Wydaje mi się, że mamy tutaj coś przepięknego na Boże Narodzenie. Nie tylko pięknego, ale też cennego i ważnego dlatego, że dzieci, które obejrzą ten spektakl (nie mówiąc już o tych, które wzięły w nim udział) mają dużą szansę uświadomić sobie i zachować świadomość, że Święta Bożego Narodzenia to coś zupełnie innego niż zimowy festiwal zakupów. Zresztą te dzieci przypominają tutaj o Rzeczach Najważniejszych także nam, dorosłym.
Chwała na wysokości, chwała na wysokości, a pokój na ziemi!
Zamek z prawdziwego zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z kolorowymi oknami
Książka dla młodzieży myślącej w każdym wieku,
pełna Wielkich Tajemnic, ale bez grama magii
Żeby nasza Wiara i tradycja przetrwały,
muszą przetrwać w naszych dzieciach
Książka przygodowa bez brudu i złej symboliki
Niedemoralizująca powieść przygodowa
napisana
jako inspiracja do obrony prawdziwych wartości
i prawd wiecznych
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Rozdział 35
Nieczynna manufaktura
Widzicie to? – Bajka wyciągnęła rękę w stronę napisu na murze. Był duży, ale tak wyblakły, że ledwo zauważalny. Biegł przez całą kamienicę:
Wszyscy patrzyli na blade litery z ozdobnymi zakrętasami. Wyglądające jak ze starych ksiąg królewskich i bardzo od siebie oddalone. W pierwszej chwili trudno było w ogóle dostrzec, że łączą się w wyraz „farbiarnia”. Milka zajrzała wewnątrz domu, przykładając twarz do zakurzonej szyby w wysokich drzwiach, zabitych ukośnie deską. Ciemna klatka schodowa sprawiała wrażenie, jakby nikt nią nie chodził od wieków. Dzięki temu, że w wielu oknach brakowało szyb, w środku nie było tak dużo kurzu, jak można by się tego spodziewać. – Gdyby nie wiatr, to wszystko byłoby chyba zatopione w kurzu… – powiedziała Milka cicho do stojących za nią. – Co widzisz? – Julka nie mogła już wytrzymać. – Nic. – Nie mamy za dużo czasu – ponagliła ją Bajka. W tym momencie Milka po prostu oparła rękę na klamce, a drzwi otwarły się, nie wydając żadnego dźwięku. Było to łatwiejsze, niż ktokolwiek się spodziewał. Wszyscy zrobili krok do tyłu. – Dobra, podaj mi rękę i wchodzimy razem – Bajka wydała Milce polecenie cicho, ale stanowczo. Julka złapała ją za drugą rękę. – Wszyscy zróbcie to samo. Niech każdy trzyma się cały czas blisko kogoś innego – dodała Bajka.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Szli gęsiego. Przez okna wpadało na klatkę schodową tylko trochę światła, tak że poruszali się w gęstym półmroku. Na zewnątrz zrobiło się całkiem pochmurno. Przy gwałtowniejszych podmuchach wiatru, w oknach poruszały się resztki kotar, które ktoś pozawieszał dawno temu. Weszli na pierwsze piętro, opierając się mocno na drewnianej poręczy. Bali się, że skrzypiące schody mogą mieć dziury, niewidoczne w półmroku. Znaleźli się w ogromnym pomieszczeniu, które musiało zajmować całe piętro kamienicy. Stały tu wielkie kadzie, kiedyś wypełnione pewnie farbą. Wszystkie inne sprzęty, czyli stoły, ławy i szafy, zrobione były z drewna. Konie królewskie wciągnęły w nozdrza mieszaninę zapachu drewna i barwników, która przebijała się przez zapach kurzu. – Tak pachną nasze rulony – szepnął Szarobeżowy. – Yhm… – przyznał mu rację któryś z brązowych koników, w dalszym ciągu ruszając chrapami, bo zapach był, mimo wszystko, przyjemny. Bajka podeszła do