Zamek z prawdziwego zdarzenia (10) Najniższa wieża nocą

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z Kolorowymi Oknami
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Rozdział 27

Najniższa wieża nocą

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Trzy kuzynki usiłowały nadążyć za konikami, a raczej końmi królewskimi, które w biegu z uznaniem wymieniały uwagi na temat doktora. Dużo już o nim słyszeli. Wesoły doktor Żart-Skuteczny był nie tylko lekarzem całej okolicy, ale także mistrzem szachów i pogromcą przestępców. Rzucił się za nimi w pogoń po tym, jak ukradli mu radio z pojazdu. Odwiedzał wtedy chorego. Doktor przesadził kilka płotów i złapał złodziei, a oni oddali mu radio. Był też niezrównanym komikiem. Pacjenci i ich krewni zawsze cieszyli się na jego wizytę domową, bo opowiadał śmieszne historie, którymi z powodzeniem leczył chorych.

Dziewczynki znalazły się w nieznanej Julce komnacie w momencie, kiedy w powietrzu zawisło pytanie:
– Słyszałem, że ktoś tu jest chory? – doktor Żart-Skuteczny szeroko uśmiechnął się do koników, które popatrywały po sobie spuszczając wzrok.
– Lepiej kogoś znajdźmy, bo zbada nas wszystkich – szepnął Jasnoszary do Jasnobeżowego.
– Ja się dziś trochę słabo czuję – Jasnobeżowy zgłosił się na ochotnika mając nadzieję, że inni to docenią.
– No to świetnie! – zatarł ręce doktor Żart-Skuteczny i otwarł pękatą, ciemnobrązową torbę lekarską. – Popatrzmy, czym by cię tu rozśmieszyć.
Grzebiąc w torbie, zaczął opowiadać o rzeczach, które zdarzyły mu się tego dnia. Wszystkie były bardzo śmieszne. Jasnobeżowy stał, tak przerażony, że nie słyszał ani słowa z opowieści, którą zaaplikował mu doktor. Inne koniki dusiły się ze śmiechu. Niektóre leżały na plecach i wierzgały kopytami w powietrzu, bo nie mogły już wytrzymać.
– Hm, twój przypadek wygląda na ciężki. Mój znajomy, doktor Pijawka, ma zupełnie inne metody, ale nie jestem pewien, czy by ci odpowiadały… – powiedział z tajemniczym uśmiechem doktor Żart-Skuteczny. W tym samym momencie schował z powrotem do torby tubę rozśmieszającą. Koniki tłoczyły się za nim, żeby zajrzeć do środka. Doktor zamknął torbę z głośnym trzaskiem i poszedł umyć ręce.
Jasnobeżowy zapytał stojącego najbliżej niego Grafitowego:
– Myślisz, że może na mnie nasłać tego Pijawkę?
– Straszy.
Po powrocie, wesoły jak zwykle doktor Żart-Skuteczny wyjął z kieszeni notes i, pogwizdując, zaczął pisać.
– Nie martw się, zapisze ci kilka kawałów, na pewno ci nie zaszkodzą – szepnął do Jasnobeżowego Siwek.

Konik koloru kawy z mlekiem, słysząc jak doktor, pisząc, mówi coś pod nosem po łacinie, pomyślał, że zdarza im się okazja, która może się już nie powtórzyć. Szybko szepnął coś Jasnobrązowemu. W kilka sekund później wszystkie koniki prowadziły nerwową rozmowę szeptem. Szary i konik w kolorze skorupki jajka wybiegli z komnaty, pogalopowali do sypialnej i po chwili wrócili z rulonami.  Jako coś cennego, koniki miały je zawsze ze sobą. Trzymały rulony w jednym z worków z rzeczami, które leżały za ich legowiskiem. Kiedy doktor podał Jasnobeżowemu kilka kawałów zapisanych na karteczkach z notesu, Szary wyciągnął zza pleców rulon i zapytał:
– Czy mógłby nam to szanowny pan doktor przetłumaczyć?

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Doktor zaczął czytać, a wszystkie koniki wstrzymały oddech.
– Porphyrophora polonica, Margarodes polonicus, czerwiec polski – mówił pod nosem, po czym zwrócił się do nich – tutaj jest mowa o jakimś robaczku czy pajączku, który przed wiekami farbował na czerwono tkaniny na ubrania w całej Europie. Był też używany w malarstwie. Nawet pochodzi od niego nazwa miesiąca i nazwa samego koloru. Do Włoch i Niemiec sprowadzano go od nas, z Polski, tonami.
Po czym, rozwijając kolejne rulony, dodał zniżonym głosem:
– Ale słuchajcie… tutaj jest napisane, że to jest wszystko ściśle tajne. Tak że ja bym był na waszym miejscu ostrożny, bo sprawa wygląda na poważną. Następna rolka jest cała o niebieskim, tamta o pomarańczowym, a ta o żółtym. Jak je zrobić z różnych roślin i innych rzeczy. Macie tutaj supertajne R-E-C-E-P-T-U-R-Y – powiedział z naciskiem na ostatnie słowo, po czym oddał rulony Szaremu.
– No dobrze, miło się siedzi, z tym że ja już będę musiał lecieć – powiedział jakby nigdy nic, ale koniki widziały, że rulony zrobiły na nim wrażenie.
Przed odjazdem doktora, Babu zdążyła go jeszcze poczęstować Zalewayą z Zupnika Królewskiego, o której wieść rozeszła się w międzyczasie po całym zamku. W godzinę po obiedzie, po kątach rozmawiali już o niej wszyscy. Okazało się, że jest tak pyszna jak lody i tak sycąca, że nie musi się oprócz niej już nic jeść. Największym niejadkom zjedzenie zabierało kilka sekund. Ale to jeszcze nie wszystko. Koniki nic nie mówiły, ale jedząc patrzyły na siebie znacząco. Obserwowały kuzynki, żeby sprawdzić ich reakcję.  Były pewne, że odnalazły przepis na cudowną zupę, o którym marzyły od dawna. Dziewczynki zauważyły od razu po zjedzeniu, podobnie jak wszyscy inni, którzy ją jedli,  że zrobiły się od niej o wiele silniejsze. A na dodatek mądrzejsze. Po wstaniu od stołu były gotowe podjąć największe wyzwania.

* * *

Tej nocy koniki spały, jak zwykle, równym rzędem, w jednej komnacie z trzema kuzynkami, Babu i Wielkim Naprawczym. Piękny, duży, mądry i łagodny, ale energiczny pies Milki ułożył się koło jej posłania od strony nóg, a Wygrys pod poduszką Julki. Zaraz po przyjeździe Julki z konikami wszyscy ustalili, że w jednej komnacie będzie im najlepiej czyli najweselej i najraźniej. Na podłodze mieli rozłożone siano, a na nim każdy pościelił sobie co tylko miał. Głównie były to kołdry, które dostali od Babu. Ona też codziennie czytała im przed snem, a czasem zamiast tego opowiadała historie. Najczęściej prosili, żeby opowiedziała o tym, jak była mała i trzymała wszystkie zabawki ładnie ułożone w jednym małym pudełku. Lubili kiedy mówiła jak były ułożone i w jakiej kolejności je wkładała. Po kilku wieczorach pamiętali to już równie dobrze, jak ona.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Tego wieczoru, już po czytaniu, Bajka poprosiła Milkę o małe drewniane królewny do zabawy przed zaśnięciem. Milka zgodziła się pod warunkiem, że po zabawie Bajka postawi je w połowie drogi między ich legowiskami. W końcu wszyscy zasnęli. Wszyscy oprócz Babu, która poszła jeszcze zrobić obchód kuchni.
Julka obudziła się w środku nocy i nie mogła zasnąć. Patrzyła na małe królewny wyglądające jakby zatrzymały się w połowie drogi, idąc po coś od Bajki do Milki. Widziała je w smudze światła wpadającej przez szparę w solidnej okiennicy. Odetchnęła głęboko po raz kolejny i starała się zasnąć. Im bardziej się starała, tym bardziej sen nie przychodził. Zaczęła się zastanawiać, co to znaczy dobrze wykorzystać swój czas. Sen dalej nie nadchodził. Przypomniały jej się podziemia i napisy, które w nich widzieli. Po głowie zaczęło jej chodzić niedokończone zdanie Nie daj się zwyciężyć złu, które przeczytała ze ściany w podziemiach. Często zapamiętywała rzeczy, które innym domownikom od razu wylatywały z głowy, czym wbijała ich w zdumienie. Na przykład imiona, nazwiska i różne nazwy. W tej chwili nie pamiętała wszystkich napisów, ale właśnie ten ostatni utkwił jej w pamięci. Wtedy przypomniała sobie znaczki wypisane na końcu linijki i skojarzyło jej się to z czymś, co Babu czytała kiedyś w łóżku, kiedy zajrzała jej przez ramię. Powtarzając w myślach Rz 12,21 wstała, zapaliła latarkę i przy posłaniu Babu znalazła starą biblię, która zawsze tam leżała. Parę dni wcześniej Babu uczyła ją wyszukiwać w niej ważne informacje. Julka położyła latarkę na podłodze i, idąc za wskazówkami Babu, znalazła właściwe miejsce.
–  List do Rzymian. Święty Paweł – wyszeptała, po czym przeczytała z satysfakcją:

Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!

Poczuła wielki przypływ dzielności i wdzięczności dla Babu. Zachciało jej się do niej przytulić. Mimo, że okiennice z grubych dech były zamknięte, a latarkę zgasiła, żeby nikogo nie obudzić, bez trudu znalazła jej kołdrę. Z tym, że Babu wcale pod nią nie było. Spało tam natomiast kilka koników, które wcześniej wpadły na ten sam pomysł, co Julka. Zdziwiona starała się rozglądać w ciemności zamkowej, która była o wiele głębsza, niż zwykła ciemność w jej mieszkaniu. Zajrzała pod swoją poduszkę. Wygrys miał oczy zaciśnięte tak mocno, że o mało mu skóra nie pękła. Julka wiedziała, że nie śpi naprawdę, tylko udaje. Postanowiła zabrać go ze sobą.
– Chodź, widzę, że nie śpisz. Pomóż mi znaleźć Babu – Wygrys zgodził się głównie dlatego, że nie chciał zostać sam wśród śpiących.
Kiedy wychodzili z komnaty, drzwi zaskrzypiały przeraźliwie, ale nikogo nie obudziły. Stanęli w korytarzu koło dużego okna. Było tu o wiele jaśniej, bo wpadało światło księżyca, prawie w pełni. Wyglądając przez okno bez ram Julka zauważyła, że w najniższej wieży, w której nikt nie mieszkał, migocze światło świecy.
– Jestem pewna, że to ona – powiedziała do Wygrysa mocno ściskając jego łapę, żeby dodać sobie otuchy, a poza tym, żeby nie uciekł z powrotem do zacisznej komnaty. – Idziemy.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Mniej więcej orientowali się jak najszybciej dojść do wieży. Kiedy przecinali salę tronową, stojący w niej zegar zaczął wybijać godzinę. Julka o mało nie skamieniała ze strachu. Porwała Wygrysa na ręce. Sama nie wiedząc kiedy, znalazła się na zewnątrz i pędem dobiegła przez dziedziniec do najniższej wieży. Mechata zwykle trawa, teraz drapała ją nieprzyjemnie w stopy, jakby zamiast niej rosły ostre druciki. Na dodatek wilgotne. Stojąc na dole schodów Julka krzyknęła:
– Babu, to ty?

Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami. Sceny takie jak ta Julka pamiętała ze snów z bardzo wczesnego dzieciństwa.

– To ja, Jusinko. Chodź, bo tam zimno!
Wygrys tak się spieszył, że zeskoczył na ziemię i wbiegł na schody pierwszy. Przeskakiwali po kilka stopni.  Zdyszani stanęli w drzwiach komnaty oświetlonej kilkoma świecami. Było w niej przytulnie i ładnie pachniało drewnem. Najniższa wieża, trzypiętrowa, była jedyną wieżą drewnianą w całym Zamku Postrzępionym. Babu właśnie dlatego ją wybrała. Może też dlatego, że nie lubiła dużych wysokości.
– Och, Babu! – Julka rzuciła jej się na szyję, a Wygrys równie mocno przytulił się do jej nogi na wysokości kostki.
– Ale się bałam!
– Zupełnie niepotrzebnie. Twój Anioł Stróż jest zawsze tam, gdzie ty – powiedziała Babu robiąc jej miejsce koło siebie.
– Myślisz, że jest wystarczająco silny?
– Tak. Osłania cię skrzydłami. A poza tym jest dobry i delikatny. Pamiętaj, żebyś nigdy nie mówiła rzeczy, przez które musiałby się za ciebie wstydzić. Jest bardzo wrażliwy.
– No tak, ty tu siedzisz otoczona nocą i nie boisz się…
– Nie – uśmiechnęła się Babu.
– A jakbyś się nagle zaczęła bać, to co byś zrobiła?
– To bym się pomodliła.
– I to pomaga?
– Zawsze.
– Dlaczego?
– Bo Pan Bóg jest dobry i czeka na nasze modlitwy.
Babu otwarła dłoń, na której leżały drewniane koraliki.
– Masz różaniec? – zapytała.
– Mam, ale go nie używam.
– Na różańcu odprawia się medytacje.
– Jak to?
– To są Wielkie Tajemnice.
– Nie ma już większych?
– Nie ma.
– Lubię wielkie tajemnice… – powiedziała Julka cicho. – Nauczysz mnie?
– Tak. Matka Boska sama cię nauczy jeżeli ją poprosisz.
– To ty sobie tutaj zawsze tak cichutko przychodzisz, a myśmy nic nie wiedzieli?!
– Każdej nocy, moja kochana. Bardzo lubię ten czas.
– A co tu robisz? – Julka przypomniała sobie, że dziewczynki mówiły jej, że Babu została mianowana Honorowym Opiekunem Ksiąg.
– Czytam, piszę, rozmyślam – uśmiechnęła się Babu.
Julka zauważyła, że wzdłuż ściany całego okrągłego pomieszczenia, w którym siedziała teraz przy stole bardzo blisko Babu, biegnie jedna półka, na której ustawione są książki.
– Mam tu na półce wybrane Księgi z naszej biblioteki, które chcę przejrzeć.
– A co piszesz?
– Kroniki Zamkowe.
– I tak codziennie?
– Codziennie. Planuję też wszystkie potrawy i robię postanowienia na następny dzień.
– I jakie zrobiłaś dzisiaj?
– Żeby dawać zamiast brać.
– Dlaczego?
– Bo o wiele lepiej jest dawać, niż brać.
– Trudno mi w to uwierzyć…
– Spróbuj i sama zobaczysz.
– Myślisz, że powinnam sobie też coś postanawiać?
– Każdego wieczoru przed zaśnięciem wymyśl sobie jakąś naprawdę dobrą rzecz, którą zrobisz następnego dnia, a następnego wieczoru zastanów się jak ci to wyszło. Kiedy będzie szło dobrze, możesz zacząć dodawać następne rzeczy.
Julka zapatrzyła się w świecę. Zadecydowała, że codziennie wieczorem będzie robić jakieś postanowienie. Na pierwszy dzień zaplanowała omijać grupy, które obgadują kogoś za jego plecami, a dopiero następnego dnia zacząć dawać zamiast brać.  Po czym zapytała:
– To jak długo tu siedzisz?
– Czasem prawie całą noc, a czasem pół. To dla mnie przyjemność, nic się nie martw.
– A co teraz czytałas? – Julka pochyliła się nad rulonem przyłożonym na rogach cukiernicą i kolorowymi kamieniami.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– List, który znalazłam między kartkami Kroniki Polskiej Mistrza Wincentego Kadłubka. Już od tygodnia w niej siedzę, bo to wciągająca książka. Dzieci królów i książąt uczyły się z niej historii.
Julce księga podobała się już z samego wyglądu. Przeczytała też kawałek tytułu innej książki wystającej spod tamtej: LISTY KRÓLÓW I ZNAKOMITYCH MĘŻÓW zebrał Ambroży Grabowski.
– Babu, a dlaczego ty ciągle siedzisz w tej historii? Do czego ci to jest potrzebne? – zapytała Julka kartkując księgę z listami.
– Tylko znając historię można zrozumieć to, co się dzieje dookoła nas we współczesności. Mieszkając w krainie tak wypełnionej historią, jak nasza, ma się obowiązek ją znać. Jeśli się ją kocha.
– No tak, tu jest tyle zamków. Kiedy wracaliśmy z Grodu Prastarego widziałam po drodze jeszcze kilka, jeden na wysokiej górze. Byłaś w nim? – Julka przypomniała sobie, że od dawna chciała z Babu o tym porozmawiać.
– Ten na wysokiej górze to akurat jest klasztor. Mieszkają w nim zakonnicy. Nigdy nie wychodzą poza jego mury. Zamykają się tam, żeby kontemplować dobroć bożą.
– Ale czy muszą się do tego zamykać?
– Robią to, żeby świat nie rozpraszał ich myśli. Wiesz ile się dookoła nas dzieje. Potrzebują dużo czasu, żeby się modlić, czytać, rozmyślać i pisać. A oprócz tego ciężko pracują.
– Myślisz, że są szczęśliwi?
– Myślę, że bardzo.
– A jak ciężko pracują, to co robią?
– Jeden uprawia ogród, inny zamiata, inny gotuje, a czasem się zmieniają. Jeszcze inny jest stolarzem albo murarzem, zależy czego potrzebują. W dawnych czasach zbierali i przepisywali dokumenty myślicieli starożytnych, greckich i rzymskich, i w ten sposób uratowali je dla nas.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– A kiedy już przepisali tamte księgi?
– Uczyli ludzi uprawiać rolę i budować domy, a ich dzieci czytać i pisać.
– Ten klasztor stoi na zupełnym odludziu. Ja bym się bała tam mieszkać…
– Taka jest tradycja. Najstarsze klasztory średniowieczne były ośrodkami kultury i wzorowymi gospodarstwami. Mnisi chrześcijańscy pomagali wtedy osiedlającym się barbarzyńcom. Budowali kulturę Europy. Chrześcijańską. Naszą kulturę. Opartą na wierzeniu w jedynego, dobrego Boga, wobec którego wszyscy ludzie są równi. Tak narodziła się Europa. Wcześniejsza kultura, starożytna, za swoje centrum miała Morze Śródziemne. Dopiero dzięki chrześcijaństwu obszary dzisiejszej Europy zaczęły tworzyć  całość.
W tym momencie Babu podała Julce zakładkę, która wyglądała na bardzo starą:
– Weź ją sobie. To święty Benedykt z Nursji. Ma dużo wspólnego z tym, o czym ci opowiadałam. Pod pięknym obrazem brodatego mnicha Julka przeczytała:


to tylko czyńmy, co nam przyniesie korzyść na wieczność

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Postanowiła zacząć już od rana.
– Acha, ale zobacz ten list, o który pytałaś – powiedziała Babu. – Podpisał go Mikołaj Kopernik. Pisze tak:
Obowiązkiem uczonego jest poszukiwanie prawdy tak dalece, jak Bóg na to pozwala.
– Tak – westchnęła Babu – poszukiwanie prawdy jest naprawdę ważne, poza tym Mikołaj Kopernik był odważny i niezależny w myśleniu. Taki, jaki powinien być każdy, kto chce być prawdziwie wolny. Mam nadzieję, że wy dziewczynki będziecie go naśladować. Muszę z wami  jutro o tym porozmawiać, kiedy będzie też Bajka i Milka.
– Chodźmy do komnaty – powiedziała tłumiąc małe ziewnięcie.
Idąc po schodach mijały wiszące na ścianach tkaniny przedstawiające postacie naturalnej wielkości. Na górę Julka wbiegła tak szybko, że nawet ich nie zauważyła.
– Znasz tych ludzi, Babu?
– To nasi wielcy bohaterowie: Jan Kanty, królowa Jadwiga, Szymon z Lipnicy, a tam ksiądz Piotr Skarga.
– A co on zrobił?
– Między innymi założył pierwsze instytucje charytatywne: jedyny w jego czasach bank w Europie, który pożyczał pieniądze wszystkim potrzebującym, bez żadnego procentu ani bez zastawu. Istnieje zresztą do dziś, nazywa się Arcybractwo Miłosierdzia. Albo Skrzynkę świętego Mikołaja, do której zbierało się pieniądze na posagi dla niezamożnych dziewczyn, żeby mogły wyjść za mąż i nie schodziły na złą drogę. Wszyscy ludzie, których tu widzisz, to święci. Niektórzy znani na całym świecie, jak Jacek Odrowąż albo Stanisław Kostka. Musisz zagłębić się trochę w historię, żeby się dowiedzieć co robili i dlaczego przy okazji uczty zawieszam zawsze te tkaniny w oknach, żeby im oddać cześć. Miłość do ojczyzny polega między innymi na tym, żeby to wiedzieć. Sama zobaczycz jak tobie samej się to przyda. Masz czasem sprawy trudne do rozwiązania, prawda?

