w SKLEPIE, do którego wybraliśmy się całą rodziną, w ramach wycieczki weekendowej, zdecydowałam się na krzak Meyer Lemon czyli krzyżówkę cytryny z mandarynką. Ma liście ładnie pachnące cytrynowo. Owoce dojrzewały u nas w mieszkaniu przez cały rok czyli mieliśmy czas żeby poobserwować przyrodę.

Podobno krzak cytryny Meyera łatwiej jest utrzymać w mieszkaniu, niż drzewko cytryny lisbońskiej, więc może dobrze się stało. Czytałam też, że wyhodowanie cytryny z pestki nie jest możliwe, ale pamiętam z dzieciństwa, że nasi wyżej wspomniani bliscy znajomi Ostaszewscy wyhodowali w Kielcach, w latach 70-tych cytrynę z pestki. Drzewko było olbrzymie i imponujące. Stało w oknie kuchni i całkowicie je przesłaniało. Pamiętam widok wiszących na nim koło 10 cytryn pokaźnych rozmiarów. Prawdziwych cytryn, jak ze sklepu, nie żadnych krzyżówek. Trudno było uwierzyć, że można hodować cytrusy w środku otaczającej nas komunistycznej szarości, jakby na przekór wszystkiemu. To było prawdziwe osiągnięcie ogrodnicze.

Ogrodnictwo ekstremalne

zamarzniete-okno
zamarzniete-okno
zamarznięte okno

latarnia-morskaUprawiamy ogrodnictwo ekstremalne. Nasze warunki można by porównać do sytuacji ogrodniczej w latarni morskiej. Plusy to duże nasłonecznienie i wysoka temperatura w dni słoneczne, nawet w zimie, kiedy na zewnątrz jest minusowo.

W związku z tym, jeżeli coś nam wyrasta z doniczek, naprawdę bardzo się cieszymy. Ogrodnictwo uważamy za jeden ze sposobów na to jak żyć w miarę normalnie i blisko natury w otoczeniu z betonu i plastiku.

 

 

 

 

Ogród w dużym pokoju

Nasze życie przygodowe

Notatki z naszego zwykłego życia pełnego przygód

 

Chciałabym tu opowiedzieć o tym, jak wiele dała mi moja córka i jak dużo się dzięki niej i od niej nauczyłam.

 

O tym, jak jej pojawienie się wzbogaciło nasze życie i polepszyło je na wiele zaskakujących sposobów.

 

O tym, że Julka nie tylko ze szczerą wdzięcznością bierze to, co inni mają jej do zaoferowania, ale że potrafi też dużo dawać ludziom, z którymi ma do czynienia. Osobom, które spotkała na swojej drodze, chciałam przy tej okazji podziękować za okazane jej serce. Bo przecież każdy z nas potrzebuje czasem innych.

 

 

 

Pierniki

Małe świadectwo wielkiej radości

Marta-Kotburska-2016-08-21

Marta-Kotburska-2016-08-21

Małe świadectwo wielkiej radości

czyli dlaczego „Zespół Downa” oznacza dla mnie to samo, co „pełnia szczęścia”

dedykowane wszystkim tym, którzy dowiedzieli się, że ich dziecko
urodzi się z jakimś zespołem
przez mamę Julki,
najlepszej córki, jaką można sobie wyobrazić

Spisuję te słowa jako uzupełnienie zdjęć, będących przypomnieniem różnych sytuacji, które nie zdarzyłyby się, gdyby nieoczekiwanie, po 21 latach małżeństwa, nie pojawiła się w naszym życiu Julka, nasza córka. Od dawna myśleliśmy, że rodzicielstwo nie było naszym przeznaczeniem. Tymczasem, ku wielkiej radości i równie dużemu zaskoczeniu, dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć dziecko. Dzisiaj, kiedy Julia ma 17 lat, mogę powiedzieć, że nazwa „Zespół Downa” w moim życiu stała się synonimem pełni szczęścia.

Tych kilka relacji i zdjęć, migawek z dzieciństwa naszej córki, która właśnie staje się dorosła, zamieszczam między innymi z myślą o wszystkich rodzicach, którzy, dowiedziawszy się, że ich dziecko urodzi się z jakimś „zespołem”, zadają sobie naturalnie nasuwające się pytanie JAK TO BĘDZIE. Chciałabym powiedzieć JAK TO BYŁO, czy raczej JAK TO JEST u nas. Robię to dlatego, że kiedy sama byłam w tej sytuacji, znalazłam w naszej bezcennej sieci tylko jeden wpis, pozbawiony sensu i zbyt smutny, żeby go przytaczać, dotyczący więzi intelektualnej. Gdyby autorka tamtych kilku zdań poznała w życiu chociaż jedną osobę z zespołem takim lub innym, wiedziałaby, jak bardzo się pomyliła i jak fałszywe treści propaguje. Dzisiaj, po 17 latach, odpowiadam w myślach tamtej osobie (a może był to tylko troll – miejmy nadzieję), że łączy mnie z moją córką taka więź intelektualna, jakiej nie potrafiłabym nawiązać z większością innych ludzi. Przez całe dotychczasowe życie Julii, natykałam się na niesamowite bzdury o ludziach będących w podobnej sytuacji, co ona, wypisywane przez osoby nie mające na ten temat pojęcia. Pomyślałam, że dobrze takie „wpisy” równoważyć odrobiną prawdy. Julia dorośleje z chwili na chwilę. Mogłabym opowiedzieć właśnie o tym, ale celowo skupiam się na latach wcześniejszych dlatego, że przez cały czas, kiedy była mała, uważałam jej świat za fascynujący.

Świetnie, że jesteś

Julka uporządkowała, uatrakcyjniła i polepszyła nasz świat na milion różnych sposobów. Wypełniła dom takimi pomysłami, jakich w nim nigdy wcześniej nie było. Otwarła nam oczy na sprawy, o których nie mieliśmy pojęcia. Nasze życie stało się ciekawsze, bogatsze i piękniejsze. Świat sprzed przyjścia Julki i od tamtego momentu bardzo się różnią. Nie mam żadnej wątpliwości, który jest znacznie lepszy.

Proszę sobie wyobrazić kogoś z gigantycznym poczuciem humoru, wyobraźnią wydającą się nie mieć granic, prawie zawsze pełnego prawdziwej radości i entuzjazmu do nawet najbardziej prozaicznych, codziennych zadań. Kogoś, kto szczerze współczuje każdemu, kto jest smutny i kto chciałby pomóc każdemu, kto wydaje się mieć jakikolwiek problem… Właśnie taka jest nasza Julka. Jest też bardzo nieśmiała, jak ja.

Mój mąż wracał autem ze szpitala Mount Sinai w Toronto, w którym właśnie urodziła się nasza córka. Kiedy zatrzymał się na czerwonym świetle, przejechała przed nim furgonetka z reklamą znanej firmy, oferującej korepetycje. Nazwa firmy tylko ostatnią literą różni się od naszego nazwiska. Przewinął mu się więc przed oczami napis: nasze nazwisko (ostatnia litera rozmyta), twoje dziecko cię zachwyci! Nie trzeba było długo czekać, żeby dokładnie tak się stało.