ginącej w półmroku ściany. – Ale śliczne… – westchnęła i zaczęła otwierać szufladki, które wysuwały się skrzypiąc. Za nią przyszli inni. Cała ściana zastawiona była drewnianymi szafami z małymi szufladkami o kwadratowych przodach. Każdy kwadrat miał inny zachwycający kolor i jakiś napis na metalowej tabliczce. W środku był proszek, w takim kolorze jak szufladka. Były pomalowane nierówno, albo farba juz dawno poodpadała. I właśnie dlatego wyglądały naprawdę pięknie. O wiele piękniej, niż gdyby były nowe. – Ojeja – Milka wpadła w nie mniejszy zachwyt. – Te szafy są takie same jak wasza! – cicho zawołała do koników Julka. – Tylko że z napisami. Grafitowy, a po nim inne koniki, zaczęły w skupieniu wczytywać się w napisy na szufladkach. Napisy oznaczające z całą pewnością kolory. – Mało tego – Beżowy konik w ciemnobrązowe łaty był niemniej poruszony od innych. – Powiem wam, że ostatniej szafy pod ścianą brakuje. Jest tu miejsce na taką jak nasza. – Jak myślicie, co tu się właściwie farbowało? – Bajka zaczęła zaglądać do kadzi. Porozrzucane na stołach narzędzia o nieznanym przeznaczeniu sprawiały wrażenie, jakby farbiarnię zamknięto przed wiekami, ale nagle. Woda z kadzi wyparowała, a na dnie leżały różne przedmioty. Wyglądało na to, że farbowano tu wszystko, a w każdym razie bardzo różne rzeczy. – Zabawki! – Kary odważnie wskoczył do kadzi i wyrzucał z niej klocki i inne drewniane przedmioty. – Uważaj trochę – powiedział Konik w kolorze zjełczałej śmietanki, który z kadzi obok wyciągał długą szmatę.
– Przestańcie się bawić – przywołała ich do porządku Milka. – Dobrze, przyjmijmy, że jesteśmy w farbiarni różnych rzeczy. Ale co tu się mogło stać, tych kilka wieków temu? – Ciekawe, ile wieków… – powiedziała Julka, której kamienica wydawała się naprawdę niesamowicie stara. Nawet starsza od innych, które mijali idąc ulicami Grodu. – Gdzie jest Bajka? – Milka uważała, że czas na wspólną burzę mózgów. Okazało się, że Bajka siedzi przy skrzyni, z której wyciąga i układa w stos jakieś papiery. – Co czytasz? – Dokumenty i księgi rachunkowe… fascynujące – odpowiedziała Bajka, nie odrywając wzroku od kartki. Milka uklękła przy niej. Julka stała im za plecami i podziwiała Bajkę. Postanowiła, że też musi się szybko nauczyć tak dobrze czytać. Litery były ozdobne, co na pewno nie ułatwiało zadania.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Jak ty to możesz zrozumieć??? – Milka prawie się zniechęciła po przejrzeniu kilku sztywnych kartek o różnych formatach, wszystkich postrzępionych na brzegach. – Na początku też byłam załamana – powiedziała Bajka. – Ale zobacz: większość jest na pewno po łacinie, ale masz też trochę po polsku. Trudno to zrozumieć, z tym że można się wciągnąć. Rachunki są trochę zagmatwane – mówiła, grzebiąc w już przejrzanej stercie – bo czasem coś płacą w złotych i groszach, czasem florenami, czasem w grzywnach, a czasem na przykład przyjmują zapłatę w wosku, liczonym na funty. Ale dużo można się domyślić. O, tutaj macie rachunek za szafę z szufladkami. Odstąpiona za grzywien 1 groszy 17. A pod nim jest jakiś list – podniosła głowę, żeby zobaczyć, czy Julka i koniki też słuchają – w którym jest napisane, że nie da się czegoś zafarbować tak jak zwykle, bo niestety, chwilowo, nie mogą znaleźć receptur na potrzebne