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Tak – powiedziała Julka kiedy wchodziły na dziedziniec.
– No właśnie. Dobrze jest wiedzieć jak święci radzili sobie z trudnymi sytuacjami.
– Czy święci to znaczy superspecjalni?
– Większość z nich po prostu przyjęła łaskę Bożą.
– To można jej nie przyjąć?
– Wielu ludzi jej nie przyjmuje. Każdego dnia.
– To niesamowite…
Julka poczuła pod bosymi stopami, że trawa znowu zrobiła się miękka i mechata, a  cały zamek wydał jej się cudowny i miły. Dopiero teraz usłyszała jak ślicznie cykają koniki polne, bo idąc do wieży była za bardzo spięta. Wygrys spał u Babu w kieszeni. Julka przypomniała sobie, że ma Anioła Stróża i że w ogóle nie powinna się była bać. Zrobiło jej się głupio, ale nie za bardzo. Rozpierała ją radość. Pomyślała, że noce takie jak ta warto przeżyć.
– Babu, jestem taka szczęśliwa – powiedziała, a Babu ścisnęła ją za rękę.  Po tym zrobiła jej palcem krzyżyk na czole. Po ciemku znalazły swoje kołdry, wskoczyły pod nie i natychmiast zasnęły.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Zamek z prawdziwego zdarzenia (9) Zjeżdżalnia z najwyższej wieży

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z Kolorowymi Oknami
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Rozdział 26

Zjeżdżalnia z najwyższej wieży

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Bajka i Milka od samego rana przeszukiwały systematycznie cały zamek. Bajka zaczęła od tego, że sprawdziła dokładnie wszystkie stajnie. Babu wysłała je po Wielkiego Naprawczego mówiąc, że zszedł do piwnic.
Wyjątkowo myliła się, bo tam go nie było. Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca wyglądał właśnie z okna najwyższej wieży, w której spędzał czas już od kilku godzin. Konkretnie był na jej najwyższym piętrze, jedynym, które miało okna. Było ich tutaj za to aż dwadzieścia cztery. Pomieszczenie zajmujące całe górne piętro, duże i puste, doskonale nadawało się na pracownię. Okna nie miały oczywiście szyb ani ram.

Bajka i Milka zobaczyły Wielkiego Naprawczego wysoko w oknie kiedy traciły już siły i nadzieję. Zdyszane wbiegły na najwyższe piętro. Naprawczy wbijał właśnie ostatnią pinezkę w duży arkusz papieru. Biały karton, rozpięty na desce, stał oparty o ścianę. W ręce, oprócz pinezek, Wielki Naprawczy trzymał żółty ołówek oznaczony symbolem 4H. Na rysunku było jakieś skomplikowane urządzenie narysowane twardym ołówkiem technicznym z najmniejszymi szczegółami. Były tam też strzałki, opisy małymi wyraźnymi literkami i dużo cyfr.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Co robisz? – zapytały dziewczynki równocześnie. Przyszły na samą górę, żeby zaspokoić ciekawość. Mogły po prostu zawołać go z dołu, ale wiedziały, że Wynalazca pracujący samotnie gdzieś na uboczu zwykle robił coś, co mogło okazać się interesujące. Wiedziały też, że często takie projekty były związane z nimi osobiście.
– A, nic takiego – odpowiedział zamyślony Wynalazca, co wcale nie zbiło ich z tropu, bo, znając go, spodziewały się usłyszeć właśnie coś w tym rodzaju. Na całej podłodze okrągłego pomieszczenia leżały stare metalowe części. Mniej więcej połowa z nich była zakurzona, a reszta wypolerowana szmatką na najwyższy błysk.
– Porozkładałem sobie parę rzeczy do naoliwienia – to też ich nie zdziwiło, bo Wynalazca często oliwił. Jego pasją było rozkładanie skomplikowanych mechanizmów pod pozorem oliwienia. Największą przyjemność sprawiało mu składanie ich z powrotem. Traktował je jak fascynujące łamigłówki.
– Ale do czego ci to jest potrzebne? – chcąc odpowiedzieć na pytanie Bajki, Wynalazca bez słowa poprowadził je do okna po przeciwległej stronie. Z okna schodziła w dół wypolerowana do niemożliwości zjeżdżalnia z połyskującego rudawo metalu. Kończyła się gdzieś w powietrzu, wysoko nad trawą, a zrobiona była z zachodzących na siebie płyt połączonych dużymi nitami. Piękny, duży, mądry i energiczny, ale łagodny Pies Milki, który wszedł na górę w ślad za nią, też wyjrzał przez okno i zaczął wyć ze strachu.
– Nie bój się,  nie musisz zjeżdżać – uspokoiła go Milka.
– Będzie składana, co bardzo komplikuje sprawę – powiedział z zadowoleniem w głosie Wynalazca. Lubił komplikacje i wiążące się z nimi wyzwania. – Widzicie, płyty wysuwają się jedne spod drugich.
– Ale po co ma być składana? – Milka usiłowała sobie wszystko dokładnie wyobrazić.
– Bo będzie zwodzona! – tym razem twarz Wynalazcy rozpromieniła się do niemożliwości.  – Będzie wyjeżdżała z tego okna albo wjeżdżała w nie z powrotem w zależności od potrzeb.
Widząc jaki jest szczęśliwy, dziewczynki nie pytały już dalej, chociaż miały wątpliwości czy wyjazdy i wjazdy rzeczywiście będą konieczne. Odwróciły się tyłem do okna i wtedy dopiero zauważyły stojącą na podłodze z grubych dech machinę, która wyglądała na przynajmniej częściowo skonstruowaną. Ogólnie rzecz biorąc, machina składała się ze stojącej pionowo bardzo grubej metalowej rury, do której przytwierdzone były różnej wielkości rurki, kurki, pokrętła i zegary. Najbardziej podobały im się wypolerowane metalowe gałki na końcu drążków. Milka nacisnęła jeden z nich.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Nie ruszaj! – krzyknął Wielki Naprawczy podnosząc ręce i robiąc wielki sus w jej kierunku.
Z machiny wydostał się obłoczek pary, a Wielki Naprawczy odetchnął z wyraźną ulgą.
– Czas już chyba zejść na dół… – powiedział.
– A, właśnie. Babu cię szuka! – przypomniała sobie Bajka.
– No to my lecimy – przy tych słowach Milka biegła już po krętych schodach, wiedząc że pokonanie ich zajmie dłuższą chwilę.
– Jestem pewna, że chodzi o coś więcej, niż prostą zjeżdżalnię w dół – wydyszała na kolejnym zakręcie schodów. Miała inżynieryjne oko, które pozwalało jej oceniać takie rzeczy.
– Trzeba będzie zbadać tę sprawę – przyznała jej rację Bajka, która lubiła zagadki do rozwikłania. – Jak będziemy miały czas.
Wybiegły z wieży przez drzwi wychodzące prosto na fosę.
– Patrz, coś płynie – powiedziała mrużąc oczy Milka.
Bajka zawróciła, chociaż była już w drodze do stajni. Znalazła gałąź i przyciągnęła to coś do brzegu.
– Butelka po oranżadzie! Ale fajna… – odwróciła się, żeby obejrzeć znalezisko pod słońce. Wiedziała jak wygląda butelka po oranżadzie, bo interesowała się historią, ale nigdy nie miała czegoś takiego w ręce.
– Ja też chcę zobaczyć! – Milka otwarła zakrętkę, która odskoczyła sprężyście. Patykiem wyjęły ze środka kartkę.
– To ja ją wyjęłam! – Bajka chciała obejrzeć pierwsza.
– Ale ja zauważyłam!
Były podekscytowane, ale przestały się kłócić, bo wiedziały, że w ten sposób podrą cenne znalezisko.
Zupnik królewski… – Bajka powoli odcyfrowywała kanciaste pismo z zakrętasami. – Strona 1147. Zalewaya Niemożliwa do Zrobienia y Szokująca dla Podniebienia. Dalej następował długi i skomplikowany opis o wiele mniejszymi literami. Od razu wiedziały co zrobić. W sekundzie znalazły się w tym rejonie kuchni królewskiej, w którym zwykle można było zastać Babu. Pobiegły tam zanim zza zakrętu fosy wypłynęła następna butelka. To Wygrys znalazł stertę starych papierów i bawił się w rozbitka wysyłającego wiadomości.
Bajka podała Babu kartkę.
– Czy mogłabyś nam to ugotować?
– Nie ma problemu – powiedziała Babu rzuciwszy tylko okiem na przepis.
– Z tym, że dla mnie z jednym dużym borowikiem albo z ogórkiem kiszonym – szła za ciosem Bajka.
– A dla mnie z jednym dużym pomidorem obranym ze skóry – Milka też nie chciała być poszkodowana.
– Oczywiście – uspokoiła je Babu, nic się nie martwcie.
– Jesteś kochana, Babu. Czy był już dzisiaj Pan Janek? – spytała Milka.
– Nie, a czemu pytasz?
– Po prostu, chciałam go  zobaczyć. Jest w nim coś takiego, że lubię kiedy przychodzi.
Załatwiwszy pomyślnie sprawę Zalewai, dziewczynki wybiegły na dziedziniec. Ich oczom ukazał się niecodzienny widok. Szymon Solidny i Julka myli basztę wschodnią polewając ją wodą z węża. Stało się tak przy okazji mycia przez Szymona mułów i wozu przed daleką drogą. Do wody dodali delikatny szampon do zabytków, który Szymon Solidny miał w wozie. Pomagał im Młody Strażak. Przy takiej akcji nie mogło też oczywiście zabraknąć Wygrysa, który już w pierwszych chwilach całkowicie się zamoczył. Zademonstrował też straszliwe piski, które umiał wydawać. Do złudzenia imitowały syrenę strażacką, co Młody Strażak w pełni docenił.
– Ja też coś takiego umiałem z siebie wydawać, ale to było dawno, w dzieciństwie. Pamiętam, że nikt tego wtedy nie rozumiał. A ja po prostu sygnalizowałem, że zostanę strażakiem.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Baszta cała lśniła. Wyglądała teraz jak nowa. Szymon Solidny pomógł przy okazji Wielkiemu Naprawczemu zamontować spadający łańcuch od mostu zwodzonego. Łańcuch trzeba było podnosić w dwie osoby. Zanim wyruszył w drogę, urządził jeszcze dziewczynkom konkurs: kto najszybciej wejdzie na średnią wieżę (która nie miała schodów) po nowoczesnej, składanej drabinie zewnętrznej, którą zdjął z wozu. Dziewczynki bardzo się cieszyły z wchodzenia, ale potem równie bardzo bały się zejść i siedząc na górze dłuższą chwilę żałowały, że wzięły udział w konkursie.
W tym czasie królowa Awelia stała już gotowa do drogi i czekała aż wyruszą wozem Szymona Solidnego. Trochę się niecierpliwiła, bo chciała zdążyć do Królewskiego Grodu Prastarego na godzinę otwarcia sklepu z kredkami. Myśl, że ktoś pilnie potrzebujący jakąś kredkę przyjdzie i pocałuje klamkę, była dla niej przykra. Babu, która przyszła się z nią pożegnać, zabawiała ją rozmową. Wygrys stał koło nich przygnębiony, bo Julka powiedziała mu, że z tak dużego zamoczenia nigdy już całkiem nie wyschnie. Wiedział, że w tym stanie nie będzie się mógł bawić z innymi. Milka próbowała go pocieszyć:
– Nie martw się, na pewno wyschniesz. W najgorszym razie, jeżeli będziesz długo chodził niedoschnięty, zaczniesz śmierdzieć kozą.
To go już zupełnie dobiło.
– Chodź, ja cię wysuszę – Babu wyciągnęła do niego ręce bez cienia obrzydzenia.
– Jak?!!!- chciała znać szczegóły Julka, która jako pierwsza zeszła po drabinie z wieży.
– Nie bój się, ona ma swoje metody – Bajka wiedziała, że Babu można zaufać w różnych sprawach.

To właśnie powtarzała sobie Julka w duchu chwilę później, kiedy wbiegła do zamku i z okna łazienki podziwiała widok, który rozciągał się stąd daleko. Za krzakami czarnego bzu zaczynały się łagodne pagórki, między nimi pola, po lewej widać było las, a za nim osadę z kościołem z wysoką szpiczastą wieżą. Pogoda była tak piękna, że widać było nie tylko dzwon, ale nawet krzyż na wieży.  Julka przetarła oczy. Kolory owiec na pastwisku pod lasem, jak zwykle, zrobiły na niej wielkie wrażenie. Za każdym razem kiedy je widziała, intrygowało ją to bardziej. Znalazła dziewczynki i po chwili wszystkie trzy biegły już krętą ścieżką w stronę pastwiska. Babu pozwoliła im na krótką wyprawę. Bajka tylko na sekundę wstąpiła po drodze do stajni. Nikt nigdy z nią tam nie chodził, bo było rzeczą ogólnie wiadomą, że w stajni wolała być sama.
– Właściwie mało wiemy o tych owcach z podzamcza – przyznała Milka. – Przeważnie jesteśmy za bardzo zajęte sprawami wewnątrz murów.
Milka nie po raz pierwszy pomyślała, że Julka zwraca im uwagę na rzeczy, których wcześniej nie zauważały. W duchu przyznała, że spojrzenie z zewnątrz, takie jakie przynosiła Julka, niewiele wiedząca o ich świecie, było cenne.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Jak to się właściwie stało, że wreszcie do nas przyjechałaś? – zapytała ją.
Pytanie było zaskakujące. Julka zastanawiała się jak streścić Milce zagmatwane dzieje jej znajomości z konikami w dwóch słowach. Opowiedziała o tym, jak była z nimi w składzie starych gratów i jak znalazła mapę, a one globus.
– Sama się często zastanawiam jak to wszystko w ogóle było możliwe… – zakończyła.
– W życiu nie ma przypadków. Wszystkim kieruje Pan Bóg. Tak mówi Babu – powiedziała Milka zeskakując z kamiennego murka, po którym szła.
Kiedy podeszły bliżej, Julka widziała już wyraźnie, że owieczki są nie tylko różnokolorowe, ale wręcz tęczowe.
– Ależ one cudnie wyglądają… – westchnęła Bajka. – Chętnie bym sobie czasem popasła.
Kiedy znalazły się całkiem blisko, zobaczyły, że jeden baran siedzi na uboczu i płacze:
– Beee, beee, beeeee.
Naprawdę aż przykro było słuchać.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Czemu beczysz? – zaczęła rozmowę Julka, która nie mogła znieść kiedy ktoś płakał. Jej też od razu zakręciły się łzy w oczach.
– Nie mogę się doczekać aż mi runo odrośnie po ostatnim strzyżeniu na wełnęęęęę – baran rozbeczał się na dobre – tak mi głupio obcięli, że wyglądam jak w podkoszulku bez rękawów.
– Ja też sobie kiedyś sama obcięłam kucyki i byłam w tej samej sytuacji. Nie martw się. Jak szybko odrasta ci futro?
– Ruuuno – poprawił baran i chlipnął, ale już spokojniej. Trochę to zajmuje. Poza tym, zawsze chciałem mieć proste włosy, a za każdym razem odrastają mi kręcone. Beeeeeeeeeee… – zaczął znowu.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Uspokój się! – Bajka zdała sobie sprawę, że mają do czynienia z baranem, który z niczego nie jest zadowolony i zawsze znajdzie powód, żeby pobeczeć. Postanowiła wziąć się za niego energicznie.
– Jakiego używasz szamponu?- Bajka znała się na kłopotach z kręconymi włosami.
– Specjalneeego do baraaanów, beee – Bajka zauważyła, że beczy już trochę mniej smutno.
– Stosujesz balsam?
– Stosujęęę.
– Naprawdę dużo?
– Tak. Czasem nawet balsam nawilżająco-wysuszający bez spłukiwania, a przed uroczystymi okazjami płyn do zmiękczania wełny – wybeczał już tym razem bez żadnych dodatkowych eee. Po czym dodał jeszcze:
– Inni w stadzie używają po prostu szamponu do loków, ale ja nie chcę mieć loków, zawsze marzyłem o prostych – westchnął przeciągle, ale już się nie rozbeczał. Szczere zainteresowanie dziewczynek najwyraźniej dobrze mu zrobiło.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Coś ci powiem. Znamy jedną dobrą duszę – teraz zwróciła się do niego Milka mając na myśli Pralinkę –  której loki pewnego dnia, zupełnie nagle, same się rozprostowały. W całkowicie naturalny sposób.
– Nie wierzę! – krzyknął rozpromieniony baran, ale widać było, że wstąpiła w niego nadzieja. – Jesteście bardzo fajne.  Chętnie dam wam wełnę na swetry. Oczywiście jak będę ją znowu miał… – tu zrobił podkówkę.
– Dziękujemy, jesteś prawdziwy baran – powiedziała Julka, bo pomyślała, że będzie to dla niego największy komplement.
Dziewczynki zaczęły się zastanawiać jakie wełniane ubrania najbardziej by im się przydały.
– A jak to się dzieje, że macie takie świetne kolory? – zapytała Julka, która wiedziała już od Milki, że Babu ma z tym coś wspólnego, ale nie mogła sobie wyobrazić jakim sposobem osiąga takie oszałamiające efekty.
– Nie wiesz? Wasza Babu nas farbuje. Nazywamy to farbowanie tęczowe. Przychodzi do nas, kiedy słońce wyjdzie po deszczu i rozpuszcza w kałużach naturalne barwniki. Deszczówka jest zdrowa. My się w tym potem tarzamy i to wszystko!
– Leżąc na plecach? – Milkę zainteresowały szczegóły techniczne.
– Oczywiście. Acha, czasem jeszcze wskakujemy do kilku kałuż po kolei, żeby uzyskać ciekawe efekty.
– Ha! – Julka była pod wrażeniem. – Babu jest naprawdę wieloczynnościowa!
– Mówiłyśmy ci. Całkowicie wszechstronna – potwierdziła Bajka.
– Strasznie chciałabym to zobaczyć… Kiedy macie następne farbowanie? – spytała Julka.
– Nie mam pojęcia, to zależy od deszczu i od Babu. Na wzmiankę o Babu Bajka przypomniała sobie, że miało ich nie być tylko chwilę.
– Musimy już wracać, ale na pewno znowu przyjdziemy – obiecała głaskając barana, który znowu zrobił podkówkę.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Zawsze się martwię, że się sfilcuję! – krzyknął za nimi. Dziewczynki obejrzały się w jego stronę zrezygnowane.
– Albo, że kolor mi za szybko zblaknie!
– Uszy do góry! Bądź dobrej myśli!  – odkrzyknęły dziewczynki, ale nie miały już czasu wracać.
Kiedy doszły na dziedziniec, zastały tam koniki biegające w różnych kierunkach w wielkim podnieceniu.    
– Chodźcie! – Szary podbiegł do nich kłusem. – Przyjechał doktor Żart-Skuteczny!

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Zamek z prawdziwego zdarzenia (8) Deser w zarośniętej altanie

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z Kolorowymi Oknami
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami
Rozdział 25

Deser w zarośniętej altanie

Nie mogli uwierzyć własnym oczom. Myśleli, że śnią. Na wpół oślepieni słońcem wpatrywali się w fosę, wypełnioną teraz wodą. Krystalicznie czystą, przez którą widać było kamienie na dnie i zatopioną krótką trawkę porastającą wysokie brzegi.
– To Wielki Naprawczy!!! Mówił, że pracuje nad czymś wodnym! I nic więcej nie dało się z niego wtedy wyciągnąć – przypomniała sobie Bajka.
– Hurra! Juchuchu!! Japingi!!! –  wrzeszczeli wskakując do fosy na wyścigi.
– Golas, golas, niech żyje żyje nam! – Wygrys zaintonował piosenkę kąpielową patrząc na Milkę z nadzieją, że się do niego przyłączy. Biegli obok siebie szukając idealnego miejsca do wskoczenia. Milka zanurkowała zanim zdążyła mu wytłumaczyć, że śpiewała takie piosenki tylko w dzieciństwie i to wczesnym. Wygrys wpadł do wody jak kluska, między jej psem, a nią. Jego malinowe futerko w żółte kropki nabrało w wodzie jeszcze intensywniejszych kolorów.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Słońce świeciło mocno i zdążyło już ogrzać wodę na tyle, że stała się idealna, nie za zimna i nie za ciepła. W fosie, głębokiej i szerokiej jak mała rzeka, było teraz cudownie. Przestali krzyczeć i po prostu pływali. Niektórzy otwierali oczy w wodzie i płynąc na brzuchu patrzyli na zatopioną jasnozieloną trawę i śliczne kamienie. Widzieli je wyraźnie, bo promienie słońca dochodziły aż do samego dna. Na dodatek woda była tak czysta, że można ją było pić. Pływając pili bez ograniczeń.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Po długim czasie zaczęli wychodzić na brzeg i w końcu wszyscy znaleźli się na mechatej trawie. Leżeli na brzuchu i wpatrywali się w wodę, albo na plecach i, przysłaniając oczy, obserwowali małe chmury. Jasnoszary w ciemne łaty pierwszy zauważył coś nadlatującego od strony Grodu Prastarego.
– O, helikopter! – Jasnoszary zmrużył oczy i obserwował przybliżający się punkt.
– Nie, za mały – powiedział konik w kolorze zaschniętej gliny.
– I za nisko leci – dodała Julka.
– Ale szary…
– To dobra dusza Pralinka, zawsze ubiera się na szaro. Rzeczywiście hałasuje dzisiaj trochę jak helikopter… – Milka miała bardzo dobry wzrok i umiejętność trzeźwego rozeznania sytuacji.
– Leci wyjątkowo nisko, musi być obładowana – zauważyła Bajka, która zwykle potrafiła dostrzec szczegóły niewidoczne dla innych.