Jaka ona piękna…

Był późny wieczór w dniu, w którym się urodziła. Julka spokojnie spała. Do sali szpitalnej przyszła młoda pani doktor, która odebrała poród. Widziałam ją tylko tamtego jednego dnia, nigdy wcześniej (ponieważ zastąpiła naszego lekarza, który w tamtym momencie przeszedł na emeryturę) i nigdy później. Popatrzyła na Julkę, pogłaskała ją po policzku i powiedziała cicho:
– Jaka ona piękna.
Stała przy niej dłuższą chwilę. To była cała nasza rozmowa. Ten gest miał dla mnie duże znaczenie i dlatego tak dobrze go pamiętam.

Marta-Kotburska-2016-08-21

Japonki

Po przyjeździe ze szpitala studiowałam długą listę potencjalnych problemów i schorzeń, jakie mogą towarzyszyć naszemu zespołowi, którą dostałam w pakiecie informacyjnym. Było to dosyć dołujące, coraz bardziej z każdym następnym punktem. Kiedy doszłam do dużego palca u nogi, odsuniętego trochę od pozostałych, moja mama (którą tak zwany przypadek, a raczej Opatrzność, zesłała do nas z Polski na ten czas) powiedziała znad minimalnej czapeczki, którą robiła na drutach:
– No to będzie nosić japonki.
Stres się ulotnił, przestałam czytać listę. Grunt, to dobre podejście. Właśnie takie małe, niepozorne rzeczy są najcenniejsze. I jeszcze raz potwierdzają, że miłość to obecność. Moja Mama i Tato kilka razy w życiu rzucili wszystkie swoje sprawy, żeby być z nami i dla nas.

Mapa psów mieszkających w naszym bloku

Mieszkamy w wysokim bloku. Kiedy winda zatrzymuje się na 22 piętrze, Julka mówi z nadzieją, że może wsiada Mylow. Okazało się (było to w czasach przedszkolnych), że ma w pamięci cały nasz dom, zmapowany pod kątem mieszkających w nim psów, które uwielbia. Szesnaste piętro: Piper, dwudzieste drugie: Mylow, dwudzieste trzecie: Kefir itd.

W Polsce Julka zna imiona wszystkich psów mieszkających na ulicy Babci i Dziadzia. Kiedy przejeżdża tamtędy autem Dziadzia, z którym robi zakupy, radośnie wita i żegna z samochodu wszystkie psy, pozdrawiając je po imieniu.

Marta-Kotburska-2017-06-27

Bubu

Tak nazwała Julka tatę we wczesnym dzieciństwie i imię jest aktualne do dziś. Prowadzi z nim długie, poważne rozmowy na każdy temat. W ten sposób nie rozmawia z nikim innym.
Od kiedy, w czasie „pandei” (tak nazywała to Julka: pandeja), zaczęłyśmy szkołę domową, każdego popołudnia Julka i Bubu odkrywają świat poza domem. Jest to żelazna rutyna czyli wyjście, bez którego nasza córka nie wyobraża sobie dnia. Któregoś dnia Andrzej miał mniej czasu, niż zwykle, musiał gdzieś zdążyć na umówioną godzinę. Próbował ją przekonać, żeby poszli na plac rowerowy koło latarni morskiej, a nie tam, gdzie jeżdżą najczęściej. Wszystko dokładnie jej wytłumaczył, na co Julka równie spokojnie powiedziała:
– I would prefer Marshes. (Preferowałabym bagna).
Czyli właśnie to miejsce, w które nie mieli czasu pojechać. Nasza córka jest bardzo uparta.

Kiedy powiedziałam do niej:
– Soon you will be an adult (Niedługo będziesz dorosła),
usłyszałam szept:
– Like Bubu… (Jak Bubu…)

Masz bardzo ładne włosy! Jak kret – usłyszał Bubu, kiedy się ostrzygł. Wcześniej miał, według Julii, włosy jak Bueno, czyli pies babci i dziadzia.

You forgot me! (z akcentem na „me”)
– Zapomniałeś o mnie! – mówi z głębokim wyrzutem Julka, kiedy mąż gdzieś jedzie, a ona ma zostać. Chodzi o sprawy zawodowe (czasem pracują razem, ona jako reporterka kamerzystka). Julka często używa wymownych określeń, które w połączeniu z jej minami i teatralnymi gestami, dodają naszemu życiu dramatyzmu. Jest urodzoną aktorką.

Help the Bubu!
To znaczy „pomóż tacie”.

Bubu, don’t break the keaboard! It will go to the garbage! (Nie psuj klawiatury! Będzie do wyrzucenia!) – mówi Julka do ojca, odpowiadającego na maile.

Kiedy budzę ją rano, jeszcze zaspana, krzyczy do taty:
– Bubu, help! Beaks (czyli ja) is disturbing me! (Pomocy! Biks mi przeszkadza!)
Na co on, domyślając się, o co chodzi, odkrzykuje:
– To do what? (W czym?)
– Very important thing! (W czymś bardzo ważnym!).

Klasa może się rozejść
Właśnie wczoraj Julka była z tatą w jednym z jej najulubieńszych miejsc, czyli w parku na bagnach nad jeziorem. Jednym ze stałych punktów programu jest mapa, przy której omawiają trasę i Julka pokazuje, jak szli. Kiedy skończyła, odłożyła wskaźnik, odwróciła się do sporej grupy ludzi, która się w międzyczasie zebrała, czekając na dostęp do mapy, i powiedziała:
– Thank you. Class dismissed.
Julka jest po prostu miłym człowiekiem. Ma bardzo przyjemną osobowość.

Babciu, muszę z Tobą porozmawiać

Chciałam ci coś opowiedzieć. Opowiem ci historię.
Julka regularnie dzwoni Skypem do Babci w Polsce, którą nazywa Babu, i opowiada jej długie historie, prawie całe po angielsku. To są bardzo swoiste rozmowy, niesamowicie długie, Julka opowiada z gestykulacją, nawet wstaje z krzesła, żeby Babcia zrozumiała jak najwięcej. Są to też rozmowy wzruszające. Tylko Babcia i wnuczka potrafią takie przeprowadzać. O tych telefonach moja mama napisała kiedyś w mailu: „Czekam na Jej buzię na ekranie komputera, kiedy dzwoni do mnie, żeby dowiedzieć się, co słychać u Bueno”. Czyli u psa.

Baby Babu
Pokazałam Julce zdjęcie, na którym moja mama, 40-letnia, nalewa zupę pomidorową, i zapytałam, czy wie, kto to, na co ona odpowiedziała:
– Baby Babu! (Babu niemowlak!).