kolory. Ktoś tu tłumaczy, chyba, bo część jest po łacinie i tego nie rozumiem, że: nasze kolory są znane w Prastarym Grodzie Królewskim i poza jego granicami z niepowtarzalnej piękności. Do niektórych na przykład, dla uzyskania pożądanego efektu, musimy dodać trochę radości, do innych smutku. W ściśle określonych proporcjach. Uzyskujemy barwy zimne i ciepłe, ale wystarczy że dodamy o kroplę smutku za dużo i kolor nie będzie już dokładnie taki, jaki ma być. Efekt końcowy zależy od nastroju farbującego, ale zmieszanie barwników zgodnie z recepturą, jest równie ważne. I właśnie tych receptur chwilowo nie możemy znaleźć. Dalej proszą o cierpliwość i takie tam różne, cośtam znowu po łacinie – Bajka odłożyła kartkę wyczerpana.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Ty jesteś naprawdę genialna… – Milka z wypiekami na twarzy aż przysiadła na brudnej podłodze. – Rozumiecie? – ciągnęła, zaglądając do kartki, której zresztą nie była w stanie odczytać. – Musieli zamknąć tę farbiarnię wszystkiego, czy manufakturę, czy cokolwiek to było, dlatego że najważniejsze receptury, czyli przepisy, czyli ich największe sekrety, spisane na rulonach, gdzieś się zapodziały! – Zapodziały w szufladzie szafy, którą odsprzedali – dodała Julka. – I to jest oczywiście nasza szafa z Tudii. Widać, że pasowałaby w tym kącie jak ulał – mówiąc to, konik w kolorze skorupki jajka wyjął z plecaka skarb, z którym się nie rozstawał. – Tutejszy wielki sekret, czyli tajemnicze rulony, dostał się w nasze kopyta. Powąchał rulony z lubością. Przyzwyczaił się już do ich zapachu. – No dobrze, ale jak ta szafa mogła dotrzeć do Tudii? – Bajka starała się nie dać ponieść emocjom i myśleć trzeźwo. – Normalnie. W dawnych czasach byli ludzie, którzy wyjeżdżali do innych krain z meblami, szczególnie jeżeli przenosili się na stałe – powiedział Szary, który czytał wiele pamiętników z takich podróży. – Płynęli… – uzupełnił Ciemnobrązowy. – Tak. Wiedzieli, że opuszczają Krainę Przodków na zawsze, więc brali ze sobą to, co uważali za cenne i potrzebne.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Przypuśćmy, że masz rację, ale naprawdę nie mogę sobie wyobrazić, jak wy się znaleźliście w tych szufladach… – Bajka zaczęła podejrzewać, że wszystkich ich ponosi fantazja. Na chwilę zapadła cisza. – Myślę, że można zacząć od tego, czemu jesteśmy tacy nienaturalnie mali – powiedział cicho najmniejszy ze wszystkich koników. – Wszyscy dobrze wiemy, jak wygląda prawdziwy koń, to znaczy jakiej powinien być wielkości. – Rozmawialiśmy o tym między sobą wiele razy – przyszedł mu z pomocą Konik w kolorze orzecha włoskiego. – Widzicie, byliśmy końmi z armii królewskiej. W którymś momencie, po bitwie, zostaliśmy nagle sami, bo nasi rycerze zginęli w jakiejś potwornej bitewnej zawierusze. Błąkaliśmy się to tu, to tam i chcieliśmy doczekać lepszych czasów. Wtedy zauważyliśmy, że zaczynamy się kurczyć. – Uważamy, że to dlatego – znów podjął temat Najmniejszy – że nikomu nie byliśmy potrzebni. – Czy to wam się dzieje dalej? – zapytała Bajka, prawie tak cicho jak Najmniejszy. – Od czasu kiedy Julka się z nami zaprzyjaźniła, już się nie zmniejszaliśmy – odpowiedział za wszystkich Beżowy. Głos lekko zadrżał mu ze wzruszenia. – Szczerze mówiąc – Milka przyjrzała im się naukowo – obserwując was w