Pralinka zbiliżyła się już na tyle, że widzieli jej szary plecak, wyładowany i najwyraźniej ciężki. Teraz słyszeli też jak rzeczy w nim obijają się o siebie i robią taki hałas, jakby do plecaka doczepiona została turbina. Mieli wrażenie, że ktoś tak filigranowy może udźwignąć olbrzymi ładunek tylko jakimś cudem. Dobra dusza była ubrana w szary bawełniany podkoszulek i inne szarości w najlepszym guście. Wszystko na jej drobnej figurze było szare, nawet proste włosy blond miały wyraźnie szary odcień i ściągnięte zostały w długi ogon szarą gumką. Włosy Pralinki, kiedyś kręcone, pewnego dnia zupełnie same się rozprostowały, w naturalny sposób. Na szyi zawsze nosiła masywny srebrny naszyjnik z głową kota. Pralinka, o delikatnych, regularnych rysach i pięknych, dużych kocich oczach, była przecudnej urody. Patrzącym na jej drobną postać konikom nie mogło pomieścić się w głowie, że unosi tak olbrzymi plecak. A jednak robiła to z łatwością. Jak zawsze pogodna, pomachała im wesoło prawą ręką, przekładając do drugiej książkę, którą czytała w czasie lotu. Lubiła czytać i robiła to nawet kiedy latała.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Przyjdźcie na deser! – zawołała zniżając się do lądowania gdzieś daleko w głębi ogrodu. Klekotanie i zgrzytanie w plecaku ustało.
– Myślicie, że możemy iść na deser bez obiadu? – Julka wydawała się zaniepokojona.
– Nie mamy innego wyjścia. Popatrz na słońce – trzeźwo oceniła sytuację Milka.
Dopiero teraz zauważyli, że słońce zeszło na tyle nisko, że na obiad nie mogą już liczyć.
– Uważacie że Babu nam przebaczy? – Julka dalej miała wątpliwości.
– Na pewno nam przebaczy, jak usłyszy co nam się zdarzyło. Zresztą ona zawsze przebacza – uspokoiła ją Bajka. – Każdego dnia, kiedy zachodzi słońce, masz już wszystko przebaczone, spoko.
– No, może rzeczywiście. Jeżeli raz w życiu nie zjemy obiadu, prawdopodobnie nic nam się od tego nie stanie – odzyskała równowagę Julka.

Od tej chwili nie mogli już myśleć o niczym innym, tylko o deserze. Postanowili kuć żelazo póki gorące. Pralinkę znaleźli bez trudu, mimo że wylądowała w głębi ogrodu, daleko od zamku. Intuicyjnie skierowali się w stronę odgłosu miarowego walenia, którego nigdy wcześniej tutaj nie słyszeli. Szybko przekonali się, że to ona ubija pianę. Plecak stał już rozpakowany. Pralinka, pracując, dalej unosiła się leciutko nad ziemią. Działo się tak dzięki wielu dobrym intencjom, które miała w tej chwili. Wszystko, co było jej potrzebne, rozstawiła na szerokich kamiennych schodach donikąd. Kiedyś na pewno do czegoś prowadziły, ale teraz urywały się nagle. Po bokach obrastał je bluszcz.
Pralinka przywiozła sporo podręcznego sprzętu. Miksery, roboty kuchenne, piekarnik turystyczny i sokowirówki stały na różnych wysokościach schodów w pozornym nieładzie. Między nimi leżały strzykawki do dekorowania ciasteczek, a lukry w różnych kolorach skapywały już ze stopni. Miała też ze sobą własny generator prądu. Nie lubiła rzeczy na baterię ze względu na bezpieczeństwo dzieci. Na najniższym schodku, w dużym koszu ocienionym liściem łopianu, spała malutka dziewczynka, do której Pralinka często zaglądała. Była to Olusia, śpiąca jak anioł, mimo że biegał naokoło niej pełen energii chłopiec w stroju strażaka. Pralinka uwijała się, używając różnych urządzeń na przemian, z widoczną wprawą. Widać było, że wszystko idzie dokładnie po jej myśli. Zostały jej już do zrobienia tylko gruszki w szodonie według przepisu jej babci. Szodon był to specjalny, pyszny sosik, w którym miała zamiar zatopić połówki gruszek. Przepis babcia Pralinki dostała od swojej babci, która dostała go od swojej babci. Która przypuszczalnie dostała go od swojej babci.
– Czy masz ze sobą te ślicznie malutkie mydełka co zawsze? – Bajka bardzo lubiła ich zapach.
– Nie, nie miałam dzisiaj miejsca w plecaku. Umyjcie ręce po prostu w źródle, o tam! – wskazała miejsce w krzakach za przewróconą kolumną. Po czym zwróciła się do konika w kolorze piaskowym, który najszybciej umył kopyta:
– Czy mógłbyś nałożyć bitą śmietanę na babeczki?
Piaskowy zgodził się bez wahania i wziął od niej wiadro śmietany.
– A ty powbijaj na czubkach wisienki, ale tylko na tych większych, bo na małych poukładamy poziomki i jagody – poprosiła Julkę, którą to bardzo zainteresowało, bo jeszcze nigdy nie widziała poziomek.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Inni tłoczyli się za nimi w kolejce, chętni do pomocy. Najbardziej chcieli dostać strzykawki dekorujące. Z altany, w której Pralinka nakryła już do stołu, pachniało mocną kawą i herbatą owocową. Drogę wskazywał im zapach, ale bluszcz obrastał altanę tak gęsto, że z trudem znaleźli wejście. Była zrobiona z metalowej koronki. Po obejściu jej dwa razy dookoła zobaczyli w końcu pod bluszczem metalową bramkę obrośniętą różami. W samym środku altany stał okrągły stół ogrodowy z metalu, który ze starości zrobił się niebieskawy. Pralinka przykryła go mieniącym się zielonkawożółto tiulem. Leżały na nim, na paterach, stosy babeczek, tak malutkich i delikatnych, że trudno było sobie wyobrazić jakim sposobem Pralinka była w stanie je upiec. Sądząc po zapachu, musiała to zrobić najwyżej chwilę wcześniej. Między paterami stały dzbanki i malutkie filiżanki z cienkiej porcelany w róże. Na talerzykach leżały metalowe łyżeczki z rączkami w kształcie gałązek z małymi sękami. Widać było, że Pralinka obliczyła poczęstunek na sporo osób. Wszystko, nie wiadomo zresztą jakim cudownym sposobem, mieściło się na jednym stole. Talerzyki leżały w wysokich stosach, które skręcały w różne strony, ale się nie przewracały. Na zewnętrz altany, przy samej jej ścianie, stało starodawne urządzenie miażdżąco-zgniatające z różowawo połyskującego metalu, w którym można było sobie zrobi­ć sok z leżących obok w misach owoców. Sok spływał bezpośrednio do podstawionej pod urządzenie szklanki. Była to opcja dla tych, którym sok zrobiony chwilę wcześniej w sokowirówce nie wydawał się wystarczająco świeży. Chwilę później konie królewskie przekonały się, że babeczki miały równie wyrafinowane smaki, co wygląd. Smaku soków, którymi je popijały, nie dało by się z niczym porównać. Oczywiście sok rozcieńczały sobie wodą mineralną z syfonu, urządzenia dodającego do wody bąbelki, bo nie mogły się opanować, żeby go nie użyć.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Dzięki lekkim podmuchom popołudniowego wiaterku, zapachy z dalekiej altany zaczęły się rozchodzić po całym ogrodzie. Pierwszy przyszedł Wielki Naprawczy Wszystkiego. Siedział i strugał patyk, tak dokładnie jakby zrobiła to maszyna. Patyk był mu potrzebny do sklejenia części mechanizmu rozsuwającego kotarę nad wejściem głównym, który się właśnie zepsuł. Każdy, kto wchodził do zamku, przez dłuższą chwilę wyplątywał się z kotary, która nagle przestała rozsuwać się automatycznie, a już się do tego przyzwyczaili. Zaraz po Wielkim Naprawczym zjawiła się Babu, razem z Wujem, który, jak się okazało, właśnie tego dnia zaczął pracować w ogrodzie zamkowym jako ogrodnik.
– Cześć wam! – powiedział Wuj grubym, wesołym głosem i zaczął się rozglądać za ławką.
Koniki zobaczyły, że zaraz za Wujem stoi Szary. Odciągnęły go na bok i na wyścigi zaczęły mu opowiadać o podziemiach. W pewnym momencie Ciemnoszary wbił wzrok w jego ogon. W końcu wyrzucił z siebie:
– Coś ty zrobił z ogonem? Brązowy? Przecież to do ciebie zupełnie nie pasuje…!
– To był eksperyment. Babu powiedziała, że niedługo się zmyje – powiedział Szary, po czym podszedł do Wygrysa, który cały czas usiłował obracać się do niego tyłem, i zapytał:
– Masz kompas?
– Mam, nawet przy sobie, ale go nie używam – odpowiedział Wygrys wymijająco.
– To się świetnie składa – powiedział z ulgą Szary. Wziął go za łapę i pociągnął za ławkę. Usiedli na trawie, gdzie Szary cierpliwie zaczął mu objaśniać zasadę działania kompasu. Obaj byli bardzo zadowoleni. Po rozmowie z Wygrysem, Szary znalazł po kolei trzy kuzynki i rozdał im plasterki agatu. Wpatrując się w ostatni, najgrubszy plaster, który miał zostawić dla siebie, potknął się o kosz malutkiej dziewczynki Olusi. Ułożył agat na jej kocyku, żeby miała się czym bawić po obudzeniu. Wtedy poczuł się lżejszy i naprawdę szczęśliwy.

Powitaniom nie było końca. Powoli schodzili się inni mieszkańcy zamku i okolicy. Siadali gdzie kto mógł: na metalowej ławeczce bez nogi, kocach piknikowych, wystających korzeniach i w innych miejscach. Julka zauważyła szczupłą kobietę zbliżającą się ścieżką w towarzystwie kilku kotów i psów. Ubrana była w długą, rozkloszowaną suknię z zamszopodobnej brązowej materii z dekoltem zasznurowanym rzemykami. Spod sukni wychodziły jej wysokie buty sznurowane w ten sam sposób. Jej brązowe włosy były zaplecione w koronę, która z tyłu stawała się warkoczem związanym rzemykiem. Po długiej sukni i koronie Julka rozpoznała w niej królową.
„No to mamy następną królową” pomyślała.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– To królowa Krystalia – szepnęła do niej w tym momencie Milka. – Mieszka niedaleko i prowadzi zajazd dla zwierząt, z posiłkami, noclegami i świetlicą. Specjalizuje się w kotach, ale przyjmuje też psy. Wszystkie ją uwielbiają i wszędzie za nią chodzą.
Julka zauważyła koło Krystalii wszystkie koty, które spotykało się w różnych zakamarkach zamku, zawsze włóczące się pojedynczo. Przyszły za królową w zgodnej grupie, mimo że przeważnie unikały pięknego, dużego, mądrego i łagodnego, ale energicznego psa Milki. Pies nie odstępował Milki na krok od momentu, kiedy wróciła z lochów. Krystalia uśmiechała się do kotów pobłażliwie i od czasu do czasu dawała im coś z jednej z dwóch pięknych torebek, które miała przy sobie.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Jak to mieszka w okolicy? – zapytała Milkę Julka.
– No tak, tutaj są bardzo królewskie rejony. W całej okolicy działo się od wieków mnóstwo królewskich rzeczy.
– Aż dwie torebki naraz? – Julka zwróciła się z uśmiechem do Krystalii kiedy tylko się przywitały. Towarzystwo królowych nie onieśmielało jej już tak, jak zaraz po przybyciu do Tamdii.
– Tak – odpowiedziała królowa. – Lubię torebki. Trudno by mi się było zdecydować na jedną. W prawej noszę rzeczy dla kotów, a w lewej dla psów.
Julka z podziwem patrzyła na pierścień z wielkim czerwonym kamieniem, który Krystalia miała na palcu.
– Czy to prawdziwy rubin? – zapytała.
– Nie, landrynka. Liżę ją sobie jak mi się zachce czegoś słodkiego.
Julka w duchu przyznała, że to świetny pomysł i postanowiła go kiedyś wykorzystać.

W tym momencie rozsunęły się zarośla przy schodach i wyszła z nich królowa Awelia z makietą zamku pod pachą. Zaraz za nią z krzaków wyskoczył młodszy subiekt Mikołaj. W ręce trzymał mechaniczną brumbrarkę do kremów, którą kiedyś pożyczył od Pralinki. W każdym razie tak określił tę rzecz rozmawiając z królową. Wygrys porwał brumbrarkę i od razu zaniósł ją Ibulince, bo wiedział jak bardzo takie urządzenie hałasuje i miał nadzieję, że zaraz usłyszy jego dźwięk.
Awelia ostrożnie położyła makietę na ściętym pniaku drzewa mówiąc do koników:
– Witajcie! Wyobraźcie sobie, że od waszej wizyty w sklepie z kredkami to, o czym wtedy rozmawialiśmy, nie daje mi spokoju. Znalazłam część makiety, o którą mi chodziło. Zaraz wam coś pokażę – po tych słowach zaczęła po kolei witać się z Babu i wszystkimi pozostałymi, co zajęło około pół godziny.

Tymczasem Wygrys wręczył tryumfalnie brumbrarkę Ibulince i zaraz potem rozpłakał się jak dziecko, bo Pralinka powiedziała, że jest za mały, żeby jej używać. Pralinka, która musiała natychmiast wyjąć kolejną partię babeczek z przenośnego piekarnika, wezwała w myślach Odę.
– A cóż ty, biedny biedaku, tak ryczysz? – zapytała ze szczerym zdziwieniem Oda, która była dzielna i jeszcze nigdy w życiu nie płakała bez prawdziwego powodu. Zjawiła się na wezwanie Pralinki natychmiast, dzięki temu, że wynajmowała w zamku piętro jednej z mniejszych wież na uboczu. Spędzała tam noce ucząc się do trudnych egzaminów. Studiowała budowanie domów dla lalek. Mieszkała w zamku tylko czasem, przed większymi egzaminami, kiedy potrzebowała skupić się w samotności.
Wygrys natychmiast się uspokoił, bo zobaczył, że Oda naprawdę mu współczuje. Oda była bardzo wrażliwa, w czym przypominała zresztą Pralinkę. Miała dobre serce.
– Nie jesteś już takim maleńkim dzieciątkiem, żeby płakać! – zmierzwiła mu futerko.
– Pobawisz się ze mną w kotkę i myszka? – zapytał Wygrys, a Oda nie tylko zrozumiała, co miał na myśli, ale natychmiast się z nim pobawiła. Wygrys był zachwycony.
– Czy robiłaś w dzieciństwie jakieś głupie rzeczy, których sią potem wstydziłaś? – zapytał, bo zobaczył, że można z nią szczerze porozmawiać.
– Oczywiście – odpowiedziała natychmiast Oda.
– Na przykład co?
– Wystrzeliwałam z widelca pierogi, które leciały łukiem przez duży pokój u mojej prababci i tłumaczyłam, że mi same spadają z talerza. Dolatywały aż pod piec z brązowych kafelków, który stał daleko w rogu – powiedziała Oda z pewną satysfakcją.
– Prababcia nazywała ten pokój stołowym – dodała jeszcze w zamyśleniu.
Wygrys chciał się dowiedzieć więcej, ale w tym momencie dobra dusza Pralinka stanęła na górze schodów i zaprosiła wszystkich na poczęstunek. Nikogo nie trzeba było dwa razy zapraszać do stołu w altanie, który służył jako bufet. Wyszukane desery Pralinki słynęły w okolicy.

– Czy słyszeliście o dziewczynce z drugiej strony lasu, której nadano imię Emalia? – zapytała Babu, żeby zacząć kulturalną rozmowę ogrodową.
– Tak, podobno jej brat będzie się nazywać Lakier – odpowiedziała Pralinka, która dzięki temu, że dużo czytała, była zwykle zorientowana w sprawach bieżących. – To bardzo nowoczesna rodzina.
Po tych słowach Pralinka, obdarzona pamięcią fotograficzną, zrobiła im kilka zdjęć pamięcią. Stanęła na górze schodów, żeby objąć wszystkich i zręcznie fotografowała ich pamięcią zupełnie jakby to był aparat. Na końcu przeleciała nad nimi i zrobiła jeszcze kilka zdjęć z lotu ptaka. Potem mogła takie zdjęcia wywołać z pamięci kiedy tylko chciała. W końcu wylądowała zgrabnie koło dziewczynek.
– Opowiedz nam coś straszącego… –  Milka skorzystała z okazji, że dobra dusza była teraz trochę mniej zajęta. Lubiła jej straszące historie, a rzadko miała okazję ich posłuchać. Pralinka była znana z tego, że potrafiła wymyślać wspaniałe historie, których niestety nie miała czasu zapisywać.
– Nie teraz – Pralinka zastanawiała się, czy nie trzeba dopiec jeszcze babeczek albo ubić więcej piany.
– Prosimy… – popatrzyła na nią ślicznie Milka.
– No  dobrze. Jak bardzo chcecie się bać? – zapytała Pralinka rzeczowo, jak miała w zwyczaju. – Na chwilę, czy aż do jutra?
– Znaczy przez całą noc? Nie no, może nie aż tak… – wykazała zdrowy rozsądek Bajka.
– Ja wam mogę opowiedzieć coś naprawdę okropnego, bez żadnego problemu – zgłosił się swoim tubalnym głosem Wuj. Odłożył na bok grabie, które do tej pory trzymał machinalnie w ręce, bo do altany przyszedł oderwany od pracy ogrodniczej.  Teraz jeszcze wygodniej rozsiadł się na ławeczce. Wcześniej pamiętał, żeby podłożyć kawałek drewna w miejsce brakującej nogi. Usadawiając się, poczuł coś w kieszeni obszernych spodni ogrodniczych.
– A, właśnie, mam tu słoiczek konfitury z czarnego bzu, którą obiecałem Wygrysowi.
Wygrys odebrał konfitury, usiadł za ławką i natychmiast zabrał się do jedzenia. Lubił konfiturę z czarnego bzu, bo można się nią było nieźle ubrudzić.
– Były sobie kiedyś długie, zielone ręce – zaczął Wuj, jak zawsze zadowolony z siebie.
– Przestań! – wrzasnął Wygrys zza ławki. Wszyscy podskoczyli na pół metra. Nawet Wuj się trochę przestraszył.
– Ty też się boisz? – Ciemnobeżowy zapytał konika w kolorze herbaty z mlekiem, który cały się trząsł.
– Oczywiście, że nie. Historyjki wyciśnięte z myjki – odpowiedział Herbacianomleczny drżącym głosem.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Kiedy wszyscy prawie przestali się bać zielonych rąk, usłyszeli przeraźliwe dźwięki dochodzące od strony zamku. Coś przypominającego jęki pomieszane ze zgrzytem metalu. Po chwili konsternacji okazało się, że to Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca na chwilę wyszedł z przyjęcia, żeby zdążyć pozgniatać opakowania do wtórnego wykorzystania przed 10 wieczorem. Na szczęście Babu wiedziała o wszystkim, co działo się na zamku i od razu ich uspokoiła. Machina do zgniatania była już prawie całkiem skończona, ale Wynalazca dopracowywał jeszcze tłumik.
Przeraźliwe dźwięki machiny przestraszyły między innymi Wygrysa, który zjadł już całą konfiturę. Wyskoczył więc zza ławki w panice, tak brudny od konfitury z czarnego bzu, że na jego widok pies Milki o mało nie zemdlał ze strachu. W czasie zamieszania z przerażeniem niektórych  i uspokajaniem ich przez tych, którzy udawali, że się mniej boją, koniki i kuzynki ani na chwilę nie zapomniały o sprawie makiety przyniesionej przez Awelię. Uznały, że najwyższy czas, żeby z nią wreszcie porozmawiać. Znalazły królową pochyloną nad makietą razem z dobrą duszą Pralinką.
– Czy wiecie, że Pralinka też świetnie zna się na mapach? – powitała je Awelia. Była wyraźnie poruszona.
– Słuchajcie – powiedziała znaczącym głosem – obie z Pralinką uważamy, że wpadliście na trop miejsca w zamku, o którym wiadomo z legend, że jest, ale nikt nie wie jak do niego dojść.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Ciociu – szepnęła z namaszczeniem Julka stojąca zaraz za konikami – my już wszystko wiemy… My właśnie stamtąd wracamy! – po czym, wszyscy naraz opowiedzieli Awelii i Ibulince co wydarzyło im się przed południem. Królowa Awelia i dobra dusza Pralinka aż usiadły na trawie z wrażenia. Chwilę potem, dzwoniąc łyżeczkami w filiżanki, zwołały wszystkich jak najbliżej altany i zrelacjonowały im sensacyjną opowieść koników i kuzynek.
Kiedy goście i domownicy, poruszeni, rozmawiali o odkryciu w mniejszych i większych grupach, z zatopionych już w półmroku krzaków wyszedł Pan Janek. Cicho pozdrowił wszystkich i usiadł z boku. Pan Janek miał dobre serce i potrzebę dzielenia się darami ziemi. Mimo, że nic na ten temat nie wspomniał, Babu była pewna, że koło tylnych drzwi kuchennych znajdzie dyskretnie zostawiony kosz pełen czegoś dobrego, co właśnie dojrzało w ogrodzie Pana Janka. Posiedział chwilę, wypił kawę przyrządzoną przez Pralinkę, po czym wstał i znikając w krzakach powiedział:
– Przyszła do was jakaś duża dostawa. Widziałem koło bramy.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

To zmobilizowało wszystkich, żeby się zebrać. Robiło się już zresztą chłodnawo, nie mówiąc o tym, że ciemnawo. Pralinka spakowała plecak w pięć minut.
– Odprowadzę was do zamku – powiedziała przypinając do szelek plecaka kosz z malutką Olusią. Kosz kołysał się miarowo, co działało usypiająco.
Krystalia ze zwierzętami szła w tę samą stronę, Awelia zostawała w zamku na noc. Rano miała zamiar wrócić do Grodu odwieziona przez Szymona Solidnego, który też wstąpił na kawę. Właśnie wybierał się w następną podróż. Szymon Solidny prawie zawsze był w podróży i bardzo to lubił. Jego pasją było poznawanie mieszkańców dalekich krain i ich zwyczajów, a przy okazji zdobywanie ciekawych przepisów kulinarnych.