Marta-Kotburska-2014-08-06

Nie każdy może być Ernikiem

W dzieciństwie Julka długo pozostawała pod wrażeniem skeczów o Bercie i Ernim. Kiedy ona była mała, ja wchodziłam w tajniki świata filmów dla dzieci i zaczynałam zdawać sobie sprawę, jak bardzo rodzic powinien być wybiórczy. W każdym razie, Berta i Erniego Julia trochę pooglądała i od tego czasu zaczęła klasyfikować wszystkie znajome osoby jako „Bert” albo „Ernik”. Okazało się, że żyje wśród nas bardzo wielu Bertów, Erników jest znacznie mniej. Ernik to dziadzio, wujek i dwie kuzynki, Julka też. Ja z mężem, babcia i większość innych osób zostaliśmy Bertami. Nigdy nie pojęliśmy, jakie jest kryterium tego podziału. Julka bardzo dobrze pamięta, jak kto został zaklasyfikowany. Nigdy się nie myli i zaskakuje, na przykład, kuzynkę, której nie widziała rok, mówiąc do niej „Cześć, Bert”.

Marta-Kotburska-2013-06-02

Beaks, a może Biks (tłumaczony przez Julkę na polski jako Dziób)

Julia tak mnie nazywa, chyba dlatego, że dużo do niej mówię. Ostatnio usłyszałam nawet: you’re my best Beaks (jesteś moim najlepszym Biksem).
Dni spędzane w kowidowej izolacji od świata, Julia nazywa „Beaks daycamp” (Półkolonia z Biksem).

How do you spell „Beaks”?
Kiedy ją zapytałam, jak się pisze to imię (nie byłam pewna, czy mówimy o Beaksie, czy może Biksie), „przespellowała” z szelmowskim uśmiechem: „em-ej-em-ej”.
Czyli MAMA.

W lecie jeździmy w niektóre dni tygodnia nad jezioro Ontario, które widać z okna naszego mieszkania w bloku. Kiedy, po długim poranku przygotowań do pikniku, usiadłyśmy wreszcie na składanych krzesełkach na piasku, odsapnęłam z ulgą, a Julka powiedziała, patrząc na mnie z zadowoleniem:
Sea Beaks! (Biks morski).

Julka lubi też opowiadać o zwyczajach Biksów. Mówi to niby do siebie, ale tak, żebym słyszała. Na przykład:
Beaks fly South for the winter with back pain (Biksy lecą na zimę do ciepłych krajów z bólem w krzyżach).

Przechodząc koło jej pokoju, słyszę sceniczny szept:
Beaks! Run for your life! (Biks! Ratuj się kto może).
To są takie nasze małe kawały. Julka mówi wtedy cicho, ale tak, żebym na pewno usłyszala.

Mam też wiele innych imion,

nadawanych przez Julkę dla urozmaicenia życia

– Pisiek is brand new today. He’s nice… (Pisiek jest dzisiaj całkiem nowy. Jest miły…) – usłyszałam, otwierając rano oczy (poprzedniego dnia przy kolacji była mała scysja).

Happy Pisiek Day!
– Pisiek had a ‘Pisiek Day’ day camp today – powiedziala Julia wieczorem w moje imieniny. Czyli miałam podobno półkolonię z tej okazji.

Książę Humperdink uwielbia liście
Kiedy czytałyśmy o królewiczu zaklętym w żabę (wieczorem czytamy sobie nawzajem, najpierw ja jej, a potem ona mnie, dwie różne książki), Julka nazywała mnie prince Humperdink. Awansowałam zresztą na Humperdinka z żaby, więc to już i tak było lepsze. Siedzę w dużym pokoju. W zabawie Julii jest to foyer hotelu, w którym muszę czekać, kiedy ona przygotowuje nam herbatę do kolacji. Czasem trwa to w nieskończoność, bo Julia się przy tym w kuchni świetnie bawi. Słyszę, jak mówi do siebie półgłosem „Oh, prince Humperdink loves leaves” i widzę, jak wyrywa coś z doniczki. Podejrzewam, o co chodzi. Rzeczywiście, na grzance znalazłam listek pietruszki.

Mam też inne imiona. Oczywiście wszystkie nadawane są w żartach, a czasem wręcz jako prowokacja, obliczona na to, że będę zaprzeczać, a ona przekonywać mnie, dlaczego imię świetnie do mnie pasuje. Na przykład nazywa mnie Spikes (bo mam „spikes”, czyli kolce, na plecach i na nosie), poza tym mam duże stopy, długą szyję, jak żyrafa, i puszysty ogon.

Takie imiona nadawane są zawsze z radosnym zawadiactwem i przymrużeniem oka, nigdy złośliwie. Julka sypie nimi jak z rękawa. Co chwilę nazywam się inaczej:
Snack man
Bad bullfrog (zła ropucha z bajki)
Fun Bun (skrót od Funny Bunny)
Małpa łysa śty (próby polskiego) (kiedyś musiałam chyba do niej powiedzieć: oż, ty małpo łysa!)
Pierogi man
Mr. Safari
Mr. Eggwhite (Pan Białko z jajka)
Mr. Sofa
Mr. Ciabatta
Mr. Chałwa (rzeczywiście bardzo lubię)
Pani Beaks
ciocia Beaks
Mr. Flavour (Pan Smak)
Mr. Goosberry (Pan Agrest)
Mr. Pizza man
Mr. Urgent
Mr. Leopard
Mr. Kurczaczek
Mr. Autobus
Mr. Kasza manna
Mr. Cousin Beaks (tak mnie nazwała po ubraniu podkoszulka w tym samym kolorze, co mój)
Mr. Turnip (Pan Rzepa)
Mr. Noise Maker Beaks (oh, Mr. Noise Maker Beaks is here with his blender…) (Biks hałasujący „swoim” mikserem)
Mr. Pinky Nose (Pan Różowy Nosek)
Mr. Fox cub (Pan Mały Lisek)
Mr. Acorn (Pan Żołądź)
Cherry Pie (Ciasto z wiśniowe)

Polar Beaks (lives in the freezer, among the ice-cubes. He gets upset because he is cold. He needs a sweater.).
Beaks Polarny, który mieszka w zamrażalniku, między kostkami lodu. Robi się zdenerwowany, bo jest mu zimno. Przydałby mu się sweter. To oczywiście słyszę w momencie, kiedy faktycznie robi się chłodnawo i szukam swetra.

Beaks caterpillar
Kiedy mówię, że nie jestem Biksem gąsienicą, Julia tłumaczy, że przecież taką z zielonym futerkiem, nawet na łapkach, i to na wszystkich osiemdziesięciu!

Marta-Kotburska-2011-02-08

Przestaneks!
czyli polski i angielski razem wzięte

Julka mówi o mnie, niby do siebie, ale tak, żebym słyszała:
Pisiek speaks Polish. Pisiek has a nice voice. And he can speak Polish very well. So well that I cannot understand what he says. (Pisiek zna polski. Pisiek ma miły głos. I mówi po polsku bardzo dobrze. Tak świetnie, że nie rozumiem, co mówi).