czasie pobytu w zamku, myślałam, że trochę urośliście! Koniki popatrywały jeden na drugiego, bardzo poruszone. Różne rzeczy zaczęły im się przypominać prawie równocześnie. – Mieszkając u Julki zauważyliśmy, że się nie zmniejszamy – powiedział Szary. – Mierzyliśmy się co miesiąc na jej żyrafie ściennej. Koło wejścia do jej pokoju jest taki rysunek żyrafy z podziałką. A kiedy zainteresowała się nami Ninka, Julka sama zauważyła, że się powiększyliśmy… – przypomniał wszystkim. – Ale, będąc tutaj, przypominam sobie też inne rzeczy. – Szary zawiesił głos, a po minach innych koników dziewczynki widziały, że każdy z nich ma teraz coś do powiedzenia.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Nie wiemy, jak długo się wałęsaliśmy – podjął opowieść konik w kolorze skorupki jajka – ale wydaje nam się, że całe wieki. Pewnego dnia doszliśmy do grodu. Jakiś dobry, młody człowiek, powiedział, że dawno nie widział tak pięknych rasowych królewskich koni i zna kogoś, kto właśnie takich koni szuka. Okazało się, że są potrzebne, żeby pozować do obrazu, z którego potem zostanie utkany arras, czy gobelin, czyli dywan z obrazem. Zaprowadził nas dokładnie w miejsce, w którym w tej chwili jesteśmy.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Do farbiarni? – zapytała Milka. – Tak, ten gobelin miał być strasznie duży, panoramiczny czy coś w tym rodzaju – mówił teraz Szary – i sprawa wydawała się pilna, więc kiedy artysta nas malował, równocześnie artystyczni farbiarze mieli zrobić kolory, dokładnie odpowiadające naszej maści. – Miał się nazywać „Czekając na rycerzy“ – dodał Beżowobury, któremu najwyraźniej też rozjaśniało się w głowie. – Nie, „Konie ze stajen królewskich“ – zarżał konik koloru kawy z mlekiem – pamiętam, że były jakieś spory, ale to potem i tak nie miało znaczenia, bo przecież tego gobelinu, czy czegośtam, nikt nie utkał. – Arrasu – poprawił go Wygrys, który przez cały czas cichutko powtarzał do siebie słowo „arras“, które mu się bardzo podobało, bo wymawiając je, brzmiał zupełnie jak dorosły tygrys.
– Nie mogli go utkać, bo zginęły im tajemne receptury na barwniki – powiedziała powoli Bajka. – Które ktoś schował do szuflad szafy, która została sprzedana za grzywien 1 groszy 17 – dokończyła Julka. Często zapamiętywała szczegóły, których nikt inny nie uważał za istotne. – A wiecie, co jeszcze kryło się w tych szufladach? – zapytał konik w kolorze łupiny orzecha włoskiego.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Co? – zapytały Bajka, Milka i Julka równocześnie. – My – odezwał się znowu Najmniejszy, tak cicho, że ledwo go słyszeli. – Pozowanie było nudne, więc wchodziliśmy do szuflad na końską drzemkę. Szukaliśmy do tego przytulnych miejsc. Ciemne kąty interesowały nas najbardziej, a te szufladki były dla nas idealne rozmiarem. Wygląda na to, że musieliśmy w nich zahibernować długoterminowo. – Zwykle ktoś do nas pukał, kiedy zaczynało się pozowanie do obrazu. Potem, kiedy nikt nie mógł znaleźć receptur i wyglądało na to, że z farbowaniem będą trudności, prace nad obrazem też nie wydawały się już takie pilne. Budzili nas coraz rzadziej i pewnie, w którymś momencie, zarzucili cały projekt, a o nas zapomnieli. – Zapadliśmy w głęboki sen zapomnienia – powiedział poważnie Szary. – W pewnym sensie przestaliśmy istnieć. Tak jak rzeczy z przeszłości przestają istnieć, jeśli się o nich nie pamięta. Nawet fakty potrafią znikać w ten sposób z historii.