Kiedy doszli na dziedziniec, Pralinka zrobiła wszystkim kilka zdjęć swoją pamięcią fotograficzną, po czym ucałowała Młodego Strażaka i zebrała się do lotu. Strażak zostawał na swoją prośbę w zamku do następnego dnia. Szymon Solidny obiecał podrzucić go do Grodu. Malutka Olusia spała w kołyszącym się miarowo koszyku. Wygrys zauważył, że kiedy dobra dusza przygotowywała sobie książkę do czytania w czasie lotu, dwa z kotów zamkowych wskoczyły jej do częściowo opróżnionego teraz plecaka.
– Lata bez pinki – pomyślał Wygrys, który uważał, że to, do czego wpina się podpinkę kurtki, nazywa się pinka.
Obserwując oddalającą się postać Pralinki z klekoczącym cicho plecakiem i kołyszącym się koszem, przeszli całą grupą do bramy. Było już zupełnie ciemno, ale wjazd oświetlała latarnia. Pod nią stała teraz wielka skrzynia z okuciami, wyglądająca jakby nikt jej od dawna nie otwierał. Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca przeciął podręcznymi obcęgami ołowianą pieczęć. Potem podniósł wieko. W środku, pod warstwą pajęczyn, ustawione były piękne, stare pojemniki. Każdy miał dowiązany do zakrętki zwitek pergaminu.
– Jak to starannie napisane! – powiedziała Babu rozwijając jeden z nich. Kochała piękne pismo i książki, a w zamku pełniła honorowo funkcję Opiekuna Ksiąg.
Konik w kolorze skorupki jajka przysunął się bliżej i zaczął czytać równocześnie z nią. Zapach, który wydobywał się ze skrzyni wydał mu się znajomy.
”Pamiętam galbinus” pomyślał czytając. ”Pamiętam z naszych rulonów”.
Po czym szybko zaczął szukać w torbie przy siodle ołówka, żeby zrobić notatki.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Połowa cytryny jako szczoteczka do prysznica

Połówka cytryny domyje prysznic.

Kabinę prysznicową wygodnie myje się połówką cytryny. Dowiedziałam się o tym, kiedy liżąc bezmyślnie cytrynę popatrzyłam na szklane ścianki prysznica.

Połówka cytryny okazała się idealną szczoteczką. Wygodna do trzymania, świetnie czyści. Nie jest za miękka ani za twarda, niczego nie zarysuje. Na dodatek wydobywa się z niej doskonała substancja czyszcząca o miłym zapachu.

Potem wilgotna szmatka zbiera resztki cytryny, a szkło jest idealnie czyste.

 

Zamek z prawdziwego zdarzenia (7) Znikająca ścieżka

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z Kolorowymi Oknami
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami
Rozdział 24

Znikająca ścieżka

Zaraz po tym jak Szary oddalił się w głąb ogrodu, Ranny Ptaszek znowu obudził pozostałe koniki.  Tym razem nie wytrzymały dłużej jego śpiewu. Wstały i postanowiły znaleźć Szarego. Było im głupio z powodu gimnastyki i chciały zakończyć nieprzyjemną sytuację, która się wytworzyła. Odzyskując w zamku tożsamość koni królewskich, stawały się coraz bardziej honorowe. Równocześnie dbały, żeby nie zamieniło się to w próżność. Bajka, Julka i Milka poszły zaraz za nimi, prawie śpiąc, wyciągnięte przez psa Milki, który uznał to za okazję do porannego spaceru.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Wygrys pokazał im kierunek, w którym udał się Szary, ale miał do niego żal, więc pokazał niedbale. Było mu wszystko jedno czy znajdą Szarego czy nie. Sam nie zamierzał go szukać. Kiedy ogon ostatniego konika znikał w krzakach, Wygrys pobiegł jednak za nimi i zdążył się przyłączyć. Szli gęsiego ścieżką z nieregularnych, płaskich kamieni, między którymi rosła krótka trawka. Bajka popatrzyła tylko raz w stronę stajni, ale do niej nie poszła. Ścieżka skończyła się przy omszałym głazie obrośniętym wysokimi krzakami. Koniki rozglądały się na wszystkie strony, ale po prostu nie dało się iść dalej. Kiedy zaczęły rozgarniać krzaki, okazało się, że koło głazu leżą resztki kamiennej bramki.
– Wygląda to tak jakby ktoś kiedyś ułożył głaz w bramie – powiedział konik w kolorze łupiny orzecha włoskiego, który miał wyobraźnię przestrzenną.
– Po co miałby to robić? – spytał Beżowobury.
– Żeby się gdzieś nie dało wejść.
– Albo skądś wyjść… – podchwycił myśl Beżowobury.
Po czym oparł się o głaz, który jakby nieznacznie drgnął. Beżowobury postanowił położyć się na nim całym ciałem, ale czuł, że sam nic nie zdziała:
– Razem, panowie – wysapał do reszty koników.
Każdy położył na głazie przynajmniej jedno kopyto i pchał z całej siły. Dziewczynki i Wygrys też pomagali. Kiedy prawie stracili już nadzieję, głaz ruszył i przetoczył się na drugą stronę krzaków.  Odskoczyli do tyłu. Przed nimi otworzyła się czarna czeluść, do której prowadziły całkiem zielone od mchu schody. Koniki poruszyły chrapami, a dziewczynki zatkały nosy.
– Jak brokuły sprzed dwóch lat! – szepnął Wygrys do Milki.
– Chyba sprzed dwustu – odpowiedziała Milka, też szeptem.
– Wiesz, że możesz nawet mieć rację, w takim miejscu to całkiem możliwe… – Bajka zaczynała sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji.
Wszyscy czuli, że mogą być w niebezpieczeństwie.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Idziemy w dół?
– Oczywiście – powiedziała Milka i zeszła o jeden stopień, trzymając za rękę Julkę. Postanowiła postawić pierwsze kroki zanim ktoś się rozmyśli. Zaczęli powoli schodzić po schodach. Wszyscy oprócz pięknego, dużego i mądrego psa Milki, który poważnym wzrokiem i niespokojnym piszczeniem wybłagał u niej, że zostanie na górze.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– A jeżeli tu byli przetrzymywani złoczyńcy? – konik w kolorze skorupki jajka zatrzymał się gwałtownie.
– Przestań, to nie ratusz miejski – ucięła krótko Bajka, która interesowała się trochę historią.
Schody nie miały żadnej bariery, a ściany nie było się przyjemnie trzymać, bo porastał ją mech.
– Czy ktoś ma latarkę?
Okazało się, że wszystkie koniki trzymają w torbach przy siodle przynajmniej po jednej latarce. Te, które miały więcej, podzieliły się z dziewczynkami i Wygrysem.
– One zawsze mają głowę na karku! – szepnęła Bajka do Julki, równocześnie postanawiając, że kiedy wróci, na stałe włoży latarkę do torebki-plecaczka.
– Mówiłam ci, to ich stare wojskowe zwyczaje. Jeszcze z armii królewskiej, tylko dawniej to były pochodnie.
W miarę jak schodzili, robiło się coraz ciemniej.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Bon boni. Boni bon… – powiedział Wygrys do Milki słysząc dzwon dzwoniący na wieży kościelnej w niedalekiej Osadzie i przysunął się bliżej. Kiedy się czegoś bał, ze zdenerwowania zaczynał mówić bardziej dziecinnie, niż zwykle. Milka zrozumiała, że chodzi mu o dzwoniący dzwon i ścisnęła mocno jego miękką i miłą w dotyku, mięsistą łapę, co jej samej też się przydało.
Po chwili wszyscy szli już po prostym. Schody się skończyły i latarki rozświetlały wąski korytarz z okrągłym sklepieniem. Miał podłogę z ubitej ziemi i zakręty, przez które nie dało się powiedzieć jaki był długi.
– Może się zaraz skończy – pomyślał z nadzieją Wygrys.
Korytarz przypominał im wijącą się leśną ścieżkę, tyle że byli pod ziemią.
– Otarłeś się kiedyś o Wielkie Niebezpieczeństwo? – szepnął konik koloru herbaty z mlekiem przysuwając się do Grafitowego i udając, że robi to tylko po to, żeby powiedzieć mu coś na ucho.
– Ostatnio nie, ale w tej chwili ocieram się o wielkiego tchórza – odpowiedział mu Grafitowy, na szczęście również szeptem.
Konik koloru herbaty z mlekiem zarżał urażony i pogalopował do przodu, stukając kopytami o wiele za głośno. Nagle stanął jak wryty, bo korytarz, jakby nigdy nic, rozdwajał się na dwie identyczne odnogi. Po krótkiej dyskusji szeptem, postanowili się rozdzielić. Dziewczynki, obrażony Herbacianomleczny i koniki brązowe skręcały w prawo, a reszta koników i Wygrys w lewo. Wygrys zdecydował się puścić rękę Milki tylko dlatego, że chciał iść w większej grupie.
– Słuchajcie, jeżeli nigdzie nie dojdziemy przez godzinę, to po prostu wracamy w to miejsce, w którym w tej chwili stoimy, i wy i my. Na szczęście w każdej grupie był ktoś z zegarkiem.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Na wszelki wypadek powinniśmy ustalić hasło – zaproponował konik koloru herbaty z mlekiem, żeby zyskać na czasie. Nie był zadowolony, że się rozdzielają.
– Po co nam hasło? – zapytał sceptycznie konik w kolorze zjełczałej śmietanki.
– Jeszcze nie wiem, ale w sytuacji tak groźnej jak nasza w tej chwili, dobrze byłoby mieć tajemne hasło, przynajmniej na wszelki wypadek. Na przykład gdyby złoczyńca chciał się podszyć pod jednego z nas.
– Co wy z tymi złoczyńcami? – prychnął Grafitowy.
W końcu wszyscy uznali, że hasło dobrze byłoby jednak mieć i zgodzili się na „świnki i wilk“ jako wszystkim znane i łatwe do zapamiętania.
Korytarz, którym poszły dziewczynki, nie tylko miał coraz więcej zakrętów, ale coraz częściej podchodził w górę albo zjeżdżał w dół, co w ciemności rozświetlanej tylko przez małe latarki było dosyć męczące. Zapach też się nie poprawił, ale wszyscy zdążyli przyzwyczaić się do brokułów. Dla oszczędności postanowili wyłączyć co drugą latarkę. Ze zmęczenia nawet ze sobą nie rozmawiali. Martwili się trochę długością korytarza i zastanawiali, każdy osobno, nad powrotem. Bajce, która lubiła przyrodę, podobało się, że korytarz jest nieregularny i naturalny, jakby wyryty przez jakieś zwierzątko. Wyobrażała sobie, że idzie na spotkanie kreta w jego mieszkaniu. Milka, która z przyrody najbardziej lubiła psy, zastanawiała się jak sobie radzi jej pies, który źle znosił samotność. Za kolejnym zakrętem, pierwszy brązowy konik stanął, a wszyscy wpadli na niego i tak już zostali, trzymając się razem. W panice gasili latarki dla zamaskowania. Z naprzeciwka szło coś małego i czerwonego, z jaśniejszymi plamami na ciele. Byli tak zaskoczeni i przerażeni, że nie przyszło im do głowy uciekać. Coś szło cicho, ale sapało i świeciło, więc wiedzieli, że się zbliża.
– Hasło! – wrzasnął konik w kolorze herbaty z mlekiem, którego nerwy nie wytrzymały.
Ktoś włączył latarkę, w świetle której ukazał się Wygrys, przerażony wrzaskiem do granic wytrzymałości.
– Wwwilki i śwink – odpowiedział na wdechu.
– ?
– Winki i świlk? – Wygrys popatrzył pytająco na Herbacianomlecznego.
– ??
– Świlki i wink… – spróbował jeszcze raz już bez większej nadziei.
– Ile świnek? – próbował go naprowadzić Herbacianomleczny, który poczuł się panem sytuacji.
– W haśle nie podawaliśmy liczby! – ujęła się za Wygrysem Julka.
– Dobra, uspokój się – Julka wzięła go na ręce. – Mogę cię ponieść. Skąd się tu wziąłeś?
– Doszliśmy do miejsca, do którego dochodzą dwa korytarze, więc byliśmy pewni, że ten jest wasz i ja nim pobiegłem – wydyszał Wygrys.
– Do jakiego miejsca doszliście? – zapytała Julka, kiedy wszyscy raźno ruszyli dalej.
– Odkryliśmy tajemne przejście z ogrodu do lochów zamkowych.
W tym momencie o mało nie wpadli na ścianę, ale okazało się, że to tylko ostry zakręt. Zaraz za nim zrobiło się jaśniej. Przed ich oczami ukazał się łuk, a za nim zamajaczyła otwarta jasnawa przestrzeń. Usłyszeli parskanie i ciche rozmowy.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Witajcie na zamku! – Grafitowy stał na balkonie otaczającym olbrzymią podziemną komnatę. Wyglądała jak największy stadion, jaki można sobie było wyobrazić, teraz zupełnie pusty. Konik w kolorze skorupki jajka pomyślał, że wyjaśniła się sprawa wielkiej przestrzeni, na którą natrafili dokumentując tajemne przejścia. Ogrom sali robił wrażenie. Podnieśli głowy, żeby obejrzeć kopuliste sklepienie. Dookoła niego biegł złoty napis:

Bóg Honor Ojczyzna

  
Przez dłuższą chwilę stali oniemiali. Potem zaczęli powoli schodzić na środek sali. Niektórzy dostali się tam po wąskich, kamiennych schodkach. Inni po prostu zjeżdżając po łagodnym wapiennym zboczu, które tworzyło jedną ze ścian. Komnata była wykuta w białej skale. Ich rozmowy odbijały się echem.
– To są fundamenty, na których stoi cały zamek – powiedziała Bajka.
– Ciekawe, czy oni w zamku o tym wiedzą – szepnęła Julka.
– Może nie. Czasami do takich ważnych miejsc i rzeczy dochodzi się okrężnymi drogami – Jasnobrązowy był równie przejęty co one.
– Babu na pewno wie – powiedziała z przekonaniem Milka.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

–  W każdym razie musimy być teraz pod zamkiem – Jasnobrązowy zarżał i wszedł między rząd kolumn szukając innego wyjścia. Przez okrągłe u góry drzwi, jakie znał z innych miejsc w zamku, wszedł w szeroki korytarz. Inni zrobili dokładnie to samo, bo nikt nie miał już w tym momencie siły być odkrywcą. Tęsknili za powietrzem i słońcem. Szli teraz szerokim i wysokim korytarzem z łukowym sklepieniem. Mimo, że wciąż było ciemno i dalej musieli oświetlać sobie drogę, korytarz na tyle przypominał wszystko inne, co widzieli w zamku, że czuli się raźniej i wiedzieli, że na pewno dokąś dojdą. Konik koloru kawy z mlekiem zauważył wgłębienie w ścianie wyglądające jakby kiedyś wisiał w nim obraz. Poświecił latarką i przeczytał napis na murze:

Zatrzymaj się w biegu

Inni też się zainteresowali. W kolejnych niszach czytali:

Nie galopuj bez sensu

Zastanów się dokąd idziesz i pomyśl co jest naprawdę ważne

Od tego momentu konik koloru skorupki jajka zaczął notować napisy.

Dobrze wykorzystaj swój czas,
bo masz go dokładnie tyle ile go masz

Już go masz, a co z nim zrobisz, zależy tylko od ciebie

Nie trać czasu na czynienie zła

Zawsze zastanawiaj się co jest dobre, a co złe

Nie rób niczego tylko dlatego, że inni to robią.
Zawsze wiedz dlaczego robisz to, co robisz.

Szukaj Prawdy

Broń prawdy wiecznej, która nie zmienia się nigdy
mimo zmieniających się czasów /Ojciec Pio/

Nie pozwalaj opluwać tego, co wielkie, piękne i dobre

Rycerz broni wiary chrześcijańskiej i kościoła
/Kodeks Rycerski/

Zważaj na dumę rycerską, by pychą nie została splamiona /Kodeks Rycerski/

Z całą pokorą uważajcie innych za lepszych od was samych
Flp 2,3

Nikogo nie prześladuj,
ale też nie płaszcz się przed nikim,
bo wobec dobrego jedynego Boga wszyscy ludzie są równi

Nie daj się zwyciężyć złu, xxx xxx xxxxxx xxxxxxxxx.

Julka usiłowała odczytać ostatni napis, którego dalsza część była prawie niewidoczna. Zmrużyła oczy i z całej siły wpatrywała się w znaki: Rz 12,21 na końcu linijki, jedyne, co dało się przeczytać.

Nie rozmawiali ze sobą, ale byli poruszeni. Stare napisy wydawały im się tak aktualne, jakby ktoś napisał je wczoraj. Mieli wrażenie, że zawierają wiedzę, która bardzo im się przyda. Cieszyli się, że weszli za Jasnobrązowym właśnie w ten korytarz. Niezależnie od tego, byli już naprawdę zmęczeni. Czuli się wyczerpani, brudni i nieświeży. Woda w bukłakach dawno się skończyła. Nie planowali żadnej wyprawy, więc nie wzięli większego zapasu. Ostatkiem sił otworzyli kolejne ciężkie drzwi i prawie wypadli przez nie na miękką trawę. Oślepiło ich słońce. Stali nad samą fosą. Pies Milki energicznie położył przednie łapy na jej ramionach, ale powstrzymał się przed wylizaniem twarzy, bo wiedział, że tego nie lubi.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

 

Zamek z prawdziwego zdarzenia (6) Obraza na zawsze

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z Kolorowymi Oknami
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami
Rozdział 23

Obraza na zawsze

Ranny Ptaszek chyba zdziczał!” pomyślała większość koników naciągając kołdry na głowy. Ponieważ Babu nie miała na składzie wystarczająco dużo końskich derek, musieli spać pod prawdziwymi, ciężkimi kołdrami. Wszyscy byli zmęczeni po wyprawie i mieli nadzieję trochę się rano wyspać. Paczkę od Awelii każdy trzymał koło siebie. W nocy nie mieli siły obejrzeć wszystkiego, ale sprawdzili, że tak jak przewidziała Milka, każdy dostał niespodziankę wymyśloną specjalnie dla niego samego. Tymczasem zamkowy Ranny Ptaszek siedział na gałęzi niedaleko ich okna i wydawał prawie takie dźwięki jak maszyna do zgniatania opakowań.

Usiłując znowu zasnąć, koniki, a raczej konie z armii królewskiej, zauważyły, że Szary stał już całkiem rozprostowany koło swojej kołdry złożonej elegancko w kostkę.
– Nie marnujcie dnia. Mieliśmy od dzisiaj zacząć ćwiczenia! – zarżał rześko.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Rzeczywiście, odkąd zauważyli, że Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca codziennie rano robi rygorystyczną gimnastykę, zamierzali wziąć z niego przykład i bardziej się umięśnić.
– Zaczynamy jutro – ziewnął konik w kolorze zaschniętego błota i jeszcze głębiej wsunął się pod jedną z prawdziwych kołder Babu. Po nim to samo zrobili inni. Zasypiając na nowo nie wiedzieli, że Szary wyszedł z komnaty patrząc na ich ruszające się miarowo kołdry z wyższością i pogardą.