Nasza córka urodziła się w Kanadzie, do której z mężem wyemigrowaliśmy wiele lat wcześniej. Mówi głównie po angielsku. Na samym początku uczyliśmy ją polskiego, ale potem przerzuciliśmy się na angielski. Mieszanie języków nie jest zalecane, Julka długo nie mówiła, a terapia z mowy była po angielsku. Chcieliśmy, żeby się dobrze przystosowała do życia w tutejszych warunkach. Sytuacja jest trochę skomplikowana, dlatego że z mężem rozmawiamy po polsku, ale z nią po angielsku. Przez to zresztą Julka bardzo dużo z polskiego rozumie. Po polsku rozmawia przez Skype z Babcią z Polski. To znaczy ona mówi po angielsku, a Babcia po polsku i rozumieją się w 100%. Niezależnie od tego, teraz, kiedy Julka jest nastolatką, zaczęła uczyć się polskiego „na poważnie”, w szkole domowej, między innymi biorąc kurs w sieci. Jeździmy też co roku na wakacje do Polski.

Silbuple madamp…

Słyszę od niej, kiedy usiłuje mnie zmusić do czegoś, do czego nie jestem przekonana. Mieli kiedyś w szkole trochę francuskiego. Kanada jest teoretycznie dwujęzyczna, angielsko-francuska.

Marta-Kotburska-2017-12-18

Hungry eater

Julka jest bardzo bystra i twórcza, ma dużą wyobraźnię, dzięki czemu wymyśla świetne nazwy i wyrażenia.

I’ m a hungry eater today – powiedziała, prosząc o drugą miskę owsianki przy śniadaniu. (Jestem dzisiaj głodnym zjadaczem).

You are vegeterinarian (jesteś wegetarynarzem) – tak mnie nazwała, kiedy rozmawiałyśmy o jedzeniu i wyszło na to, że jem więcej jarzyn, niż mięsa.

Niektóre zwroty stają się ulubione i wchodzą do stałego użycia, bardzo częstego. Tak było na przykład z:
– Please, please, pretty please… I need it for my birthday (which is today)…
(- Proszę cię, strasznie cię proszę, zrób to na moje urodziny. Które są dzisiaj).

Ja: Your hair is messed-up. Come I’ll fix it for you.
(Chodź, poprawię ci włosy).
Julka: Beaks, hair mechanic…
(Biks, mechanik od włosów).

Marta-Kotburska-2015-08-28

Nasze normalne życie

Każdy człowiek jest po prostu człowiekiem. Niezależnie od tego, czy, i jaki ma zespół. Ona jest po prostu dokładnie taka, jaka jest. Co dotyczy przecież każdego. Każdy z nas jest jakiś.

Echa szkoły

Po sposobie, w jaki Julka zwraca się do nas, można się zorientować, że chodzi do szkoły.
– Look in my eyes and stop it!
– Popatrz mi w oczy i przestań! – powiedziała do mnie, kiedy siedziałyśmy razem przy jej zupie. Niestety zapomniałam, co wtedy robiłam.

Julia od najmłodszych lat ma taki zwyczaj, że po przyjściu do domu odgrywa wydarzenia dnia. Odbywa się to w różnych formach zabawy, które przypominają teatr. Kiedy skończyła 8-letnią podstawówkę i szła do szkoły średniej, byliśmy z nią na dwugodzinnej uroczystości, w czasie której wszyscy uczniowie klas ósmych po kolei odbierali świadectwa.
Kiedy wróciliśmy, „Graduation” miały u nas w domu drewniane kostki 1 cm x 1 cm x 1 cm. Ceremonia na parapecie naszego okna była równie długa, co ta oryginalna. Wszyscy mieli bardzo fantazyjne imiona i nazwiska, a ponieważ wymyślanie takich rzeczy, to Julki specjalność, nie było z tym problemu. Zapisałam sobie jedno: Bert Pisiek Doradoria.

A co byś powiedziała na skarpetki?

Julka późno zaczęła mówić. Ale za to, prawie od samego początku używała niesamowitych zwrotów.
Poranek. Siedzi na łóżku przed przygotowanym ubraniem i nic nie robi. Wchodzę kolejny raz i patrzę na nią znacząco (jeżeli to potrwa jeszcze chwilę, na 100% się spóźnimy), na co ona:
– Potrzebuję twojej pomocy.
Wiem, że niczego nie potrzebuje i problem leży tylko w lenistwie, więc pozwalam sobie na ironię, mówiąc:
– A czego ode mnie oczekujesz?
Na co ona, z niezmąconym spokojem:
– A co byś powiedziała na skarpetki? (What would you say to socks?)

Marta-Kotburska-2013-08-13

Nie mamy czasu na nudę

Julka lubi rutynę. Bardzo dba o to, żeby rzeczy biegły utartym torem, według planu i po kolei. Równocześnie potrafi człowieka zaskoczyć i stara się, żeby nasze życie nie było nudne. Nawet kiedy dzień dobiega końca i wydaje się, że nic się już nie wydarzy…
Wieczór. Światło zgaszone, Julka ma zasnąć, a ja układam jeszcze jakieś ubrania w jej szafie. Po długiej ciszy, nagle, odzywa się głos:
– Mrs. C. was acting silly today…
– Really, what was she doing?
– She was running and screaming.
– What was she screaming?
– She was screaming: stop, Julia, stop!
– And what were you doing?
– I was filming Mrs. C.
– What were you filming her with?
– With Ipad.
– Where did you take Ipad from?
– From Mr. W.

– Pani C. się dzisiaj głupio zachowywała…
– Tak, a co robiła?
– Biegała i krzyczała.
– Co krzyczała?
– Krzyczała: przestań, Julia! Przestań!
– A co ty robiłaś?
– Filmowałam Panią C.
– Czym ją filmowałaś?
– Ipadem.
– A skąd miałaś Ipada?
– Od Pana W.

To oczywiście wspomnienie ze szkoły. Miała wtedy 9 lat.

Balon w szkole

Na początku podstawówki Julia wzięła do szkoły balon, to znaczy zrobioną przez siebie kukiełkę na patyku, przedstawiającą balon. Ma dużo kukiełek, czyli małych pacynek na palec, które wklejamy na ołówki jako patyki. Bardzo lubi się nimi bawić. Kiedy wróciła, okazało się, że go zapomniała i został w szkole. Wpadła w szok, kiedy się okazało, że nie robi to na mnie wrażenia. Zdruzgotana, zapytała:
– Nie pojedziesz go odebrać???????
Jej rozczarowanie mną było prawie równe temu, jakie przeżyła w wieku przedszkolnym, kiedy goniąc wiewiórkę (na jej prośbę), nie weszłam za nią na wysoką sosnę (a przecież, kiedy biegłam po trawniku, tak dobrze mi szło).

Marta-Kotburska-2016-10-08

Filozofia poranna

Przy poniedziałkowym śniadaniu, Julka powiedziała:
– I would like to change Monday for Saturday.
– But then on Saturday you would have Monday…
– Oh, yeah… So maybe not.

– Chciałabym zamienić poniedziałek na sobotę.
– Ale wtedy w sobotę miałabyś poniedziałek…
– No tak… To może nie.

Warmer hands
Kiedy indziej powiedziałam do niej przed wyjściem do szkoły:
– You have cold hands. I think you need warmer pants.
– No, I need warmer hands.

– Masz zimne ręce, chyba potrzebujesz cieplejsze spodnie.
– Nie, potrzebuję cieplejsze ręce.