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Uważacie, że zapadliście w sen na kilkaset lat? – spytała Julka. – Na to wygląda. Wiemy przecież, który jest w tej chwili rok. Taki historyczny sen zapomnienia może trwać długo. Czasem przerywa go archeologia, odkrywając zapomniane przedmioty i odtwarzając fakty. Nasz sen przerwała Julka, usiłując otworzyć szufladki. – Brzmi to bardzo prawdopodobnie – Milka była w pełni usatysfakcjonowana. Podobnie jak Bajka, która przestała się obawiać, że fantazjują. Jako starsza siostra i kuzynka, starała się dbać, żeby wszystko, co robią, miało ręce i nogi. Burzę mózgów uważała za udaną, to znaczy miała wrażenie, że ich wspólna rekonstrukcja faktów zdecydowanie „trzyma się kupy”. Julka poczuła, że po raz pierwszy od roku, głowa nie pęka jej już od niewyjaśnionych tajemnic. – Ja się tego pozowania od dawna domyślałam… – powiedziała cicho. – Albo czegoś w tym rodzaju. – Jak to? – zapytał konik w kolorze piaskowym. – Czasami wydawaliście się ciency jak plasterek. Wyglądaliście wtedy jak obraz. Teraz rozumiem dlaczego. – No tak. To od tego pozowania tak nam się stało. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy – westchnął Jasnobeżowy – to było podświadome. – Albo było coś takiego, że kiedy czasem wchodziłam do pokoju – przypominała sobie dalej Julka – leżeliście na podłodze niedaleko od siebie i wyglądaliście jak dywan. Każdy z was miał wtedy zawsze taką samą minę. To znaczy każdy inną, ale była to jego charakterystyczna, powtarzająca się mina. Konik w kolorze zjełczałej śmietanki wyglądał, jakby cierpiał albo, jakby mu przynajmniej było niedobrze. – Hi, hi, pamiętam! Nawet lubiliśmy się z tym trochę powygłupiać – przyznał Ciemnobeżowy – to też musiało nam zostać z czasu pozowania. – Zastanawiam się, jak wyście to wszystko przetrwali – powiedziała Julka. – Tak, my też tego do końca nie wiemy – odezwał się Rudy. Jakoś tak historyczno-archeologicznie. Długo nas nie było, a teraz znowu jesteśmy. W życiu jest tyle tajemnic i pytań. Jeżeli ktoś myśli, że prawie wszystko rozumie, oznacza to tylko głupotę i pychę… Mnie się wydaje, że kiedy nasze czasy przeminęły, staliśmy się warstwą archeologiczną, którą dopiero Julka rozgrzebała, usiłując grzebać w szufladkach… ale to tylko moje odczucia.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Nie wiem jak wy, ale ja bym tu chętnie pracował – powiedział rozglądając się dookoła Jasnobrązowy, który zawsze źle się czuł bez stałego zajęcia. – Trochę by ci wiało przy pracy – wysilił się na dowcip Ciemnoszary. – Myślę, że wiem o co mu chodzi – odezwał się konik w kolorze herbaty bez mleka. – Moglibyśmy to miejsce przywrócić do życia. – Otworzyć tu farbiarnię? Teraz? – Konik koloru herbaty z mlekiem był zszokowany, ale okazało się, że tylko on. Innym konikom podobne projekty też zaczęły już chodzić głowie. – Mamy sekretne receptury w rulonach – powiedział Szary w małe czarne łatki na grzbiecie. – Moglibyśmy farbując przerabiać szare na złote – dodał konik w kolorze zaschniętej gliny. – Brzydkie na piękne – rozmarzył się konik w kolorze zaschniętego błota. – Zapomniane na jak nowe – poparł ich Jasnoszary. – Odświeżać, to