Stojąc na pustym dziedzińcu patrzył w stronę ogrodu. Wiedział, że im głębiej się w niego wchodziło, tym bardziej ogród zamieniał się w las. Kierując się w tamtą stronę, pomyślał: „Jestem za szary. Muszę coś ze sobą zrobić”.
Słońce dopiero co wzeszło. Szary nie pamiętał kiedy ostatnio tak wcześnie był poza domem. Przypomniało mu to czasy wędrówek z rycerzami.
– Ależ to było dawno… – westchnął. Ogarnęła go nostalgia. Przy tym czuł, że nikt go w tej chwili nie lubi, a i on, prawdę mówiąc, za nikim nie przepada. Zachowanie kolegów rozczarowało go i poirytowało. Czuł się jedynym konikiem w swoim rodzaju na całej kuli ziemskiej. Przechodząc przez fosę, minął bawiącego się na moście zwodzonym Wygrysa, który zawsze lubił wcześnie wstawać, niezależnie od tego, o której położył się spać poprzedniego dnia.
– Uwaga! Nowo otwarty punkt strugania kredek po południowej stronie baszty zachodniej! – Wygrys wrzasnął do niego jak zwykle głośniej, niż to było konieczne. W punkcie strugania nie było jeszcze klientów, więc chodził z wędką z magnesem na końcu i łowił różne rzeczy z fosy, niestety nie napełnionej wodą.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Szary zwinął uszy w ciasne trąbki i skręcił w pierwszą ścieżkę prowadzącą w gąszcz, na jaką natrafił. Chciał zniknąć z oczu Wygrysa i wszystkich innych oczu. Nie było to trudne, bo zaraz za fosą zaczynały się niezliczone zdziczałe ścieżki, wchodzące w głąb ogrodu. Ogrodu Bez Końca, jak nazywały go kuzynki. W ogóle nie było wiadomo dokąd prowadzą, dopóki się nimi nie poszło. Trzeba też było naprawdę uważać, bo niektóre z nich szły dalej, poza ogród. Można było nagle znaleźć się w środku Prawdziwego Lasu (tak nazywała go Babu). Las zaczynał się zaraz za ogrodem, a granica między nimi zupełnie się zatarła. Babu mówiła, że między ogrodem, a lasem ciągnie się nieregularny Pas Niewiadomoczegości. Nie wszędzie. Tylko w niektórych miejscach. Nie jest to już ogród, ale też jeszcze nie całkiem las.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Szary trochę orientował się w rozkładzie ogrodu, bo spędzali w nim zwykle sporą część dnia, ale tylko mniej więcej, bo na tyle dało się w nim zorientować. Mieli co prawda starą mapę, ale ogród na tyle się zmienił, że wydawała się bezużyteczna. Był duży i zarośnięty. Od lasu różnił się głównie tym, że co krok natrafiało się w nim na kamienne bramki prowadzące donikąd, poprzewracane kamienne kolumny i omszałe rzeźby nadgryzione przez ząb czasu. Szary błądził między tym wszystkim, po czym podświadomie skierował się w Okolicę Beznadziejności. W głębi duszy liczył na to, że inni będą go szukać. Po dłuższej chwili krążenia to tu, to tam, zaczął myśleć o tym, że uciekł Wygrysowi, który przecież chciał się z nim pobawić. Zrobiło mu się tak ciężko, jakby miał na sobie fartuch do zdjęć rentgenowskich. Do tego jego irytacja na kolegów wcale nie zmalała. W tym stanie trafił na Alejkę Zagniewania. Słyszał o niej kiedyś. Wiedział, że przechodzi dalej w Alejkę Przebaczenia. Nie wiedział natomiast, że obie razem tworzą kształt serca. Ani o tym, że kiedy wracało się w miejsce początku pierwszej, nie było się już wcale takim złym, jak chwilę wcześniej. Kiedy obszedł serce naokoło i wrócił do punktu wyjścia, zupełnie zapomniał dlaczego był w złym humorze.
„Ależ koń może być czasem osłem” zarżał w myślach pod adresem samego siebie sprzed pół godziny. Postanowił, że kiedy spotka Wygrysa, nauczy go używać kompasu. Słyszał kiedyś jak Wygrys mówił, że ma problemy ze stronami świata.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Odetchnął głęboko i poczuł zapach ogrodu i lasu równocześnie. Pomyślał, że musi być w okolicy, w której granica między nimi zaczyna się zacierać. Poranne powietrze dodało mu energii, a myśli nabrały świeżości. Przypomniał sobie, że od dawna chciał zrobić pewną rzecz w tajemnicy przed innymi. Odkładał to, bo przypuszczał że będą się z niego nabijać. Marzył, żeby przyciemnić sobie ogon, a może nawet trochę grzywę. Zamierzał użyć wywaru z ziół. O ich działaniu dowiedział się z zielnika Wielkiego Naprawczego. Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca kochał przyrodę i pracował nad zielnikiem w czasie wolnym od zajęć właściwych, wynalazczo-naprawczych. Dzięki świetnej pamięci Szary miał teraz przed oczami stronę z zielnika z roślinami przyciemniającymi na brązowo. Jak na dłoni widział przylepiony kawałkami taśmy przeźroczystej zasuszony liść pokrzywy podpisany ręką Naprawczego: Urticae folium, kawałek kory dębu: Quercus cortex i liść orzecha włoskiego: Juglandis folium. Wszędzie dookoła pachniało wilgotną korą i grzybami. Z korą dębu nie miał żadnego problemu. Po liście orzecha musiał się powspinać, ale kiedy je już zrywał, w dole, koło omszałego głazu zobaczył wspaniałe, wysokie pokrzywy. Kiedy zszedł z drzewa trochę spocony, ostrożnie nazbierał pokrzyw i  usiadł koło wielkiej dziupli, żeby się zastanowić jak zorganizować farbowanie. Wtedy usłyszał wesołe pogwizdywanie. Najprawdopodobniej ludzkie. Zastrzygł uszami, bo myślał, że mu się zdaje, ale pogwizdywanie dalej brzmiało tak samo wyraźnie, tylko melodia zmieniła się na smutniejszą. Wlokąc za sobą zbiory zaczął iść w jej kierunku. Słońce zaczynało już troszeczkę przeświecać przez korony wysokich drzew, ale rosa pokrywała wszystko i musiało być w dalszym ciągu bardzo wcześnie. W końcu gwizdanie zrobiło się tak głośne, że Szary postanowił zacząć zachowywać ostrożność. Od gwizdania dzielił go teraz tylko rozrośnięty krzew dzikiej róży pnący się po jakimś innym zdziczałym krzaku. Szary położył się na ziemi i wyjrzał na drugą stronę zarośli. Na małej trawiastej polanie między drzewami stał stary drewniany domek. Można by go nazwać szopą, gdyby nie to, że wyglądał po prostu prześlicznie. Koło chatki leżały porządnie poukładane fragmenty starych rzeźb i resztki kamiennych kolumn, takich jakich pełno było, częściowo zapadniętych w ziemię, w całym ogrodzie. Między nimi, przy stole zrobionym z pnia ściętego drzewa, siedziała dobrze znana Szaremu postać pochłonięta jakąś pracą.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Babu, co tu robisz o tej porze? – Szary zarżał cicho zanim to powiedział, żeby jej nie przestraszyć. Babu nie wydawała się nawet zaskoczona.
– A, widzisz, to mój zakątek wytchnienia przed pracą, robię tu różne rzeczy dla przyjemności.
– Lubisz wcześnie wstawać?
– Bardzo.
– Ja też! – Szary pierwszy raz tego dnia poczuł się naprawdę szczęśliwy. – Co masz w tym domku?
– Chodź, pokażę Ci.
Między różnymi narzędziami stała szlifierka i skrzynki pełne kamieni o ciekawych kształtach. W jednej z maszyn Babu przekroiła na pół szare kamienne jajo, które okazało się pomarańczowo-różowym w środku agatem. Zrobiła kilka plasterków i podała je Szaremu:
– Daj dziewczynkom jak je spotkasz.
Szary patrzył w osłupieniu na idealnie gładką powierzchnię przeciętego agatu, w paski o różnych olśniewających odcieniach pomarańczowego i różowego:
– Gdybym miał taką maszynę, robiłbym plasterki przez cały dzień.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Zawsze możesz przyjść i trochę pokroić. Potrzebuję  tego sporo do mozaikowej posadzki w bibliotece, a teraz właściwie wcale nie mam na to czasu. Nie wiem nawet kiedy się wreszcie zajmę mchem na rzeźbach –  wskazała ręką na to, co leżało na polanie. – Teraz najpilniejsze są balaski do schodów. Przynajmniej do tych najbardziej niebezpiecznych, do piwnic.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Przez drzwi na przestrzał wyszli przed chałupę z drugiej strony polanki, gdzie Babu miała porozkładane drewniane balaski i kule zwieńczające kiedyś schody. Wszystko to wymagało konserwacji. Oprócz tych, które czekały, żeby się nimi zajęła, było też kilka już pomalowanych.
– Podobają ci się? – zapytała.
– Śliczne, tylko ten kolor jakiś taki…
– No właśnie wiem, szukam innej farby. Potrzebuję czegoś bardziej…
– Zabytkowego? – zapytał przyjemny męski głos.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Tym razem i Babu i Szary skoczyli na równe nogi, bo myśleli, że są zupełnie sami. Tuż za nimi stał Szymon Solidny, Podróżnik, Dostawca Wszystkich Potrzebnych Rzeczy i Dochodzący Specjalista od Nowoczesności w Zamku i Okolicy, co było ręcznie wykaligrafowane na karcie wizytowej, którą podał Szaremu. Babu była wyraźnie zadowolona, że go widzi. Uściskali się serdecznie.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytała.
– Przecież zawsze się pojawiam, kiedy czegoś potrzeba. Wiem dokładnie o co wam chodzi – Szymon mówił i równocześnie notował na małej kamiennej tabliczce:
Bejca mat. Kolor złotawozielonkawożółtawopomarańczowawy z lekkim pobłyskiem, ale delikatnym, w zasadzie prawie całkiem matowa. Ale jednak z pewnym połyskiem, oczywiście.
Do zabytków wyrył specjalnym rylcem na końcu i schował tabliczkę do kieszeni.
– Tak, dokładnie o to mi chodziło – potwierdziła Babu. Szary też się z nią zgodził, podziwiając w duchu rzeczowość, domyślność i skuteczność działania Szymona Solidnego.
– Zamówimy je wysyłkowo – powiedział Szymon, równocześnie ryjąc znowu na tabliczce:
ze sklepu XIV-wiecznego.
– Czternastowiecznego? – zapytał zaglądając mu przez ramię Szary, który znał cyfry rzymskie, czym się szczycił. – Czy to nie jest w przeszłości?
– Tak – zamawiam je przez sieć wysyłkową, która rozciąga się w przestrzeni i w czasie. To najlepsze rozwiązanie, które w tej chwili znam. Tym bardziej, że te balaski pochodzą właśnie z czternastego wieku.
– Rozumiem – Szary starał się brzmieć jakby nigdy nic, ale był naprawdę pod wrażeniem. Już wcześniej słyszał o Szymonie Solidnym. Na przykład, że jeździ wozem po całym świecie, żeby sprowadzić najodpowiedniejsze albo najnowocześniejsze rzeczy. Ale zamawianie z przeszłości z trudem mieściło mu się w głowie.
– Dlaczego jeździsz wozem zamiast latać smokami? – zapytał korzystając z okazji, bo już wcześniej go to nurtowało.
– Nie lubię smoków, nie można na nich polegać. Czasem przysiadają w rozpadlinie skalnej nawet na dobę albo dwie i nie chcą lecieć dalej. Poza tym są złe i złośliwe, jak wszystkie smoki. Nie chcę mieć z nimi do czynienia. Na dodatek mój bagaż jest zwykle za bardzo niewymiarowy, żeby lecieć. Na przykład, widzisz, ten worek jest pełen drobnych rzeczy – powiedział otwierając zgrzebny płócienny wór ściągnięty sznurem konopnym – ale na wozie leżą halabardy, naprawdę strasznie długie.
Szary zerknął do worka i patrzył na Szymona z jeszcze większym uznaniem, bo po metkach różnych przywiezionych rzeczy zorientował się, że Szymon wrócił z dalekich Chin.
– To ja już idę, muszę wyładować misiurki*. Wpadnę potem do kuchni, żeby coś ugotować. Mam nowe przepisy z dalekich krajów – powiedział do Babu.

*Przypis: misiurka – nakrycie głowy rycerza zrobione ze splecionych ze sobą metalowych kółek.
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Nowe misiurki? – zapytał Szary kiedy Szymon zniknął w mokrych krzakach.
– Tak, miał przywieźć nowoczesne misiurki z silikonu w kolorze metalu. Tak samo skuteczne, ale lekkie i przyjemne dla ciała.
– Babu? – Zapytał Szary tak cicho, żeby tym razem już na pewno nikt ich nie usłyszał.
– Tak?
– Czy możesz mi pomóc zafarbować ogon? W krzakach mam trochę ziół i kory.
Wiedział od kuzynek, że Babu była zawsze gotowa do działania i o nic nie trzeba jej było prosić dwa razy.
– Oczywiście. W chatce stoi naczynie, które się nada. Wodę podgrzejemy na palenisku, o tu. Natychmiast zabrali się do roboty. Babu była równie ciekawa efektu, co Szary.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Zamek z prawdziwego zdarzenia (5) Kolacja po ciemku

Rozdział 22

Kolacja po ciemku

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Obładowani paczkami szli za Wielkim Naprawczym krętymi wybrukowanymi uliczkami, czasem w górę, czasem w dół. Słońce prawie już zaszło. Był ciepły letni wieczór. Zmęczeni i głodni jak wilki zastanawiali się, czy Babu działa jeszcze w kuchni. Wiedzieli, że Gród Prastary od wieków odznaczał się gościnnością, w związku z czym działały w nim gospody z jedzeniem z całego świata, ale o tej porze były już zamknięte. Nagle usłyszeli za sobą zgrzyt łańcucha rowerowego. Zaraz za nimi leciała na rowerze dobra dusza Limonka, specjalistka od zdrowego jedzenia. Jej ulubiony czarny rower leciał tak szybko, że łańcuch aż warczał. Rower unosił się może pół metra nad ziemią, najprawdopodobniej wspomagany tak przedziwnie dlatego, że Limonka miała właśnie zamiar zrobić coś dobrego. Siwek zwrócił uwagę na to, jak bardzo rower był stary, stylowy i dobrze utrzymany.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Dobra dusza wyprzedziła ich wszystkich i w locie obejrzała się przez ramię. Zsunęła ciemne okulary, żeby im się lepiej przyjrzeć, a może policzyć. Wszystkim wydało się, że pojawiła się w cudowny sposób, wyczuwając, że są w potrzebie. Oni też nieśmiało ją obserwowali. Po pierwsze rzucił im się w oczy jej naszyjnik z plasterków ogórków, zawsze świeżych, które nigdy nie robiły się sflaczałe. Duży plasterek cytryny w środku naszyjnika wyraźnie odcinał się od jej granatowego podkoszulka z krótkim rękawem i roztaczał piękny cytrynowy zapach. Limonka miała na sobie spódnicę uszytą z tysiąca powiewnych chustek w różnych ostrych kolorach (każda w innym), które trzepotały w czasie lotu, ale wcale nie wkręcały się w szprychy roweru. Ciemne włosy z krótką grzywką upięła w kok, który nie rozpadał sią mimo znacznej prędkości, z jaką się poruszała. Z uszu, na młodych trawkach, zwisały jej kolczyki ze świeżych malin. Była pełna werwy, kolorowa i przecudna.

Jeden fachowy rzut oka znad ciemnych okularów wystarczył jej, żeby się zorientować jak bardzo są głodni. Widząc ich stan, postanowiła działać natychmiast. Energicznie otwarła plecak i wyjęła z niego buteleczkę z ciemnego szkła z napisem „melasa“.
– Wzmocnijcie się chociaż trochę, żebyście mieli siłę dojść – powiedziała podając Julce butelkę, a Milce gruby pęk łyżeczek.
– Łyżeczki oddacie mi na miejscu – po tych zagadkowych słowach zaczęła pedałować w powietrzu z takim wigorem, że chociaż była mniejsza od kuzynek, wszyscy musieli przyspieszyć, żeby za nią nadążyć. Zauważyli, że do plecaka ma przytroczoną lornetkę i hełm tropikalny. Domyślili się, że musi często latać gdzieś dalej, niż tylko po Królewskim Grodzie Prastarym.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Zapadł zupełny zmrok i ulice oświetlały teraz wysokie starodawne latarnie. W pewnym momencie Limonka zniknęła w wysokiej, ciemnej bramie, którą mijali.  Za sekundę pojawiła się w środku kamienicy, za drzwiami z szybą. Coś do nich mówiła gestykulując. Drzwi okazały się otwarte, więc weszli, żeby zrozumieć, o co jej chodzi.
– Nie będę zapalać świateł, bo jest już zamknięte – powiedziała latając im nad głowami w zupełnej ciemności i sadzając wszystkich na niewidocznych krzesłach przy niewidocznych stolikach. W powietrzu pachniało jakimiś zupełnie im nieznanymi przyprawami. Czuli się jakby przyjechali do dalekiego kraju, o którym nic nie wiedzieli. Byli nie tylko pełni nadziei na zaspokojenie głodu, ale zafascynowani całą sytucją. Siedzieli po ciemku, ale przez duże szyby widzieli wszystko, co działo się na ulicy, bo tam było trochę jaśniej od latarni i neonów.
– Gdzie my właściwie jesteśmy? – szepnął Jasnoszary do siedzącego obok konika w kolorze zaschniętej gliny, chociaż nie wiedział kto to jest.
Oczy przyzwyczajały im się do mroku i zaczynali się nawzajem widzieć.
– Jesteś w prawdziwej restauracji, ciemniaku – odpowiedział szeptem Jasnobeżowy siedzący przy sąsiednim stoliku.
W międzyczasie zaczęły do nich docierać coraz intensywniejsze, smakowite zapachy egzotycznych potraw, w tym pieczonych i prażonych. Limonka latała nad stolikami z zawrotną prędkością. Rozkładała na nich malutkie miseczki z dymiącymi potrawami, po kilka przed każdym. Robiła to w taki sposób, żeby na środku każdego stolika zmieścił się też wielki półmisek z chrupiącymi gorącymi plackami o różnych smakach.
– Jak to wszystko jest możliwe? – Jasnoszary w dalszym ciągu nie mógł ogarnąć myślami tego, co się działo.
– Dobre dusze są w stanie robić takie rzeczy. Jesteś głodny, to jedz, nie martw się na zapas – odpowiedział mu konik w kolorze piaskowym, który zaspokoił już pierwszy głód.
Jasnoszary przestał się więc zastanawiać, tym bardziej że Limonka znowu przeleciała nad ich stolikiem i polała jego placek jakimś nowym przepysznym sosikiem, tym razem w kolorze jasnozielonym, odblaskowym, więc widocznym w ciemności. Sosik trochę piekł go w język. Ponieważ nakładali potrawy w ciemności, ciągle spotykały ich niespodzianki. Niektóre placki wydawały się na przykład napompowane jak piłki, a po ugryzieniu wychodziło z nich powietrze i zostawał tylko cienki, chrupiący wafelek. Inne miały w sobie ziarenka o różnych smakach.
– Co to jest? – zapytał Jasnoszary na widok kolejnej czarki z dwoma uchami.
– Buktalanga łagodna na gorąco. Bez bemburi, bo się skończyło, ale z kotmalangą – zawołała Limonka.
– Rozumiem – odpowiedział Jasnoszary.
– Nie nabieraj tej puktalangi, bo nie zamkniesz dziś paszczy –  poradził mu konik w kolorze zjełczałej śmietanki, sceptyczny jak zawsze.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Rozmowy ucichły. Wszyscy byli pochłonięci kontemplowaniem przepysznego jedzenia. Słychać było tylko chrzęst pedałów roweru Limonki w powietrzu. Z uznaniem popijali potrawy purindą naturalnie gazowaną. Ponieważ zrobiło się cicho, dotarło do nich, jak przy stoliku pod ścianą Bajka tłumaczyła Julce:
– Coś ty, a pewno cię to nie porazi! Ona ma wszystko zdrowe, naturalne i nie używa półproduktów.
Julka była zwykle wybitnie ostrożna, jeśli chodziło o jedzenie. Nie przepadała też za próbowaniem nieznanych potraw.
– Uwielbiam takie rzeczy. Zdecyduj się, czeka cię prawdziwa przygoda kulinarna! – przyłączyła się Milka.
– Co to są półprodukty? – zapytał Jasnoszary, chociaż siedział przy innym stoliku. Wydawało mu się, że podsłuchiwanie nie jest niegrzeczne, bo i tak prawie nic nie było widać.
– Później ci powiem – szepnął do niego konik w kolorze piasku, bo sam nie wiedział.
– Nic z puszek ani z pudełek. Tylko to, co rośnie na świeżym powietrzu i co dotarło do nas w niezmienionej postaci – odpowiedziała im Limonka przelatująca z naręczem placków. Wydawała się czytać w myślach wszystkich siedzących przy stolikach i fachowo spełniała najskrytsze życzenia ich podniebień.