4 lekcje z przerwą na barszcz

Szkoła domowa zaczęła się u nas na początku kowidu i już została.
– O, widzę, ze mamy dziś nową nauczycielkę: Miss Beaks – powiedziała moja córka, widząc jak szykuję szkołę w dużym pokoju.
Julka lubi szkołę domową. Tutaj też objawia się jej obowiązkowość, przywiązanie do rutyny i potrzeba realizacji planu. Nasze cztery lekcje muszą się odbyć absolutnie zawsze, niezależnie od okoliczności, choćby grzmiało i huczało. Do tego stopnia, że ferie przed Bożym Narodzeniem też organizujemy w formie lekcji (pieczenie pierników), bo bez tego Julka robi się rozbita. Po prostu lubi, kiedy zajęcia mamy zorganizowane.
Raz, nieoczekiwanie, zaproponowaliśmy jej wyjście przed południem, czyli w czasie lekcji. Nie dała się na nie namówić nawet jako na wycieczkę szkolną:
– Nie, najpierw muszę mieć szkołę domową. 4 lekcje.
Jest obowiązkowa i ambitna.

Przekażcie sobie znak pokoju

Julia nigdy nie brała do kościoła żadnych zabawek i w ogóle zachowuje się tam wzorowo. Ale pewnego razu postanowiła wziąć ze sobą na Mszę św. dwie plastikowe rury, które odgrywają rolę Erniego i Berta z Ulicy Sezamkowej (mają takie same kolory, jak te postacie). W wyniku długiej dyskusji włożyła ich do torby z obietnicą, że nie będą wyjmowani. Po skończonych negocjacjach, dołożyła jeszcze kukiełkę motyla na patyku (nazywa się Beautiful) i kukiełkę wróżkę, jego koleżankę, a potem jeszcze piłkę w specjalnej siatce z rączką (ten zestaw dostała w szkole od wspaniałego nauczyciela Mr. R. – według Julki piłka ma autyzm, więc nie mówi, a siatka jest jej mamą).
Kiedy nadszedł czas na „Przekażcie sobie znak pokoju”, Julia sześć razy włożyła do torby dłoń skierowaną pionowo w dół i potrząsnęła nią serdecznie. Widziałam, że osoby w ławce za nami wychodziły z siebie, żeby zobaczyć, co jest w tej torbie. A ja byłam pełna uznania, że nie wyjęła ICH ani na sekundę, jak obiecała. Jest słowna.

Religijność

Julka miała szczęście trafić na piękne lekcje religii w ramach Katechezy Dobrego Pasterza we włoskim kościele św. Katarzyny Sieneńskiej, prowadzone przez Włoszkę, Panią Julię, która przyjęła ją z sercem na dłoni. Grała w Jasełkach i była częścią grupy aż do Bierzmowania, do którego jej świadkiem została właśnie Pani Julia. Niezależnie od tego, już od najmłodszych lat, Julka robiła wrażenie, jakby wiedziała wszystko to, co ma wiedzieć na tematy dotyczące Boga. W kościele jest uduchowiona. Ona naprawdę wie, że jest wśród nas po to, żeby kochać. Wie to lepiej, niż wiele innych ludzi.

Taka jest nasza córka
Kiedyś zdarzyło się, że spędziłam pół nocy na pogotowiu, był to zresztą fałszywy alarm, nic się nie stało. Obawiałam się komplikacji po operacji, którą miałam wcześniej, ale tak nie było. W tym czasie Julia robiła różne rzeczy w domu z moim mężem i bardzo dobrze jej szło. Okazało się, że dokładnie wie, co ma zrobić, kiedy i jak. Kiedy już wylądowała w łóżku, mówiła coś do taty, który pracował w drugim pokoju. Po chwili usłyszał, że zaczęła naprawdę płakać. Poszedł do niej zdziwiony, bo Julia nigdy nie płacze. Chodziło jej o to, żeby się razem pomodlili za mnie.

Prywatność w naszym domu

W dzień Wigilii 2018 robię jej zdjęcie, bawiącej się za choinką.
– Możesz przestać? Potrzebuję prywatności.

Marta-Kotburska-2010-05-02

Rodzina szczoteczek do zębów

Pewnego wieczoru, w czasach przedszkolnych, Julka zaczęła się bawić w czasie kąpieli szczotkami do zębów naszej rodziny. Powiedziała, że to jest mama, tato i córeczka. Próbowaliśmy jej cośtam tłumaczyć na temat higieny, ale szczotki już i tak pływały w wannie. Mój mąż zapowiedział, że kupuje sobie nową szczotkę i natychmiast to zrobił. Następnego wieczoru, ku mojemu przerażeniu, zobaczyłam, że jego nowa szczotka dołączyła do tamtych. Wyskoczyłam na Julkę, nie pamiętam już w jakich słowach. Za to jej reakcję pamiętam, jakby to było dziś. Dosłownie widzę jej szeroko otwarte oczy i odbijające się w nich szczere zdziwienie moim brakiem zrozumienia sytuacji.
– Ale to jest dziadzio! – powiedziała, a ja zaniemówiłam.
Zdenerwowanie natychmiast się ulotniło. Julka od najmłodszych lat, czyli wtedy, kiedy jeszcze prawie nie mówiła, miała zdolność wygrania w dyskusji, używając tylko kilku słów. Grunt to argument!

Wstążka

W zabawach Julki, mającej dużą fantazję, różne przedmioty nabierają ludzkich cech. Od jakiegoś czasu lubi się bawić kolorową wstążką przyczepioną do uchwytu, taką do ćwiczeń gimnastycznych. Zabawki są jej zastępczymi przyjaciółmi.
Wstążka robi sceptyczne uwagi o każdej rzeczy, którą daję Julce do ubrania. W końcu ja, ironicznie (dopasowując swój ton do jej), pytam się Wstążki czy chce skarpetki, czy nie.
Na co Julka, oburzona:
– Excuse me! This is MY Ribbon. Cut that conversation immediately! (Przepraszam Cię bardzo, ale to jest MOJA Wstążka. Natychmiast utnij tę rozmowę!).
Okazuje się, że ja porozumiewać się ze Wstążką nie mam prawa.

Marta-Kotburska-2011-11-06

Powszednie sprawy sztućców kuchennych

Jednym z codziennych, rutynowych zajęć jest zabawa sztućcami przy wyjmowaniu ich ze zmywarki i chowaniu do szuflady. Julka jest wybiórczo nieśmiała. To znaczy w niektórych sytuacjach jest w stanie rozmawiać (na przykład w windzie), a w niektórych nie. Jest bardzo nieśmiała w stosunku do innych dzieci, co pewnie wynika z różnych doświadczeń z przeszłości. (Niestety, zdarza się, że dzieci bez żadnego zespołu lubią okazywać tym z zespołem swoją wyższość, chociaż nie ma do tego żadnych powodów, ani podstaw. Ale one o tym nie wiedzą). Natomiast w czasie wkładania sztućców do szuflady, kiedy Julka jest sama i czuje się swobodnie, reżyseruje scenki z życia sztućców, które mówią rozbudowanymi, pełnymi zdaniami, brzmiącymi jak dialogi z filmu. Zawsze mnie to fascynuje, bo Julka nie rozmawia w ten sposób, tak dorośle, nawet ze mną…

– Cowboy is Polish? You’re kidding me. I always thought he was from Japan. (Kowboj jest Polakiem? Ty chyba żartujesz. Ja zawsze myślałam, że on jest z Japonii).