co stare i zapomniane i przywracać temu świetność – włączył się Kasztan. Ich zapał wzrastał coraz bardziej. – Słuchajcie, a jak to jest możliwe, że z takiej zamkniętej farbiarni przyszły do Babu barwniki? – Biały z tylko jedną szarą łatką, jak zwykle, usiłował się do czegoś przyczepić. – Wiem, że sieć sprzedaży wysyłkowej, z której korzysta Szymon Solidny, jest rozciągnięta nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie. Szymon zawsze wybiera firmy, które w niej działają, bo ma wtedy większy wybór – powiedziała Milka. – Z przyszłości też może kupować? – spytała logicznie Julka. – Nie wiem, ale z przeszłości kupuje często. Chyba mówił mi kiedyś – przypominała sobie jak przez mgłę Bajka – że z przyszłości się nie da, bo ceny nie są jeszcze znane, a ceny przeszłe zostały już kiedyś ustalone, więc jest to możliwe. – Skoro tak mówił, to pewnie tak jest. Widocznie kupił je z przeszłości – Milka uznała, że nie warto dłużej zajmować się takimi szczegółami. Mieli tyle ważnych spraw na głowie.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Teraz byli już nie tylko podekscytowani, ale całkowicie zapaleni do nowych projektów. Rozsądek przypomniał im jednak, że powinni wyjść na ulicę, gdzie pewnie od dawna szukał ich Wielki Naprawczy. Tym razem, idąc z innymi ciemną klatką schodową, Julka wcale się nie bała. Myślała o tym, że wreszcie rozumie, dlaczego cały czas czuła taką więź z konikami we wszystkich sprawach dotyczących pięknych kolorów. Już od wczesnego dzieciństwa czuła, że kolory są dla niej ważne, a koniki, siedząc długo w szafach na barwniki, też wyjątkowo się na nie uwrażliwiły.
Kiedy znaleźli się znowu na ulicy, Julka zrobiła 127 zdjęć kamienicy, z której wyszli, po czym powiedziała: – Ten dom jest ładniejszy, niż inne. Bajka pomyślała, że Julka nie mówi dużo, ale często zwraca im uwagę na ciekawe rzeczy, których nie zauważyli. Przyznała w duchu, że młodsza kuzynka jest nie tylko wrażliwa, ale też spostrzegawcza. – Masz rację, ta kamienica wydaje się ładniejsza, a przy tym jakby starsza od tych naokoło
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– przyznała Milka. – Możliwe, że tej akurat nikt nie odbudował w kolejnych epokach. Stała zamknięta i jakoś uszła uwadze. – No tak – potwierdziła Bajka. Ta jest w stylu romańskim. – Wszystkie inne były przebudowywane w innych stylach. Na przykład barokowym. – Ale dlaczego, jeżeli były takie cudne jak ta? – Julka nie mogła się pogodzić z tym, co słyszała. – Musiały być naprawiane, bo czasem się paliły od zwykłych pożarów, a czasem były burzone i palone przez najeźdźców z różnych stron. – To okropne – powiedziała cicho Julka. Czemu takie rzeczy się zdarzają? – Bo na świecie jest zło – odpowiedziała Bajka. – Można z nim jakoś walczyć? – zapytała Julka. Zapadła zupełna cisza. Julka przypomniała sobie napis, który widzieli kiedyś na ścianie. Chciała go wypowiedzieć, ale się nie ośmieliła.