Ciemność nie wydawała im się już tak nieprzenikliwa jak na początku. Być może po prostu przyzwyczaiły im się oczy. Niewykluczone też, że przyprawy nie tylko przetkały im nozdrza, ale także wyostrzyły wzrok. Jasnoszary zauważył na wszystkich ścianach olbrzymie zdjęcia sypkich przypraw sprzedawanych w otwartych worach na ruchliwym targu. Przyprawy ze zdjęć miały ostre kolory i mocno pachniały.
Limonka wylądowała na podłodze i zaparkowała rower pod ścianą. Odsapnęła z ulgą. Chwilę wcześniej, lecąc z kuchni, rzuciła na nich tylko jedno spojrzenie i wiedziała, że nie są już głodni. Konie królewskie były nie tylko najedzone, ale wręcz podekscytowane. Nowe smaki wprowadziły je w stan euforyczny. Wracały z podróży w nieznane.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Przepraszam, ale stoisz mi na balonce – powiedziała Limonka do Kasztana i wyjęła mu spod kopyta koniec jednej z powiewnych chustek, z których uszyta była jej długa spódnica. Po czym wskoczyła znowu na rower i, latając, błyskawicznie pościerała stoliki pachnącą szmatą, bo nie znosiła  rozmoczonych okruchów. Z doświadczenia wiedziała, że można je było w tej chwili znaleźć na wielu stolikach, mimo że w panującym mroku blaty wydawały się idealnie czyste. Nagle znieruchomiała w powietrzu i zaczęła się wpatrywać w szybę. Po opustoszałej ulicy chodził tam i z powrotem mężczyzna słusznej postury. Zwrócił jej uwagę głównie dlatego, że przechadzał się koło okien już siódmy raz.
– Znacie chyba Wuja? – zapytała Milkę, nad którą akurat zawisł jej rower. Charakterystyczną cechą Królewskiego Grodu Prastarego było to, że wszyscy ludzie mieszkający w nim i okolicy znali się nawzajem albo przynajmniej mieli wspólnych znajomych.
– Oczywiście, to NASZ Wuj! – Milka zerwała się od stolika i pociągnęła za rękaw Bajkę. Zaraz za Wielkim Naprawczym wszyscy wyszli szybko na ulicę, żeby pogawędzić z Wujem. Niektórzy nawet podosuwali porządnie krzesła do stolików zanim wyszli, bo byli naprawdę pełni wdzięczności i podziwu dla Limonki. Dobra dusza żegnała się z nimi przed drzwiami częstując orzeźwiającymi cukierkami pożegnalnymi, które wyciągała z bocznej kieszeni plecaka. Wszyscy siłą rzeczy skupili się naokoło Wuja, który, jak się okazało, pracował właśnie jako klucznik zamykający na noc bramy Grodu.
– Czy woła pan: Już 10 na zegarze, idźcie do snu gospodarze? – zapytał ze znawstwem konik w kolorze skorupki od jajka.
– Nie, teraz już krzyczę tylko jeżeli ktoś nie ściszy muzyki po 10.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Pogawędka się przeciągnęła, bo dawno się nie widzieli i Wuj miał im dużo do opowiedzenia. Do zamku dojechali późną nocą. Odcinał się jasną bryłą na tle granatowego nieba. Okna miał podświetlone od środka, każde na inny kolor, ale tak, że świetnie się ze sobą komponowały. Julka nie była pewna czy nie zasugerowała się wizytą w sklepie z kredkami, ale okna wyglądały jak pudełko farb, których nikt jeszcze nie używał albo jak nowe kredki ułożone w opakowaniu dokładnie tak jak powinny. Piękno zamku widzianego o tej porze zaparło jej dech.
– Okna podświetla nam Dochodzący Specjalista od Nowoczesności w Zamku i Okolicy, Szymon Solidny. Przyjeżdża zawsze kiedy  jest potrzebny i odpowiada za efekty specjalne – szepnęła Milka widząc jej zachwyt.
Okna podświetlone na różne kolory przypomniały Julce jej własną wieżę. Liczyła na to, że mama i tato zrozumieli, że jej wyjazd był pilny i nie martwili się o nią, ale pomyślała też, że dobrze byłoby sprawdzić czy wszystko u nich w porządku.
– Do tak dobrze zorganizowanego zamku jak ten, musi docierać jakiś goniec – szepnął do niej Szary, który domyślił się co jej leży na sercu.
Z nadzieją, że uda jej się wysłać wiadomość i zapytać co u nich słychać, spokojnie poszła spać.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

 

Zamek z prawdziwego zdarzenia (4) Sklep z kredkami

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z Kolorowymi Oknami
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami
Rozdział 21

Sklep z kredkami

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Od przyjazdu upłynęło tylko kilka dni, a koniki całkowicie wciągnęły się w rytm życia na zamku. Czuły się jak u siebie w domu, czyli jak prawdziwe konie z prawdziwej armii królewskiej, którymi były w rzeczywistości. Julka zauważyła, że wszystko wiedzą. Ciągle się od nich czegoś dowiadywała o sprawach dawnych, ale też o bieżących. Na przykład tego, że Babu co tydzień wymienia wszystkie flagi z orłami w koronach w najwyższych oknach baszt na świeże. Dzięki temu orły są zawsze śnieżnobiałe. Albo na przykład tego, że Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca jest już przy sto osiemdziesiątym siódmym ogniwie zerwanego łańcucha od mostu zwodzonego, który pokrywał farbą antykorozyjną. Wielki Naprawczy pracował nad łańcuchem siedząc głęboko w fosie i nie tylko pokrywał go farbą, ale też przy okazji sprawdzał i oliwił te ogniwa, na których farba już wyschła. Robił to dokładnie i systematycznie, ogniwo po ogniwie, bo wiedział że każde ogniwo w łańcuchu jest tak samo ważne. Miał na to czas tylko w ciągu dnia, bo nocami  pracował nad machiną do zgniatania opakowań do wtórnego wykorzystania, która wymagała kilku dodatkowych usprawnień. W wolnych chwilach spawał kratownicę do studzenia wszystkich chlebów równocześnie. Tego ranka Julka dowiedziała się od koników, że Wielki Naprawczy organizuje jednodniową wyprawę do pobliskiego Królewskiego Grodu Prastarego pełnego cudów, o których już wiele słyszała.
– Milka cię szuka! – zadyszany Szary przysiadł na zadzie. – Mamy jechać do Grodu!

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Wiadomość zelektryzowała Julkę. W mgnieniu oka znaleźli razem z Szarym Milkę, która w międzyczasie znalazła siedzącą w stajni Bajkę i w ogóle wszyscy zainteresowani błyskawicznie się poznajdowali.
– Jedziemy do sklepu z kredkami, żeby załatwić kilka spraw. Masz kredki? – zapytała ją Bajka.
– Jakieś mam, ale chętnie pojadę – Julka pomyślała, że dobrych kredek nigdy nie za wiele. Poza tym chętnie jechała tam, gdzie miała jakieś sprawy do pozałatwiania Bajka, bo lubiła ją obserwować i skrycie ją podziwiała. Bajka była od niej niewyobrażalnie starsza. Julka wiedziała na pewno, że nigdy jej w tym nie doścignie.

Wygrys wrócił właśnie z fosy. Wysłała go tam Milka, żeby sprawdził jak wygląda sytuacja.
– Przy którym jest ogniwie? – zapytała.
– Nie wiem, umiem liczyć tylko do stu – odpowiedział Wygrys.
– Mówił coś o wyprawie?
– Nie mówił.
– A pytałeś go?
– Nie pytałem, bo był zajęty.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Wobec tego wszyscy razem wybrali się do fosy ustalić, na czym stoją. Tak się złożyło, że Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca poczuł się właśnie w tym momencie zmęczony oliwieniem i różnymi innymi obowiązkami, których miał mnóstwo. Potrzebował chwili spokoju, żeby odzyskać siły. Postanowił poczytać chwilę przy kawie.
– Jesteśmy gotowi! – z werwą oznajmiła mu Milka.
– Czy możemy pojechać jutro? – zapytał Wielki Naprawczy, który szukał gazety i wybierał się właśnie do altany, w której zawsze  stał samowar z herbatą, ekspres do kawy i taca z ciasteczkami.
– Juuuuutro? – trzy dziewczynki szeroko otwarły oczy z przerażenia, po czym spuściły wzrok i jak na komendę smutno potrzepały rzęsami. Zapanowało głuche milczenie, po którym Wielki Naprawczy rzucił jeszcze tylko jedno przeciągłe spojrzenie  w stronę altany, po czym powiedział:
– Spotykamy się za piętnaście minut przy bramie głównej.
I tak się stało. Piętnaście minut wystarczyło wszystkim akurat na to, żeby pobiec po plecaki i inne najpotrzebniejsze rzeczy i pocieszyć Babu, że nie będzie ich cały dzień.
– Babu, pomidorowa, pamiętasz? – zapytała twierdzącym tonem Milka wybiegając z kuchni.
– Oczywiście.
– Ogórkowa też? – Bajka cofnęła się już zza progu.
– Jasne.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Kiedy odjeżdżali, piękny, duży, mądry i energiczny, ale łagodny pies Milki siedział przy bramie. Zrobił się troszeczkę bardziej niespokojny niż zwykle, ale zgodził się zostać. Tylko dlatego, że wierzył Milce, że wróci dokładnie za kilka godzin.

Do grodu nie było daleko, a pojazd Wielkiego Naprawczego jechał bardzo szybko, dzięki temu że Wynalazca specjalnie przystosował go do szybkiej jazdy. Poza tym zamontował na dachu składaną lotnię, przy użyciu której mogli bezpiecznie ścinać zakręty albo przelatywać nad innymi pojazdami, kiedy sytuacja przerastała jego nerwy. Najważniejsze było to, żeby na początku lotu dobrze podskoczyć, w czym pomagał przycisk w podłodze. Nie mogli lecieć cały czas tylko dlatego, że pojazd poruszał się w takich sytuacjach na zasadzie odbijania od twardego podłoża. Lotnia nie była wygodna do używania w mieście, więc tam składało się ją jak parasol. Zmiany w konstrukcji pojazdu wprowadzone przez Wynalazcę były związane z tym, że wlokące się samochody zawsze go denerwowały. Dlatego własny pojazd przystosował do przeskakiwania i przelatywania nad innymi autami, kiedy natrafiał na korek.
Mimo to Wygrysowi i tak strasznie się nudziło w drodze, chociaż Milka śpiewała mu Morze, nasze morze i inne piosenki. Ciągle pytał czy już dojechali i kopał w przednie siedzenie udając, że akompaniuje.
– Czy mógłbyś liczyć konie i krowy za oknem? – zapytała Julka starając się brzmieć entuzjastycznie.
– Jestem za bardzo zajęty – odpowiedział patrząc w inną stronę.
– Ależ on jest czasem niegrzeczny – powiedziała Julka, której było głupio, bo czuła się odpowiedzialna za jego wychowanie.
– Po co go w ogóle brałaś? – spytała Bajka.
– Nigdzie bez niego nie jeżdżę – Julce zrobiło się żal Wygrysa, bo sama też się trochę nudziła i cały czas piła wodę z butelki, chociaż nie chciało jej się pić. – Może się uspokoi.
– A co to właściwie znaczy, że ten gród jest królewski? – zapytała żeby zmienić temat.
– Gród Królewski to jest taki, w którym mieszkają królowe i królowie – wyjaśniła Bajka. – Sama zobaczysz.
– A poza tym – dodała Milka – jest w nim katedra pełna duchów królów i królowych i innych wielkich postaci.
– Skąd wiesz? – ta odpowiedź zafrapowała nie tylko Julkę, ale nawet Wygrysa, który natychmiast przestał kopać w przedni fotel.
– Z książki Dar i Tajemnica świętego Jana Pawła II, którą dała mi Babu, kiedy o nim rozmawiałyśmy.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Dalej jechali w ciszy, myśląc nad tym co powiedziała Milka, pełni radosnego oczekiwania na przygodę. Czuli, że mają szansę otrzeć się o rzeczy wielkie i ważne. Te tworzące Historię, o której tak dużo mówiła im Babu.  Najwięcej czasu zajęło im dostanie się do samego środka Grodu Prastarego, bo wszędzie był duży ruch. Najtrudniejszy okazał się przejazd przez Bagna Żabiego Kruka, które odzielały zamek królewski stojący na wzgórzu nad rzeką od rynku w środku miasta. Kiedy przez nie brnęli, Julka słyszała jak koniki szeptają coś o tym, że w ich czasach rynek był właśnie w miejscu, przez które jechali, zupełnie gdzie indziej niż w tej chwili. Bagna wydawały się prawie niemożliwe do przebycia. Do tego  Wygrysowi zaczęła się dawać we znaki choroba lokomocyjna.

– Zęby mnie bolą… – szepnął na ucho Milce, nie chcąc otwarcie przyznać, że robi mu się niedobrze.
– Wytrzymasz? – zapytała dyskretnie Milka, która od razu zrozumiała, o co mu chodzi.
– Nie, muszę wysiąść.
Zatrzymali się z piskiem opon i w związku z sytuacją Wygrysa postanowili dalej iść na nogach. Znalezienie parkingu było niemożliwe, ale cudem się udało.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Od czasu kiedy tu byliśmy ostatni raz, wieki temu, dużo się pozmieniało – powiedział konik w kolorze skorupki od jajka, z przyjemnością stukając kopytami o bruk, mimo, że nie zaczęli jeszcze iść. Julka usłyszała, że wszystkie koniki robią to samo. Stukały tak głośno jak tylko mogły, udając że rozprostowują kopyta. Wygrys mocno stanął miękkimi łapami na kostce  brukowej i od razu poczuł się lepiej, tym bardziej że zobaczył lody. Julkę cieszyło, że nie zgubi go w tłumie, bo był dobrze widoczny: miał malinowe futerko w  wyraźne, żółte kropki.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– To co, po kulce? – zapytał Wielki Naprawczy.
Trzymając w rękach po trzy gałki lodów w rożkach, weszli w okolicę uliczek wąskich, stromych i krętych, nie prostopadłych i równo odmierzonych jak te przy samym kwadratowym rynku. Szybko przyzwyczaili się do chodzenia po bruku, bo część dziedzińca ich zamku też była wybrukowana, więc mieli pewną wprawę. Wielki Naprawczy doprowadził ich do pięknego szyldu z napisem Długopisiarnia.
– Skoczę sobie tylko coś załatwić – powiedział kiedy podziwiali szyld i szybko zniknął za rogiem.
Żeby wejść do sklepu, trzeba było się wdrapać na pięć nierównych, ale uroczych schodków z białego kamienia. Zaraz za drzwiami czekały kolejne schodki, tym razem siedemnaście w dół, tak że zrobiło się małe zamieszanie i jedni ostrzegali drugich, tym bardziej, że sklep okazał się słabo oświetlony. Kiedy znaleźli się w środku, przez dłuższą chwilę nic nie widzieli, bo po słonecznej ulicy wnętrze wydawało się całkiem ciemne. Odurzyły ich natomiast śliczne zapachy nowych kredek woskowych i świeżego drewna kredek ołówkowych.
– Czujecie? – koniki szybko wciągały i wypuszczały powietrze z chrap.
– Yyyyhy, zapach ołówkowo-kredkowy, mój ulubiony! – Szarobeżowy aż się zachłysnął.
– Nowe kredki, zaraz zemdleję… – Beżowobury był nie mniej przejęty.
– Czuję też chyba nowy papier! – szepnął któryś z brązowych koników.
– I nową gumę do mazania. Ależ tu cudnie pachnie! – Konik koloru kawy z mlekiem, który lubił pisać, cicho zarżał z rozmarzeniem i położył się na grzbiecie. Oczy zaczęły im się przyzwyczajać do półmroku, więc zauważyli to, w czym Kawowy się właśnie tarzał: coś w rodzaju przepięknych różnokolorowych trocin stajennych.
– To ostrużyny z kredek ołówkowych! – powiedziała Milka, a wszyscy zaczęli z przyjemnością grzebać rękami albo kopytami w grubej warstwie ostrużyn z różnokolorowymi obramówkami, która zaścielała całą podłogę. Koniki od razu poczuły się jak w stajni.

– Czy mogłabyś, dobra kobieto, zamknąć drzwi? – przerwał im nagle przyjemny damski głos.
Bajka popatrzyła na Milkę, Milka na Bajkę, po czym obie popatrzyły na Julkę, stojącą najbliżej wejścia. Zamknięcie drzwi zabrało Julce chwilę, bo zanim się za nie zabrała, wszystkie trzy kuzynki zaczęły się wpatrywać w mrok w okolicach miejsca, z którego dobiegł głos. Dopiero teraz zaczynały coś widzieć w półmroku. Wnętrze było bajecznie kolorowe. Od podłóg do sufitów pełne ciemnych drewnianych półek z różnokolorowymi drobnymi przedmiotami.
– To królowa Awelia – szepnęła Milka na ucho Julce. – Pracuje tutaj kiedy chce. W wolnych chwilach.
Królowa Awelia siedziała za ciemnobrązową drewnianą ladą. Przerwała struganie kredek, które układała w tęczę w dużym płaskim metalowym pudełku. Przygotowywała zestaw specjalny na zamówienie. Wybierała kolory według listy. Na krótko obciętych szarych włosach miała całkiem matową  i skromną koronę w kolorze starego złota, zupełnie nie rzucającą się w oczy.  Ubrana była w suknię z grubego, beżowego, zgrzebnego płótna, do której świetnie pasował pierścień z prawdziwym migdałem nie obranym ze skórki. Była całkowicie naturalna. Tak jak w naturze, wszystko, co miała na sobie doskonale komponowało się ze sobą, idealnie dobrane i w najlepszym guście.  Widać było, że szczerze ucieszyła się na ich widok.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Co was sprowadza do Grodu? Nie macie pojęcia jak się cieszę, że wpadliście! – powiedziała wstając, żeby uścisnąć wszystkich naraz. Kiedy wyciągnęła ramiona, okazało się, że na długich rękawach i spódnicy jej długiej sukni, dyndają przyczepione blisko siebie, bardzo krótkie kredeczki ołówkowe we wszystkich możliwych kolorach i przyjemnie stukają przy każdym ruchu. Była tak miła, serdeczna i ciepła w zachowaniu, że już po chwili nawet koniki bezwiednie zaczęły do niej mówić „ciociu”.
– Przyjechaliśmy po kredki. Nie wiedzieliśmy, że cię zastaniemy! – Milka była zachwycona.
– O tak, to przecież moja pora roku. Oczywiście jesień lubię jeszcze bardziej, ale w lecie też otwieramy – widząc zdziwioną minę Julki dodała:
– W Grodzie Prastarym jest dużo sklepów sezonowych. Pojawiają sią na przykład tylko latem i jesienią, jak nasz, a na inne pory znikają. To zależy od tego jaką porę lubi właściciel i ekspedienci.