Inna scenka:
– Spoon, it’s your birthday today.
– Are you serious? I love birthdays. How did you know? I am so thrilled!
– It’s my birthday today.
– No, it is not your birthday, it is spoon’s birthday itd.
(Dramaturgia narasta).

– Łyżko, dzisiaj są twoje urodziny.
– Poważnie? Uwielbiam urodziny. Skąd wiedziałeś? To fantastycznie!
– Dzisiaj są moje urodziny – mówi jakiś inny sztuciec (nie wiem który, bo słucham z pokoju).
– Nie, to nie ty masz dzisiaj urodziny, tylko Łyżka. Itd. Kłócą się.

Scenka kolejna:
– Wait a minute, there is a baby here („Papa, papa!”).
They talk about SOME baby.
– Spoon, are you a baby?! You cannot behave like that. We’ve known you for years and we know that you are spoon.
– I am disquised as a baby!

– Słuchajcie, przecież tu jest jakieś niemowlę („Papa, papa!” – krzyczy cieniutki głosik).
– Łyżko, ty jest niemowlakiem?! Nie możesz się tak zachowywać. Znamy cię od lat i wiemy, że jesteś łyżką.
– Jestem w przebraniu niemowlęcia!

Alarm przeciwpożarowy

Nasze życie domowe ma dużo, wprowadzonych przez Julkę, elementów teatralnych, podobnych do wspomnianego życia sztućców kuchennych.
Wieczór. Jesteśmy spóźnione ze wszystkim, usiłuję zakończyć dzień. Czekam w kuchni na Julię, która ma tam przyjść po kąpieli. Czuję, że wszystko za bardzo się przedłuża, więc idę do łazienki. Okazuje się, że rzeczy ze wszystkich półek szafki w ścianie, stoją porozstawiane w całej łazience. Załamana, pytam, o co chodzi.
– There was a fire alarm and they had to evacuate. (Wszyscy musieli się ewakuować z powodu alarmu pożarowego).
Mówię, żeby to zostawiła, podejmując się posprzątać następnego dnia (rzeczy jest bardzo dużo, pora późna, a Julka musi zdążyć rano do autobusu szkolnego przed ósmą).
– Oh, no. It was false alarm and they can go back to their activities now. (O, nie! To był fałszywy alarm i wszyscy mogą teraz wrócić do swoich zajęć).
Czyli wracają na miejsca, kolejno i bez paniki, przepisowo. Zabiera im to pół godziny.
Julka ma własny rytm i prędkość robienia rzeczy, których nic nie jest w stanie zmienić.

Mamo, MUSZĘ się pobawić jogurtami

Przybiegła z tym do kuchni. Chodzi o jogurty w małych butelkach. Po minie widzę, że sprawa jest pilna.
– Wiem, że to jest jedzenie – dodała błagalnie, wiedząc, że na pewno zacznę jej zaraz tłumaczyć, że jedzenie nie jest do zabawy.

Marta-Kotburska-2017-06-03

Vlog kuzynki

Kiedy kuzynka z Polski zaczęła prowadzić vlog, Julka śledziła jej produkcję i bardzo często ją naśladowała, zwracając się do własnej, wyimaginowanej publiczności. Kiedyś kazała mi przestać się karmić (jeszcze ją wtedy trochę podkarmiałam łyżką), żeby zrobić zapowiedź:
– Jestem taka szczęśliwa i podekscytowana, bo zaczynamy właśnie z Dużym Złym Biksem jeść zupę, jak codzień. (Big Bad Beaks to ja, to znaczy jeden z moich przydomków, zainspirowany Czerwonym Kapturkiem).

Nasza inteligentna córka

– Jestem INNA, nie jestem w stanie tego zrobić – mówi moja szelma, głosem pełnym dramatyzmu, kiedy proszę ją, żeby zsunęła roletę, bo bawi się przy oknie i słońce zaczyna świecić jej prosto w oczy. Chodzi tylko o pociągnięcie łańcuszka od rolety, z tym, że trzeba się podnieść, bo Julka siedzi na podłodze. Nie chce jej się i jest to po prostu sprytny wykręt.

Będziemy robić bałagan w kuchni piekarni!

– We will be making mess in the kitchen bakery! – powiedziała moja córka, z zadowoleniem w głosie, przed jakąś naszą akcją.
Często wymyśla całe zestawy potraw, których oczywiście nigdy nie widziała na oczy. Jest przy tym bardzo twórcza, a podstawowe nazwy zna z książek kucharskich dla dzieci, które czytamy przy jedzeniu zupy. Jej wyszukane menu bywają bardzo długie i składają się na przykład z:
Sugar cane with apple cider vimigar (tak) (trzcina cukrowa z octem jabłkowym, którego nazwa przekręcona została w śmieszny sposób)
Casseroni (!!!) Cheese on toast with french fries and pickles czyli jakiś interesująco brzmiący, wymyślony, ser Casseroni na grzance, z frytkami i ogórkami kiszonymi.

Znasz ten przepis tak z głowy?
Zapytała z podziwem. Chodzi o przepis na mleko z czosnkiem. Mało rzeczy, które robię, wywołuje na niej wrażenie. Raczej, jak każde dziecko, traktuje moją działalność jako oczywistość. Jednak czasem uda mi się zabłysnąć. W najbardziej nieoczekiwanym momencie.

Marta-Kotburska-2016-03-29

Poczucie humoru

Od dawna, jeszcze zanim urodziła się moja córka, uważałam, że warunkiem do posiadania poczucia humoru jest inteligencja. Spotykałam ludzi inteligentnych bez poczucia humoru, ale nigdy odwrotnie. Julka ma poczucie humoru, które mogłoby powalić słonia.

Muzyka organowa

Julka nastawia w keabordzie opcję muzyki organowej i mówi do siebie (tak, żebym słyszała z kuchni):
– And now, we’ll scare Beaks a little… (A teraz trochę Biksa postraszymy).