– Czym mogę wam w takim razie służyć? – królowa wygodnie usadowiła się z powrotem za ladą i zamieniła w słuch.
– Czy możesz mi, ciociu, znaleźć żółtą kredkę, ale delikatną, taką nie za jaskrawą i raczej ciepłą, całą z prawdziwego drewna? – zapytał Kasztan, stojący najbliżej lady.
– Poproszę jedną miękką ołówkową ochrę! – zawołała Awelia w stronę zaplecza.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Regały, stojące pod wszystkimi ścianami, sięgały od podłogi do sufitu i wypełnione były kredkami i ołówkami. Na dolnych półkach, nad samą podłogą, leżały stosy pięknie poukładanych pisaków, długopisów i gumek do mazania. Najwyraźniej sprzedawano je tutaj nie tylko w zestawach, ale przede wszystkim na sztuki, bo pojedynczych kredek w setkach kolorów widać było całe regały. Przez wąskie przejście między nimi wyszedł z magazynu chłopiec w okularach w grubych kanciastych oprawkach z szafirowego plastiku. Do eleganckiego ubrania miał przyczepioną wizytówkę z napisem „młodszy subiekt Mikołaj“. Delikatnie położył kredkę na ladzie i uściskał wszystkich naraz z szerokim uśmiechem, podobnym do uśmiechu królowej Awelii. Za Kasztanem ustawiła się długa kolejka i wszyscy załatwiali swoje sprawy z równym powodzeniem, co on. Awelia wprawnie układała przybory w mniejsze i większe stosy. Kiedy zostali obsłużeni, królowa zawołała w stronę przerwy w regałach:
– Poproszę jeszcze po superdługim pudełku Bimbano dla każdego!
– Te są najlepsze, sami zobaczycie. Czysta klasyka – powiedziała do grupy tłoczącej się w takiej odległości od lady, żeby coś widzieć, po czym z wprawą zabrała się za pakowanie. Często sięgała pod ladę. Stosy i kupki w błyskawicznym tempie zamieniały się w prześlicznie wyglądające paczki. Każda była innej wielkości i w innym papierze. Spod dużych kokard wystawały eleganckie bilety z imionami. Julka przyglądała się temu oniemiała.
– Ona tak zawsze pakuje prezenty – szepnęła jej na ucho Milka.
– Jak to prezenty?
– Tak, to prezenty. A na dodatek NA PEWNO do paczek włożyła niespodzianki wybrane przez siebie specjalnie dla każdego z nas. Każdą inną. Ona wszystkim rozdaje to, co ma najlepszego.
Do pracującej w skupieniu Awelii podszedł bury kot z ogonem w różnokolorowe paski i zaczął się jej ocierać o buty na zupełnie płaskim obcasie.
– Możesz najwyżej dostać po uszach, kocie – powiedziała do niego, bo wiedziała, że zna się na żartach i jest pewien, że jak tylko skończy, poda mu miskę mleka, o którą mu chodziło.
– Czy ta książka jest do kupienia? – zapytała Bajka.
Otwarła leżącą na ladzie wielką księgę. Z okładki przeczytała: wszyscy królowie i królowe po kolei. Na każdej stronie stała inna królowa albo król. Wyglądali jak żywi.  Ilustracje były obezwładniająco piękne.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Nie, to nie jest na sprzedaż. To jest książka, którą młodszy subiekt Mikołaj dostał w dzieciństwie za karę.
– Jak to?
– Był niegrzeczny w świetlicy szkolnej i pani kazała mu usiąść w kącie i rysować. Potem wysłała jego rysunek na konkurs i subiekt Mikołaj dostał pierwszą nagrodę.
– A co ty tu właściwie robisz, ciociu, całymi dniami, kiedy nie ma kupujących? – zapytała Julka.
Królowa usiadła na chwilę, żeby sobie odsapnąć. Paczki piętrzyły się na ladzie, a koniki zerkały na nie ukradkiem, przestępując z kopyta na kopyto. Udawały, że się nie niecierpliwią.
– Moja specjalność to chitektura, specjalna tektura, z której można budować nawet domy. Budowanie prawdziwych domów z tektury jest zresztą ostatnio coraz bardziej popularne, przyszło do nas z dalekich krajów. Ale ja nie buduję domów. Robię tylko makiety zamków z ogrodami, bo to mnie najbardziej interesuje. Trzymam je tutaj pod ladą.
– Makiety?
– Mapy przestrzenne, widać na nich wszystko tak jak naprawdę, tylko w pomniejszeniu.
– Czy to znaczy, że znasz się trochę na mapach? – konik w kolorze skorupki od jajka wysunął się przed innych. Awelia wychylała się zza lady, żeby ich wszystkich widzieć.
– Mapy to moja inna specjalność, a dlaczego pytasz?
– Bo my – konik popatrzył na innych i mówił dalej – dokumentujemy tajemne przejścia w zamku. Żeby pomóc Wielkiemu Naprawczemu. Robimy to w tajemnicy, bo to ma być niespodzianka. No i właśnie nie wiemy, jak to dobrze nanosić na nasze plany, bo przejścia często przechodzą z piętra na piętro.
Awelia, która cały czas słuchała z wielką uwagą, najwyraźniej wzbudzała w nich zaufanie.
– A poza tym – wtrącił Jasnobrązowy – jest coś jeszcze gorszego.
Awelia czekała na dalszy ciąg spokojnie i ze zrozumieniem.
Chodzi o to – ciągnął Jasnobrązowy – że ostatnio doszliśmy tajemnym przejściem do takiego miejsca na najniższym piętrze, w którym jest w podłodze dziura. To by nie było nic dziwnego, bo w zamku jest dużo dziur, ale chodzi o to, że kiedy wkładamy tam głowę, żeby coś zobaczyć, nie widać nic.
– Jak to nic? – zapytała Awelia.
– No nic. Tam jest jakoś tak jasnobeżowo-szaro i wydaje się, że patrzymy na wielką otwartą przestrzeń, a to przecież niemożliwe. W dodatku, kiedy robimy hu huuu słyszymy tylko jakieś niesamowite dźwięki.
– Czy możesz mi pokazać to miejsce na planie? – zapytała Awelia, po czym dodała uspokajająco: – dźwięki, to na pewno tylko echo.
– Konik w kolorze skorupki od jajka wyjął poskładane kartki z bloku z torby przy siodle.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Na widok mapy Awelia bardzo się ożywiła. Obejrzała miejsce dokładnie, po czym, pochylona do ziemi, zaczęła czegoś szukać pod ladą, która biegła naokoło całego sklepu. Koniki wyobraziły sobie, ile może się pod nią zmieścić makiet. Awelia wyjęła jedną z nich:
– Opracowywałam kiedyś te okolice. Jeżeli przeszłoby się tędy… – powiedziała wkładając palec pod kamienne schody zrobione z tektury… Myślę, że będę mogła wam pomóc to wyjaśnić. Muszę tylko znaleźć inną część tej makiety.

Szary, któremu nie udało się dopchać nawet w pobliże makiety i nie widział nic z tego, co działo się na ladzie, rozglądał się po kolorowych półkach. W jednym z rogów sklepu wypatrzył pisaki z czapkami krasnoludków zamiast zakrętek. Podszedł bliżej. Wzrok miał dobry, więc nie miał wątpliwości, że czapki były prawdziwe. Z czerwonego materiału  i obszyte futerkiem.
– O, nie nie, te są beznadziejne. Nie piszą. Przedatowane i całkiem wyschnięte – Szary aż podskoczył na słowa młodszego subiekta Mikołaja, który stanął za nim zupełnie niespodziewanie.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Niechętnie oderwał wzrok od półki, bo miniaturowe czapki  bardzo mu się podobały. W tym samym momencie zorientował się, że wszyscy zbierają się do wyjścia razem z Wielkim Naprawczym, który po nich przyszedł. Szary pobiegł odebrać swoją paczkę. Zawiniętą w bordowy atłas z dużą kokardą. Kiedy szedł do drzwi jako ostatni, zauważył, że młoda pogodna kobieta z wizytówką „Zuza – starsza przełożona młodszego subiekta“, wsunęła mu do pustego bukłaka na wodę jeden pisak z czapką krasnoludka. Zuza, która przyszła właśnie do pracy, zdążyła jeszcze serdecznie wszystkich uścisnąć.
– Idźcie z Bogiem! – powiedziała Awelia stojąc w drzwiach i uśmiechnęła się do nich na pożegnanie. W tym momencie wydała im się znacznie młodsza. Koniki były zachwycone jej rzęsami, które w świetle zachodzącego słońca stały się zupełnie szafirowe. Tak ją zapamiętali.

 

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Zamek z prawdziwego zdarzenia (3) Wizyta w kuchni zamkowej

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z Kolorowymi Oknami

Rozdział 3

Wizyta w kuchni zamkowej

Kiedy znaleźli się na samym dole niebezpiecznych schodów, Milka wymacała w ciemności klamkę. Wąskie metalowe drzwi otwarły się ze skrzypieniem i wyprowadziły ich na  trawę przed zamkiem. Stali po jego północnej stronie. Ogród przypominający las dochodził prawie do samego muru, całkiem omszałego na dole. Widać było, że słońce nigdy się tu nie przebija. Wyżej mur był przysłonięty bluszczem. Szli po ścieżce z dużych, płaskich kamieni obrośniętych naokoło krótką trawą, kierując się w stronę zapachu przepysznego jedzenia.
– Zbliżamy się do Krainy Babu! – zapowiedziała Milka przeskakując z kamienia na kamień.
– Krainy Babu? – Julka popatrzyła pytająco na idąca koło niej Bajkę.
– Tak, można to tak określić, zobaczysz. Wkraczamy w Krainę Babu. Wielki Naprawczy pojawia się w niej, kiedy jest głodny albo kiedy mają z Babu jakieś sprawy do omówienia, ale w zasadzie ma własną krainę. Można powiedzieć, że oboje mają swoje krainy, które bardzo lubią i które na siebie zachodzą. Koniki podsłuchiwały idąc za nimi po kamieniach bez tupania, bo też chciały być zorientowane w sytuacji.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Co tak pachnie? – Julka zrobiła się głodna, chociaż niedawno zjadła śniadanie.
– Nas też już skręca – mruknął  konik w kolorze piasku.
– Nie wiem co pachnie w tej chwili, ale jedzenie z tej kuchni smakuje po prostu niesamowicie. Zauważyłyśmy to z Milką już dawno. Nie mamy pojęcia jak Ona to robi.
Julka słuchała uważnie i równocześnie starała się, przeskakując z kamienia na kamień, nie nadepnąć na łapę dużego, łagodnego psa, który z energią skakał zaraz za Milką i wchodził Julce pod nogi.

Kiedy weszli do kuchni przez znane już Julce, zaokrąglone u góry, tylne drzwi, cudowne zapachy spotęgowały się nie do wytrzymania. Julka dopiero teraz mogła się tu rozejrzeć, bo poprzedniego dnia była za bardzo zmęczona. W zaparowanej hali panował ruch jak w dużym mieście. Wydawało się, że przy różnych zajęciach uwija się kilkaset osób. Piekarze, sosjerzy, waflarze, rzeźnicy, stolnicy, krojczy, mleczarki i niezliczeni pomocnicy mieli na szczęście na ubraniach ozdobne wizytówki z nazwą swojego zajęcia, bo bez tego Julka w życiu nie zorientowałaby się kto jest kim. Tym bardziej, że niektóre nazwy w ogóle nic jej nie mówiły.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Skąd oni wiedzą co mają robić?- zapytała Milkę przekrzykując hałas.
– Babu tym wszystkim zarządza.
– Naprawdę? – Julka o mało nie usiadła z wrażenia.
– Tak, to nie jest dla niej żaden problem, Babu jest tutaj w swoim żywiole.
Dziewczynki starały się ją wypatrzeć, ale olbrzymie, błyszczące, rude kotły zawieszone nad ogniem zasłaniały im widok. Minęły rzędy ludzi lepiących pierogi. W końcu zauważyły, że Babu pomaga komuś odsunąć garnek znad ognia naciskając ramię wielkiego drewnianego żurawia, jaki stał przy każdym palenisku. Pobiegły w jej stronę.

– Jesteście nareszcie! Czekam na was od szóstej rano – zawołała na ich widok. – Moje kochane!
Ucałowała je serdecznie i poprowadziła w spokojniejsze miejsce pod oknem, gdzie dało się rozmawiać. Julka patrzyła na drewniane łyżki we wszystkich możliwych rozmiarach wiszące na ścianie nad wiankami czosnku i pęczkami suszonych ziół. Łyżki były posegregowane od najmniejszej do największej bez żadnych pomyłek.
Na sygnał Szarego, koniki na wszelki wypadek wskoczyły do glinianego garnka, udając oczywiście ozdobne łyżeczki z główkami koni. Zaraz sią jednak rozluźniły i zeszły ze stołu. Wyczuły, że Babu nie trzeba będzie niczego tłumaczyć. Wiedziała wszystko bez zbędnych słów – zresztą ktoś ich przecież położył spać kiedy zasnęli w kuchni poprzedniego dnia… i mieli wrażenie, że to była ona.
Zanim jeszcze Babu skończyła się z nimi witać, podeszła do niej kobieta trzymająca częściowo rozkręcony rulon papieru. Babu szybko go przestudiowała:
– Można wszystko dodać. Oprócz pieprzu.
– Tak myślałam, ale wolałam się upewnić – kobieta oddaliła się szybko, jedną ręką trzymając rulon, a drugą unosząc długą spódnicę, żeby nie wlokła jej się po ziemi.
– Czy w zupie grzybowej będą pluski? – zapytał Wygrys wychylając się Julce z kieszeni. Mimo wysiłków nie wszystko jeszcze prawidłowo wymawiał.
– Oczywiście – odpowiedziała Babu wiedząc, co miał na myśli.
W tym momencie podbiegła inna młoda kobieta, cała zapłakana.
– Czy możemy już przestać? – zapytała.
– No pewnie! – odpowiedziała Babu podając jej chustkę do nosa.
– Co jej się stało? – zapytała Milka kiedy kobieta odbiegła w swoją stronę.
Julka chciała spytać o to samo, ale nie mogła, bo samą zaczęły ją dusić łzy. Działo jej się tak zawsze kiedy ktoś inny płakał.
– To od tarcia chrzanu. Powinni byli wcześniej zapytać – odpowiedziała Babu z troską w głosie.
Julka odwróciła się, żeby ukryć płacz. Przy kartach z jadłospisami, które leżały przyciśnięte dzbankiem z grubej porcelany, zauważyła częściowo rozwiązane krzyżówki:
– Muszkatołowiec  korzenny – przeliterowała nazwę wpisaną długopisem skośnie przez całą kartkę.
Na rogu innej pomiętej kartki wystającej spod dzbanka Julka przeczytała: Szczuka jedna nierozdzielna.
– Babu, co to jest szczuka?
– Będą dzisiaj. Szczupaki z rusztu. O tam, widzisz? Pieką się na rożnie zawinięte w płótno nasączone octem winnym.
– Jak to zawinięte w płótno?…
– Wszystko gotujemy dokładnie według przepisów znalezionych pod tamtymi schodami – Babu wskazała na schody, których wcześniej nawet nie zauważyli.
– Uważajcie, na kapłony! – zawołała Babu odwracając się nagle przez ramię. – Za bardzo pachną!
– Na co mają uważać? – tym razem zainteresowała się Bajka.
– To są takie specjalne kurczaki, ugotowaliśmy je w wodzie z pietruszką i solą. Zostaną podane z goździkami, na sucharze z cukru i cynamonu, polane migdałami ugotowanymi w winie muszkatołowym. Przed podaniem podpiekamy je na złoto, bo wszyscy wolą pieczone.
– Acha – powiedziała Bajka, która nie lubiła goździków, ale za to lubiła cukier, a poza tym miała do Babu całkowite zaufanie.
– Bardzo proszę nie sypać pieprzu – krzyknęła Babu do mężczyzny z wiaderkiem, odwracając się przez drugie ramię. Po czym powiedziała do kobiety niosącej biały dzbanek:
– Wszystko czyścimy mieszaniną sody i octu. Bardzo proszę nie używać tego sztucznego śmierdzącego świństwa!
– Jak ty to wszystko robisz Babu, na czas, no i w ogóle? – spytała Julka.
– Do każdej gotowanej potrawy trzeba dodać trochę radości z głębi serca, a potem czekać na rezultat z ufnością. Poza tym mamy ciekawe przepisy – odpowiedziała Babu wrzucając do bardzo małego rondelka coś, co starła na tarce. – I nie bać się niczego!
– Wspaniała! Tym razem dobraliście kolor idealnie – Babu pochwaliła babę polukrowaną na ostry pomarańczowy kolor, którą dwóch rosłych mężczyzn przyniosło jej do zatwierdzenia, zanim została posypana kolorowymi kuleczkami.
– Ale ty jesteś zajęta! – Milka pokręciła głową z uznaniem.
– Jestem, ale dla was zawsze mam czas, pamiętajcie. Co byście chciały?

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Wygrys wystający z kieszeni Julki  patrzył na moździerz z tłuczkiem, którym miał wielką ochotę się pobawić. Wiedział, że nawet gdyby się strasznie tłukł, nie byłby to tutaj problem.
– W takim razie ja poproszę budyń malinowy bez soku malinowego – najszybciej zdecydowała się Bajka.
– A ja sok malinowy, a w nim troszeczkę budyniu, wszystko jedno jakiego. Ale nie malinowego – Milka zastanawiała się troszeczkę dłużej.
– To dla mnie też może być coś malinowego. Tylko nie budyń. Ale koniecznie malinowe. I oczywiście bez grudek. Najlepiej lody – powiedziała Julka.
Po minie Babu od razu zorientowały się, że trochę przesadziły.
– To czy mogłabyś nam po prostu zrobić dwa budynie i jedne lody, ale szybko, bo jesteśmy strasznie zajęte? – poddała nowy pomysł Bajka.
– A czy macie czas,  żeby mi pomóc?
– Oczywiście – Milka w mgnieniu oka podjęła decyzję za wszystkich widząc, że to przyspieszy sprawę.
– To może po prostu upieczmy razem wasz dzisiejszy deser. Będziecie wtedy miały zrobiony dokładnie tak jak lubicie.
– Czy ja mogę oddzielać białka od żółtek? – zapytała Julka, bo czuła się już w tym dosyć pewnie.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Tak, ale najpierw musimy przynieść składniki – Bajka szybko wzięła zamówienie od Babu i pierwsza pobiegła w stronę bocznych drzwi, którymi przyszli. Po drodze miała zamiar wstąpić do stajni.
– Robimy to prawie co dzień przed porą deserową – zawołała do Julki, która starała się skakać po kamieniach tak szybko jak ona. Pies Milki  został spokojnie w kuchni, bo wiedział, że Milka zaraz tam wróci, a bardzo lubił to miejsce.
Kręta ścieżka prowadziła do młyna wodnego, schowanego za drzewami, niedaleko za fosą otaczającą zamek. Dziewczynki przyniosły z niego worek mąki, który trzymały razem: Bajka z przodu, a Milka i Julka za dwa rogi. Koło młyna płynął strumień, który wcześniej wydawał się Julce po prostu częścią fosy zamkowej. Dopiero teraz zobaczyła, że strumień był za daleko od fosy, żeby móc napełnić ją wodą. Koniki zebrały do koszyka dwadzieścia pięć jaj, bo tyle było w przepisie. Kury biegały wszędzie gdzie chciały, więc szukanie jaj było czasami pewnym wyzwaniem, ale tym razem poszło im szybko.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Babu czekała z przepisem w ręce. Mąkę przesiały przez szare płótno. Żeby ciasto było puszyste, jak powiedziała Babu. Julka wbiła żółtka oddzielając je od białek. Wtedy Babu dosypała czegoś startego na tarce. Koniki wymieszały to wszystko z masłem i cukrem, które wcześniej razem utarły, dobrze umytymi kopytami. Potem każdy wlewał składniki z małych buteleczek, które kolejno podawała im Babu. Koniki robiły też masę do przełożenia, a każda dziewczynka dostała na wierzchu ciasta terytorium do zagospodarowania tak, jak lubi. Bajka zrobiła obszar śliwek z cynamonem, Milka obszar śliwek bez cynamonu, a Julka posypała swoje terytorium cynamonem i pilnowała, żeby nie dostała się na nie żadna śliwka.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Muszę zdjąć rajtki, bo mi się nogi uduszą – powiedziała Milka kiedy Babu włożyła ciasto do pieca, z którego buchnęło gorąco. Niedaleko stały rozgrzane gofrownice. W wielkim błyszczącym czajniku, wstawionym na trójnogu w gorące węgle, gotowała się woda.
– A po co  je w ogóle wkładałaś? – zapytała Bajka.
– Ubrałam rano do sukni balowej, ale przecież teraz przepięłam ją już na spodnie.
Pies Milki leżał w miarę spokojnie koło jej nóg, ale obserwował Julkę oblizującą masę z łyżki tak dużej, że z trudem mogła ją unieść. Wszyscy usiedli niedaleko pieca na podłodze, gdzie jej kamienne płyty były przyjemnie rozgrzane. Przez okrągłe okno bez szyby wpadał tutaj zapach rosnących pod samym murem ziół.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Od tych zapachów robię się już głodna nie tylko na deser – powiedziała Milka. – Czuję sos z prawdziwków.
– I kanie panierowane – dodała Bajka.
Julka nie znała tak dobrze nazw lokalnych potraw, ale też czuła, że w powietrzu mieszają się zapachy rzeczy, na które ma wielką ochotę. Babu zrobiła im przepyszną herbatę z suszonych wiśni i pomarańczy. Po czym, ze stojącej niedaleko kadzi, nalała każdemu po bardzo małej miseczce smakowicie pachnącej zupy. Po wierzchu pływały złote kuleczki wyglądające na wybitnie chrupiące.
– Rosół z węgorza.  Pozwoli wam bez trudu doczekać do obiadu – powiedziała dając im pęczek metalowych łyżek.
Milka spróbowała pierwsza i o mało nie zemdlała z wrażenia:
– Babu, nauczysz mnie tak cudownie gotować?
– Nauczę cię. Zresztą możesz też spróbować sama.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Babu odwróciła się i zaczęła dowieszać na ścianie patelnie, których cały stos ktoś w pośpiechu porzucił na ławie. Na samym dole, zaraz nad podłogą wisiały pękate garnki ułożone według wielkości. Zajmowały całą długą ścianę. Nad nimi pobłyskiwały rudawo lśniące patelnie, też od najmniejszej do największej. Można się było w nich przeglądać jak w lustrach. Jeszcze wyżej wisiały metalowe chochle, łyżki i noże. Od największych do najmniejszych.
– Tak, tak, łodygi bobianowe też proszę powrzucać, są bardzo zdrowe, niczego nie marnujemy! – powiedziała głośno usłyszawszy czyjąś rozmowę za oknem.
– Te zdrewniałe też? – zapytał męski głos.
– Osądźcie sami – Babu zostawiała wolną rękę ludziom pracującym w kuchni, bo wysoko oceniała ich fachowość.
– Do czego ci ta wanna, Babu? – zapytała Julka wskazując podłużne mosiężne naczynie stojące pod oknem.
– To jest garnek do przyrządzania całego wołu – wyjaśniła Babu.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Dookoła siebie słyszeli gwar i czuli miłe kuchenne ciepło. Julka i koniki, które nie przestawiły się jeszcze na inną strefę czasową, zrobiły się nagle śpiące. Wydawało im się, że oddałyby wszystko żeby położyć się na jakiejś derce pod drzewem, najlepiej ukrytej gdzieś na uboczu za krzakami. Babu odczytała to w ich myślach i zaprowadziła wszystkich na taką właśnie zacisznie rozłożoną wielką derkę. Zasypiając usłyszeli w oddali krzyk Bajki:
– Idę posiedzieć w stajni!
– Dobra! – odpowiedziała jej Milka, która śpiewając Morze, nasze morze szła oglądać albumy ze zdjęciami rodzinnymi, które dla relaksu analizowała w najdrobniejszych szczegółach. Przypominała sobie wtedy historie, które znała z opowiadań Babu. Morze, nasze morze też zresztą znała od niej. Piękny, duży, mądry i łagodny, ale energiczny pies szedł spokojnie z tyłu. Zawsze oglądał z nią albumy.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Zamek z prawdziwego zdarzenia (2) Nieznane kuzynki

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z Kolorowymi Oknami
Rozdział 2

Nieznane kuzynki

Julkę obudził jakiś natrętny dźwięk. Myślała, że to zardzewiała furtka w jej śnie. Usiadła w półmroku i zobaczyła koło siebie okno, z którego padała smuga ostrego światła. Z trudem wypchnęła na zewnątrz ciężkie okiennice. Od ich skrzypienia obudziły się też koniki, leżące na jednym miękkim posłaniu pod ścianą w podłużnej komnacie.
– Co to za zgrzyty? – spytała Julka.
– To ranny ptaszek – powiedział ziewając konik w kolorze skorupki od jajka, który znał się trochę na innych zwierzętach. – Znam ten typ. Będzie to robił, dopóki się wszyscy nie obudzą. Wtedy spokojnie pójdzie spać – dodał przykrywając łeb poduszką.
Inne koniki wskoczyły na metrowej szerokości parapet z nieregularnych jasnych kamieni i razem z Julką wyglądały na zewnątrz. W oknie nie było wcale szyby. Nie było nawet drewnianej ramy. Tak jak wszystkie inne okna w zamku, było ono po prostu dziurą wykutą w grubym murze. Po ramach ani szybach nie został już nawet ślad. Zastanawiali się, jak zachowały się grube okiennice, które wspólnymi siłami udało im się całkiem odepchnąć na boki. Owiewało ich cudownie świeże powietrze. Wysoka ściana z jasnych głazów schodziła ostro w dół, aż do mięciutkiej zielonej trawy porastającej całe wzgórze spływające w kierunku lasu. Odeszli od okna i zaczęli szukać łazienki.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Idę z wami! – wrzasnął konik w kolorze skorupki od jajka, który spał z poduszką na głowie. – Nie zostawicie mnie chyba samego!
Przez chwilę błądzili długimi korytarzami biegnącymi w różne strony. Trzymali się blisko siebie. W końcu stanęli przed wyjątkowo niebezpiecznie wyglądającymi schodami w dół. Kręcone schody nie miały żadnych barier ani poręczy. Wyglądało na to, że prowadzą do samych piwnic. Wtedy usłyszeli niesamowite piski dochodzące z komnaty na końcu korytarza.
– Ale w tym zamku jest wesoło… – pomyślała Julka.
Chcieli zbadać sprawę pisków, ale znalezienie łazienki było jeszcze pilniejsze. Chodzili i chodzili, Julka jeszcze nigdy nie była w domu z tyloma zakrętami i zakamarkami. Niektóre korytarze prowadziły dokąś, a niektóre do czegoś, czego już nie było. Na przykład do dziury w murze, za którą kiedyś pewnie zaczynały się schody albo taras. Teraz była to po prostu dziura, przez którą można było patrzeć na zewnątrz.
Łazienka, którą znaleźli tracąc już nadzieję, okazała się niezwykle przestronna. Zajmowała najwyższe piętro okrągłej wieżyczki na uboczu. Duże kamienie, z których zbudowane były ściany i podłoga, pobłyskiwały w niej jasnobeżowo. Pierwszy wszedł Ciemnobrązowy.
– Ale świetny powróz – powiedział i w tym momencie odkrył, że kiedy pociągnęło się za gruby sznur zwisający z sufitu na środku łazienki, można było wziąć ciepły prysznic z wody deszczowej podgrzewanej przez słońce w cebrzyku wystawionym na dach.
Dzięki temu, że w oknach nie było szyb, nikomu nie robiło się tu duszno. Myjąc się można było patrzeć na zieloną trawę pokrywającą wzgórze zamkowe i na lasy ciągnące się między polami jak okiem sięgnął. Widać je było przez pięć różnych okien umieszczonych dookoła. Koło umywalki leżało cytrusowo pachnące ogromne, kanciaste mydło z drapiącymi płatkami owsianymi i zatopioną połówką cytryny. Na kamiennej półce, pod wyblakłym freskiem na resztce starego tynku, stał szampon spuszający włosy. Julka ani koniki nie użyły go, bo potrzebowały raczej szamponu albo balsamu do włosów zabijającego puch.
Gorącej wody z cebrzyka wystarczyło dla wszystkich. Kiedy zaczęli biegać dookoła komnaty dla szybszego wyschnięcia, w podmuchy rześkiego porannego powietrza wmieszał się zapach pieczonego chleba. Dopiero teraz wszyscy poczuli jak bardzo są głodni. Postanowili znaleźć wyjście na zewnątrz, bo stamtąd dobiegały zapachy.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Zbliżyli się do szerokich schodów, kiedy drzwi jednej z komnat otwarły się nagle i wybiegły z niej dwie dziewczynki, piszcząc i szczypiąc się lekko dla zabawy. Idąc za nimi, koniki zobaczyły przez uchylone drzwi zestawione ze sobą dwa łoża z baldachimami. Biegnąca dziewczynka z długimi jasnymi lokami była ubrana w strój do jazdy konnej. Miała na sobie bryczesy w kolorze piasku, ciemny obcisły żakiet w malutką, ledwo widoczną kratkę i wysokie buty z ciemnobrązowej skóry. W ręce trzymała czapkę z daszkiem. Lepiej widzieli biegnącą za nią drugą dziewczynkę, z włosami w długich ciemnobrązowych falach, przy której nodze biegł, tak spokojnie jak tylko mógł, piękny, duży pies. Wyglądał na mądrego i łagodnego, a przy tym miał mnóstwo energii. Dziewczynka ubrana była w suknię balową z nowoczesnego szeleszczącego materiału, tak cienkiego i wytrzymałego, że można by z niego szyć namioty. Suknia miała sportowy styl, co wcale nie odbierało jej elegancji. Rozłożystą szarą spódnicę w różnych kierunkach przecinały żółte zamki błyskawiczne. Suknię można było w sekundę tak zapiąć zamkami, że zamieniała się w spodnie. Dziewczynka miała zamiar skorzystać z tej możliwości zaraz po śniadaniu. Suknię można też było w razie potrzeby zapiąć zamkami tak, że zamieniała się w namiot trzyosobowy.

Julka, ubrana w zwykły bawełniany podkoszulek w różowe i pomarańczowe szerokie poprzeczne paski i dżinsy obcięte nad kolanami, z podziwem obserwowała migające przed nią wykwintne stroje. Dziewczynki najwyraźniej poczuły na plecach jej wzrok, bo zatrzymały się nagle i odwróciły. Patrzyły teraz na stojącą zaraz za nimi grupę.
– Mieszkacie tu? – zapytała Julka.
– Przyjechałyśmy na wakacje. Dobrze, że wy też już jesteście, nareszcie! Czekamy od wczoraj, bo Babu nam wszystko powiedziała. – Odpowiedziała Bajka, równocześnie ściągając jasne loki w koński ogon.
– Babu?
– No tak. Mówiła, że już się z nią wczoraj widziałaś.
Julce jak przez mgłę przypomniało się spotkanie z babcią, które uważała za sen.
– Ale to była moja Babu… – odpowiedziała niepewnie.
– Nasza też. Wygląda na to, że będziemy się nią musiały dzielić! – dziewczynka z lokami uśmiechnęła się tajemniczo i dodała:
– Ja jestem Bajka, a to moja siostra, Milka. Julce przypomniało się, że kiedyś już o nich słyszała.
– A ty jesteś Julka. Chcesz pogłaskać mojego psa? Jest bardzo łagodny – Milka podprowadziła go bliżej.
Julka nieśmiało, ale z uczuciem pogłaskała psa słysząc, że koniki szepczą między sobą. Wyłapała tylko słowo „kuzynki“. Nagle wszyscy podskoczyli. Od strony zachodniego skrzydła zamku dobiegły ich głośne i przerażające dźwięki.
– No, to już nie może być ranny ptaszek – powiedział pobladły konik koloru herbaty z mlekiem.
– Nie. To Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca testuje maszynę miażdżąco-zgniatającą do opakowań plastikowych i metalowych – wyjaśniła Bajka jednym tchem. – Chodźcie, pokażemy wam.
Wszyscy błyskawicznie zbiegli szerokimi schodami na sam dół. Wychodząc z zamku głównym wejściem zaplątali się w ciężkie  mechate zielonkawe kotary zawieszone nad wrotami od środka. Nowi mieszkańcy przynieśli je ze sobą jako pamiątkę po mieszkaniu, które musieli opuścić.

Bajka miała całkowitą rację. Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca testował jeden z wynalazków. Wszyscy w całym zamku podskakiwali w takich momentach z przerażenia, bo nie przyzwyczaili się jeszcze do dźwięku nowej machiny. Na widok dziewczynek, Wielki Naprawczy natychmiast rzucił testowanie i serdecznie się z nimi przywitał, szczególnie z Julką. Nie próbował nawet ukryć wzruszenia.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Chodźcie, chleby już chyba wystygły – powiedział zachęcająco. Okazało się, że jednym z jego obowiązków było wynoszenie do ogrodu zamkowego świeżo upieczonych chlebów. Układał je  na stołach i ławach i obracał od czasu do czasu, żeby wystygły ze wszystkich stron. W międzyczasie pracował nad specjalną metalową kratownicą, na której chleby stygłyby bez odwracania, ale na jej spawanie miał czas tylko w wolnych chwilach, więc nie była jeszcze gotowa.

Ponieważ zamek od niepamiętnych czasów stał zostawiony samemu sobie, ogrody zdziczały i granica między nimi, a dziedzińcem prawie całkiem się zatarła. Ogród wrastał w dziedziniec w niektórych miejscach bardziej, w innych mniej i nie przeszkadzała mu w tym nawet fosa, która zarastała gdzieniegdzie krzewami, jako że nie wypełniała jej woda. Dzięki temu przed zamkiem było dużo miejsc przyjemnie zacienionych przez drzewa i krzewy, między którymi rosła krótka trawa, miękka jak mech.  Pod drzewami poustawiano teraz długie stoły, pod różnym kątem i  w takiej odległości od siebie, że można było zawsze znaleźć spokojne kąciki.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Z tego, co powiedział Wielki Naprawczy, Julka i koniki zorientowały się, że do śniadania siada się tutaj niezobowiązująco i bez nerwowej atmosfery:
– Usiądźcie sobie tam, gdzie wam się podoba. Każdy przychodzi kiedy chce i znajduje miejsce, które mu tego dnia najbardziej odpowiada. Nawiasem mówiąc, można w ogóle nie jeść, jeżeli się nie chce.
Julka była zachwycona, szczególnie tym ostatnim. Na stołach stały misy, miski i półmiski pełne dodatków do świeżo upieczonego pieczywa. Koniki jadły kromki chleba z otrębami owsianymi z masłem i pogryzały je marchewkami świeżo wyciągniętymi z grządek, chrupiącymi i tak soczystymi, że sok lał im się po pyskach. Pyszności chlebów, buł, bułek i bułeczek w ogóle nie dałoby się opisać. Podobnie jak ich zapachu. Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca w jednej osobie, sprawdzał czy bułki wystarczająco chrupią. Nie lubił gumowatych, które potrafiły zepsuć mu cały dzień. Na szczęście w zamku nigdy się takie nie zdarzały, więc sprawdzał tylko na wszelki wypadek.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

Po dziedzińcu przewijało się sporo osób. Niektóre dawno skończyły śniadanie, inne dopiero zaczynały. Panowała dobra, rodzinna atmosfera, w której nikt nie czuł się skrępowany i każdy robił to, co uważał za stosowne. Każdy miał tutaj przestrzeń dla siebie. Niektóre osoby przychodziły sobie tylko posiedzieć i akurat tego dnia wcale nic nie jadły. Dziewczynki zajęły miejsca koło koników i Wielkiego Naprawczego, więc widziały jak robił sobie cały zestaw kanapek, które ułożył na deseczce w okrąg. Całe śniadanie miał z góry zaplanowane. Nigdy nie zaczynał jeść dopóki nie skończył przygotowywania. Pracując rzucał coś od czasu do czasu bażantom spacerującym koło stołów.
– Ostatnia będzie z konfiturą z pigwy – powiedziała nie spuszczając z niego wzroku Bajka.
– Nie, z miodem od pszczół wolnolatających – Milka też chciała pokazać, że zna zwyczaje Wielkiego Naprawczego. – W każdym razie ostatnia musi być na słodko – wyjaśniła Julce.
Wielki Naprawczy w skupieniu posmarował ostatnią bułkę konfiturą z pigwy, a potem na wierzchu rozprowadził jeszcze grubą warstwę miodu. Jedzenie zaczął od kromki z pomidorem.
– Uwaga, skóra! – ostrzegła go Milka, bo wiedziała, że skóry z pomidorów siadają mu na żołądku.
Julka zaczęła jeść pomidora i oniemiała. Pomidor miał prawdziwy smak. Gryzła dalej i nie mogła uwierzyć własnym zębom. Nie miała pojęcia, że pomidory mogą tak smakować. To samo stało się po chwili z jajkami na twardo pokrojonymi w plasterki.  Koniki obserwowały ją w milczeniu, w końcu Szary szepnął:
– Widzisz, zawsze ci mówiliśmy, że jedzenie może naprawdę mieć smak! Tak strasznie chcieliśmy, żebyś spróbowała jakiejś potrawy w Krainie…
Tak, świeży chleb z robionym na podzamczu masłem, pomidorami z zamkowego ogrodu warzywnego i z jajkami od kur, które wbiegały aż do lasu, wydawał się Julce lepszy, niż wszystko co jadła dotąd w życiu. Przypomniał jej bułeczki pieczone przez Alfreda.

– Słuchajcie, to jest sensacja… W życiu czegoś takiego nie jadłam. Skąd wy bierzecie TAKIE rzeczy? – zapytała między kęsami, bo nie była w stanie przestać jeść ani na chwilę. W tym momencie spróbowała białego sera, którego smak do reszty powalił ją z nóg.
– Ono tu rośnie, przy zamku – wskazała Bajka, nie rozumiejąc zdziwienia Julki.
Julka była przyzwyczajona do jedzenia z gigantycznych farm. Warzywa i owoce z nich wyglądały tak samo jak te, które jadła w tej chwili, ale nie miały żadnego smaku. Podobno zrywano je kiedy były jeszcze zielone, a dojrzewały bez słońca, jadąc w wielkich ciężarówkach. Jadała też rzeczy z dużych fabryk, które z kolei miały jakiś smak, ale było w nich tyle konserwujących środków chemicznych, że na dłuższą metę działały jak trucizna. Teraz jadła cicho w całkowitym szoku. Myślała jak wyrazić swój zachwyt, ale trudno jej było znaleźć słowa. W tej samej chwili Milka zapytała ją:
– Masz jakieś podkoszulki z gryzącymi metkami? Bo jakby coś, to Wielki Naprawczy zawsze wypruwa gryzące metki wszystkim, którzy o to poproszą. Robi to z litości, a poza tym podtrzymuje tradycję. W dawnych czasach zajmował się tym tutaj Wielki Wypruwczy.
– Dzięki, dobrze wiedzieć. Myślę, że będę coś dla niego miała – mówiąc to Julka popatrzyła bezwiednie na małe kolorowe punkciki, które wychodziły właśnie całą grupą na łąkę pod lasem. Zamek stał na wzgórzu, więc z dziedzińca widać było całą okolicę.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Czy te owce, które wczoraj widzieliśmy, są kolorowe naturalnie? – zapytała.
– To Babu farbuje je na swetry. Oczywiście naturalnymi barwnikami – powiedziała Bajka.
– One to bardzo lubią – dodała Milka. – Same wybierają sobie kolory i nawet przychodzą się dowiedzieć kiedy będzie następne farbowanie, bo na pastwisku robi im się nudno.
– A gdzie jest teraz Babu? – zapytała Julka.
– Zarządza śniadaniem, potem do niej pójdziemy. Chodźcie, pokażemy wam komnatę puzzlową! – Milka dawno skończyła jeść i czekała na innych tylko z grzeczności. Teraz mogła nareszcie wyskoczyć zza stołu, bo Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca kończył już bułkę z konfiturą z pigwy i miodem.
Piękny, duży, mądry i łagodny, ale jak zwykle pełen energii  Pies Milki błyskawicznie wysunął się spod stołu żeby nie stracić jej z oczu. Biegnąc w stronę zamku kilka kroków przed innymi, Milka zręcznie zapinała i rozpinała żółte zamki błyskawiczne zamieniając suknię balową w spodnie. Było to skomplikowane, bo trzeba było zachować odpowiednią kolejność, ale Milka miała zacięcie inżynieryjne i zamki tylko furczały pod jej palcami.

Po wejściu do zamku, Julka i koniki trzymały się blisko kuzynek, żeby się znowu nie zgubić. Kiedy weszli w trzeci długi korytarz, tym razem kręty, Szarobeżowy zaczął obskubywać zaschnięte gluty ze świec, które stały wszędzie pod ścianami.
– Lepiej nie skub, bo będziemy musieli odkurzać… – zwróciła mu uwagę Bajka. – Wiem, że to jest kuszące – dodała z uśmiechem. – Sama się z trudem powstrzymuję.
– To tu się odkurza? – Julka nie mogła sobie tego wyobrazić.
– No pewnie, że się odkurza. Jedno odkurzenie potrafi się ciągnąć miesiącami, tak że lepiej tego nie prowokować… – po minie Bajki widać było, że odkurzanie zamku to nie żarty.
Julce wydawało się, że korytarze, którymi szli, nie miały końca. Czasem mijali wejścia do komnat. W większości z nich brakowało drzwi, więc Julce udawało się zaglądać do środka.
– Dlaczego w każdej komnacie leży otwarta książka? – zapytała Milkę.
– To ja lubię czytać tą metodą – zaśmiała się Milka. W każdej komnacie czytam inną.

Wszystkie misie, którymi bawiłyśmy się w dzieciństwie – Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami

– Tutaj mamy Misiownię – Bajka uchyliła ciężkie drzwi do komnaty z dwiema żołtymi ścianami. Pozostałe ściany, sufity i podłoga były zbudowane z dużych jasnych głazów o nieregularnych kształtach, podobnie jak inne pomieszczenia. Tylko nieliczne ściany w zamku były otynkowane.
– Trzymamy tu wszystkie misie, którymi bawiłyśmy się w dzieciństwie – Milka otwierała po kolei skrzynie różnej wielkości, wszystkie pełne misiów. – Babu nam je czasem segreguje według wielkości albo kolorów. Po czymś takim niczego nie możemy znaleźć.

Komnata puzzlowa była większa od Misiowni. Wydawała się nie mieć końca. Zanim Julka i koniki zorientowały się w sytuacji, Bajka i Milka zaczęły układać na podłodze, leżące pod jedną ze ścian, duże i ciężkie płyty o puzzlowych kształtach. Robiły to w błyskawicznym tempie. W komnacie słychać było tylko głuche odgłosy kamiennych płyt wpasowujących się w czekające na nie miejsca. Podłoga zapełniała się motylami, bo to one były namalowane na płytach. Niektóre z motyli były większe od układających je dziewczynek, a wszystkie tak kolorowe i piękne, że konikom stojącym w drzwiach zaczęło się mienić w oczach. Po krótkiej chwili cała układanka była gotowa, nawet niebo nad łąką, które było trudne, bo prawie bezchmurne. Kiedy Bajka położyła ostatni kamienny kawał obrazka, w komnacie zrobiło się cieplej, zaczęło w niej pachnieć rozgrzaną łąką, a motyle uniosły się z gracją.
– Jak wyście to tak szybko zrobiły? – Julka miała wypieki z wrażenia.
– Motyle są łatwe – Bajka nie wydawała się nawet zmęczona. – Mamy w tym dużo praktyki. Znamy już ten fresk na pamięć.
– Niech sobie polatają – Milka zamknęła ciężkie drzwi delikatnie wypychając wszystkich na korytarz. Z komnaty dochodziło ciche buczenie i bzyczenie.

– Teraz możemy iść do Babu. Najlepiej będzie wyjść na zewnątrz, bo w zamku łatwo się pogubić. Pokażemy wam najbliższe wyjście boczne – dodała Milka schodząc za Bajką niebezpiecznymi wąskimi schodami bez poręczy, które wydawały się prowadzić aż do piwnic. Koniki i Julka popatrzyły po sobie i ostrożnie, ale bez wahania, ruszyły za nimi.

Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami
error: Content is protected !!