Nalepki na pianino nie były potrzebne

Julka jest bardzo muzykalna. Była wrażliwa na muzykę od najmłodszych lat i szybko zaczęła sprawiać na nas wrażenie, jakby w jej przypadku muzyka „to było TO”. Kiedy spędzaliśmy Boże Narodzenie u rodziny, wujek pozwolił jej popróbować perkusji, rozstawionej w piwnicy. Sam akompaniował na gitarze. Julka grała przez godzinę, w takim natchnieniu, że robiło to wrażenie. Tym bardziej, że w pewnym momencie namówiła mnie, żebym też spróbowała i nie byłam w stanie ugrać nic. Ich muzyka była naprawdę piękna.
Potem Opatrzność zesłała nam Mrs. M., szkolną nauczycielkę Julki, która zaproponowała jej lekcje pianina. Od tej pory pani M. jest jej nauczycielką gry na pianinie, wymarzoną, a zarazem przyjacielem. Na dodatek ma w domu kota, co też jest bardzo istotne. U pani M. Julka gra na pianinie, a w domu na keybordzie. Ponieważ nie chciało jej się ćwiczyć, namówiłam ją, żeby uczyła mnie. W ten sposób, daje mi codziennie lekcję, a zarazem ćwiczy. Nieoczekiwanie zaczęłam grać na pianinie, wcześniej w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że coś takiego nastąpi. W którymś momencie keyboard się zepsuł i kupiliśmy następny. Kiedy zasiadłyśmy do pierwszej lekcji (mojej!) na nowym, nie zdążyłam jeszcze kupić i nalepić na klawisze nalepek z literowymi nazwami dźwięków. Dzięki temu okazało się, że Julka wcale ich nie potrzebuje i gra bez nalepek tak samo, jak z nimi. Byłam pod wrażeniem. Ja natomiast siedziałam jak tabaka w rogu, spocona i zdenerwowana, bo Julka niecierpliwie mówiła do mnie rzeczy takie, jak: no graj! Co się z tobą dzieje? Przedtem grałaś!!! Weszła mi na ambicję, narysowałam odpowiednie schematy, przylepiłam taśmą przeźroczystą nad zlewem i postanowiłam, że w ciągu weekendu MUSZĘ się tego nauczyć 🙂

Marta-Kotburska-2015-07-13

Żółte balony

czyli o braku materializmu i chciwości

Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że jest wiele rzeczy, których uczę się od mojej córki i że są takie jej cechy, które chciałabym mieć sama. Przykładem może być jej brak chciwości i pazerności na cokolwiek. Mała Julka, zapytana, co by chciała dostać na urodziny, mówiła zawsze, że żółty balon, z czasem zmieniło się to na balon dowolnego koloru. Nie tylko my uważamy, że można się od niej czegoś nauczyć i że ona też może dużo dać innym, nie tylko od nich brać. Na świadectwie z klasy 8, Pan R. napisał, że Julka jest przykładem dla całej klasy w sprawach takich jak obowiązkowość i chęć pomocy innym w każdej możliwej sytuacji. Była tam też mowa o tym, że nasza córka codziennie rano rozmawia ze wszystkimi koleżankami i kolegami z klasy po kolei, tak po prostu, przyjacielsko, na dobry początek dnia, i że w tym sensie, nauczyciel uważa ją za wzór dla innych.

Motyl nie ma zębów

Proszę Julię, żeby poszła umyć zęby. Jest sobota rano i niedługo wychodzimy do kuchennego klubu dziewczynek, gdzie będzie się uczyła robić sałatkę. W tej chwili prowadzi próbę chóru dla niemowląt (wszystkie lalki siedzą rzędęm), wiec mówi, że nie może teraz myć i wysyła Beautifula (motyl, kukiełka na patyku, ulubiona zabawka od wczesnego dzieciństwa):
– Beautiful, ty sobie idź umyć!
Na co on:
– Ja nie mam zębów.
I tu sprawa niby się kończy.
Julka jest po prostu dzieckiem, które, jak każde inne, trzeba wychowywać. Trochę leniwe i sprytnie wykręcające się od tego, co mu nie w smak.
Ale ważne jest tutaj także i to, że ona się nigdy nie nudzi. Po prostu ma swoje sprawy, jak każdy. Często wręcz nie może się od nich oderwać, chociaż prozaiczne życie tego wymaga.

100% szczerości i nie zawsze wyczucie tego, co wypada

– Zostaw mnie w spokoju, pracuję nad czymś.
– Leave me alone, I’m working – Powiedziała moja 10-letnia córka do pani wicedyrektor szkoły, która przyszła odwiedzić klasę i patrzyła jej przez ramię, kiedy pisała.

Kiedyś poszłam na małe zebranie w szkole. Była na nim nauczycielka, Julka, ja i terapeutka zajęciowa, która udzielała nam konsultacji. Kiedy nauczycielka Julki, bardzo sympatyczna Mrs. H. z Wyspy Księcia Edwarda, zapytała, gdzie można kupić jakąś pomoc, o której była właśnie mowa, 8-letnia Julka skarciła ją ostrym głosem:
– Proszę nie przerywać, kiedy pani mówi!

Jechałyśmy windą w naszym bloku. Julka zwróciła się do nieznajomej kobiety w ten sposób:
– You silly old…
Ja zamarłam, a kobieta, która akurat wysiadała, opuściła nas ze zszokowaną miną i w takim tempie, że nigdy nie dowiedziała się, że chodziło o zwrot: „You silly old bear”, którym Krzyś pieszczotliwie nazywał Kubusia Puchatka. Oczywiście nigdy jej już nie spotkałyśmy, a ja długo marzyłam, żeby jej to wyjaśnić.

Marta-Kotburska-2019-12-14

Najnudniejsza bajka świata

Czytając z Julią, staram się unikać baśni braci Grimm (podobnie jak moja mama, która mnie od większości z nich uchowała), ale nie jest to takie proste. W zbiorku bajek różnych autorów mamy Rapunzel, która zamknięta w wieży przez czarownicę, musi na każde jej życzenie wyrzucać przez okno swój warkocz, po którym czarownica się do niej wspina. Zauważyłam, że Julia usiłuje ominąć tę bajkę za każdym razem, kiedy do niej dochodzimy. Za którymś razem pytam:
– Nie lubisz tej bajki, no nie?
– Nie, co za nudy! Słuchać, jak komuś włosy rosną…
Wpatruję się w książkę, znokautowana. Po raz nie wiem który, myślę sobie, że zgadzam się w zupełności z tym, co powiedziała, ale nigdy bym tego tak trafnie i skrótowo nie ujęła.

Obudź się, gąsienico

Julia prawie nigdy nie płacze, ani się na nic nie skarży, ale wszystko ma swoje granice.
Jesteśmy w szpitalu. Nasza córka ma zapalenie płuc z komplikacjami, prawie całe prawe płuco wypełnione płynem. Noce spędzam na rozkładanej leżance dla rodzica, w śpiworze. Julia budzi mnie o 6 rano, a wolałabym żebyśmy jeszcze trochę pospały, nie za bardzo jest się do czego spieszyć. Robienie każdej najmniejszej rzeczy jest dla niej trudne, bo ma kroplówkę, a poza tym pielęgniarka przytwierdziła jej rękę do deseczki, dlatego że kroplówka zaczyna piszczeć alarmująco, jeżeli zegnie się rękę. Poza tym, Julia ma też, do innego palca, podłączony monitor zawartości tlenu we krwi. Chciałabym, żeby znowu zasnęła, więc udaję, że śpię i nie reaguję na „obudź się”.
Wtedy słyszę:
– Obudź się, gąsienico!
Bardzo mnie to rozśmiesza, bo śpiwór jest zielony i pikowany poprzecznie, na dodatek zwęża się w stronę stóp, tak że muszę wyglądać dokładnie jak gigantyczna gąsienica. Usiłując dalej spać, zaczynam się dusić ze śmiechu.
Wtedy Julia mówi:
– No wstawaj, gąsienico, zamień się w motyla!!!
(Oh, come on! Get up, caterpillar. turn into butterfly!).

Nurse Marie

W tym właśnie szpitalu, niedaleko naszego domu, Julka poznała Nurse Marie czyli panią pielęgniarkę, która tak dobrze zapisała się w jej pamięci, że rozmawiamy o niej za każdym razem, kiedy czytamy cokolwiek mającego związek z chorobami i szpitalami. Julia ją pokochała i myślę, że będzie wspominać do końca życia. Kiedyś spotkałyśmy inną pielęgniarkę, która ją zna i obiecała, że jej to przekaże. Od niej dowiedziałyśmy się też, że Nurse Marie przeszła na emeryturę. Dla Julii stała się czymś w rodzaju „dobrej twarzy medycyny”.
Pamiętam, że Julka rozśmieszyła ją na samym początku, kiedy po całonocnym pobycie na pogotowiu, znalazła się na sali szpitalnej i Nurse Marie mierzyła jej temperaturę, ciśnienie itd., a Julia, cienkim głosikiem powiedziała:
– Please don’t hurt me, I’m only skin and bones…
(Proszę cię, nie rób mi nic złego, na mnie tylko skóra i kostki).
Był to zmodyfikowany cytat z Czerwonego Kapturka, który w tej sytuacji zabrzmiał bardzo rozczulająco.

Nie będzie ŻADNYCH wizyt!

Wychodzimy ze szpitala. Kiedy mijamy dyżurkę pielęgniarek, jedna z nich mówi, że na wizytę kontrolną mamy przyjść właśnie tutaj, zgłosić się dokładnie w tym miejscu, a nie w rejestracji ogólnej. Julia mówi, mijając dyżurkę, idąc szybkim krokiem w stronę windy i nie zatrzymując się ani na sekundę:
– There will be NOOOO visiting!
Okno dyżurki jest tak wysoko, że maszerującej Julki nawet przez nie nie widać, ale po tych słowach rozległ się gromki śmiech kilku osób.

Zestaw mały lekarz

– Wszystko dobrze – powiedziała do mnie na końcu przeglądu. – Masz jeszcze dwa zęby.

Pszczelarzu

Julia wygłosiła kolejne spiżowe zdanie, myślę, że chcąc się uwolnić spod mojej, zbyt uciążliwej, kontroli, to znaczy powiedziała do mnie coś takiego:
– Beekeeper, I am not a bee!
(Pszczelarzu, nie jestem pszczołą!).
Temat pszczelarza wypływa od czasu do czasu, bo Julka twierdzi, że chciałaby nim zostać, kiedy dorośnie.

Marta-Kotburska-2020-10-13

Robisz coś w domu?

Julka wie i jest w stanie zrobić o wiele więcej, niż mogą się tego po niej spodziewać przygodnie spotkane osoby. Więcej też rozumie, niż daje po sobie poznać. Ale czasem, dzięki swojej inteligencji, potrafi pokazać się w naprawdę dobrym świetle, zaskakując mnie samą. Ma wyczucie sytuacji, które sprawia, że często załatwia nasze sprawy lepiej, niż ja bym to sama zrobiła.
Jesteśmy na konsultacjach w ramach terapii zajęciowej. Pada pierwsze pytanie:
– Czy robisz coś w domu?
Okazuje się, że 8-letnia Julka robi pranie, opróżnia zmywarkę, myje podłogę (po zastanowieniu dodała, że jak się coś wyleje) i wiele, wiele innych rzeczy tego rodzaju. A na końcu, kiedy mnie już całkowicie opadła szczęka, dodała, jako wisienkę na torcie:
– I codziennie chodzę na wysypisko śmieci (miała na myśli zsyp, nie przepuszcza żadnej okazji, żeby tam ze mną iść).

Ja też tu jestem

Od najmłodszego wieku bardzo zależy jej na tym, żeby każda osoba bywająca u nas w domu, na pewno się z nią pożegnała. Czasem są to ludzie, którzy przyszli coś załatwić, jak hydraulik czy dozorca i bywają zaskoczeni, kiedy Julka wychodzi za nimi z mieszkania i domaga się właściwego pożegnania. Osobiście upomina się o to, żeby jej nie pomijać i nie wykluczać. Czasem osoby te są wzruszone. Czasem sprawiają wrażenie, jakby jej zachowanie dało im do myślenia.

Marta-Kotburska-2017-08-26

W mojej Polsce

Julka kocha Polskę. Tam są dziadkowie, kuzynki i kuzyni, ciocie i wujkowie, pies i kot, po prostu szał. O tym, jak dużo dają jej coroczne wakacje w Polsce, mogłabym pisać dzień i noc bez przerwy.
Po powrocie przez dłuższy czas słyszymy od niej takie wyrażenia jak: byłam w mojej Polsce; widziałam to w mojej Polsce; to? a, tak, kupiłam to w mojej Polsce; słyszałam to w mojej Polsce; jadłam to w mojej Polsce; znam to z mojej Polski.

Pado

Mówiąc o dzieciństwie naszej córki, nie mogę nie wspomnieć o Pado. Julka wymyśliła go mając kilka lat. Od czasu do czasu zaczyna odgrywać jego rolę. Pado jest postacią tajemniczą i bardzo sympatyczną. Zwierzątkiem, ale nie wiadomo jakim. Mieszka w zoo ze swoimi rodzicami, skąd często wychodzi „na miasto” i wtedy może nas odwiedzić. Mówi językiem o nazwie Pado, który Julka bardzo śmiesznie wyartykułowuje, zawsze tak samo, konsekwentnie, przez te wszystkie lata. Jest to mowa bardzo szybka i całkowicie niezrozumiała dla nikogo poza samym Pado. Nie da się jej też naśladować, to znaczy tylko Julka umie tak mówić. Pado objawia się nam rzadko, znienacka i jest zawsze radosny i miły. Przeważnie chce mu się śmiać, i nam wtedy zresztą też, bo wszystko, co się z nim wiąże, jest dosyć niesamowite, zaskakujące i dowcipne. Pado to fascynująca dla mnie postać, o której nie mogę się za dużo dowiedzieć, mimo, że mamy z nim do czynienia od lat. Na zadawane mu pytania odpowiada tak, że nie można nic zrozumieć (jeśli nie zna się języka Pado). Julia jest w tym bardzo konsekwentna i sprytna, nie da się jej zaskoczyć. Jedyna szansa to zadanie takiego pytania, żeby Pado musiał odpowiedzieć: „yes, sebi” albo „no, sebi”. Tu trzeba wyjaśnić, że „sebi” (z akcentem na drugą sylabę), jest słowem występującym w języku Pado prawie na końcu każdego zdania.
Można przypuszczać, że Julka mówiąca językiem Pado, ma coś wspólnego z nami, porozumiewającymi się mową polską. To coś w rodzaju jej własnej wersji polskiego, czyli tego szybkiego języka, z którym ma do czynienia. Tym bardziej, że Pado, odwiedzając nas, prawie zawsze wybiera się właśnie do Polski albo z niej wraca. I, co w tej sytuacji zrozumiałe, zdarza mu się wtrącać polskie wyrazy.