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Oczywiście – odezwał się spokojny głos Bajki. – Dobrem. To jedyny sposób. Wszystkim zrobiło się raźniej. Czuli się podbudowani i gotowi do działania. W tym momencie usłyszeli za plecami kroki i znajomy głos: – Wiedziałem, że pewnie będziecie potrzebowali więcej czasu, więc skoczyłem sobie jeszcze w kilka miejsc – przywitał ich Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca. Był w świetnym humorze. Natomiast Bajka, która wyjęła z plecaka coś, co do niego rano wsunęła, nagle spoważniała. Trzymała w ręce kartki drobno zadrukowane cyframi i symbolami. Dostała je od Julki z prośbą, żeby sprawdziła, co dokładnie oznaczają. Bajka nie miała rano czasu się tym zająć i przypomniała sobie o nich dopiero teraz. Wbiła wzrok w nagłówek: KRK-YYZ. – Słuchajcie, nie chcę wam nic mówić – zaczęła takim tonem, że wszyscy zamienili się w słuch – ale na tych papierkach, które Goniec Królewski przyniósł Julce w przesyłce od jej mamy, jest data 31 sierpnia. Czyli dzisiaj. Dopiero teraz wszyscy zdali sobie sprawę, że od rana w powietrzu czuć było jesień. – I to jest bilet lotniczy – zakończyła Bajka.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknamiZamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Od tego momentu wszystko potoczyło się błyskawicznie. Na Wielkiego Naprawczego, jak zwykle, można było liczyć. Do wozu dotarli, biegnąc za nim na skróty, przez nieznane sobie bramy i podwórza. Na dodatek Wielki Naprawczy, przytomnie, poprowadził ich tak, że przebiegli koło Sklepu z Kredkami. Julka wpadła tam dosłownie na sekundę, uściskać królową Awelię, młodszego subiekta Mikołaja i jego starszą przełożoną Zuzę. Zamiast wracać do zamku, Wielki Naprawczy skierował się na lotnisko. Babu zdążyła na nie w ostatniej chwili, ściągnięta myślami przez Julkę, która nie wyobrażała sobie wyjazdu bez pożegnania z nią. Babu uściskała ją w momencie, kiedy Julka wchodziła już za bramkę. W tym samym momencie stewardessa mówiła do słuchawki:
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Brakuje jeszcze jednej dziewczynki z Zespołem Downa, która podróżuje bez rodziców. – Zostało nam pięć minut. Możemy poczekać – odpowiedział spokojny głos pilota w telefonie. „Jak oni o mnie dziwnie mówią, tak jakoś oficjalnie” – zdążyła pomyśleć stojąca obok niej Julka, zanim powiedziała do stewardessy: – To przecież ja, nazywam się Julia. Stewardessa wzięła ją za rękę i pobiegły przez łączące się ze sobą korytarze.
Kiedy Julka opadła w końcu na miękkie, szafirowe siedzenie fotela przy przejściu, zapięła pas i zamknęła oczy, całkowicie wyczerpana. Z trudem łapała oddech. Usiłowała zebrać myśli i pierwsze, co przyszło jej do głowy, to to, że wakacje w zamku jednak się skończyły. „Może nie wszystko stracone. Na pewno uda się tam jeszcze wrócić. Trzeba będzie skontaktować się z Babu” pomyślała i w tym momencie poczuła lekkie kopnięcie w kostkę.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Pochyliła się i otwarła plecak, który postawiła koło nóg. Siedziały w nim ciasno upakowane koniki. Patrzyły w górę, strzygąc uszami. – Jak wyście to zrobiły? – zapytała podziwiając je nie po raz pierwszy w życiu. – Udawaliśmy zabawki. Wygrys zgodził się przejść do bocznej kieszeni, żebyśmy mieli więcej miejsca. – Tak się cieszę, że jesteście! – powiedziała, przytulając wszystkie po kolei. Wygrys aż się popłakał z nadmiaru emocji. Julka oparła się wygodnie i pomyślała, że ma bardzo dużo informacji do naniesienia na mapę zamku w książce, którą dostała od świętego Mikołaja i która czekała na nią w domu.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Ale w takim razie, co dalej z manufakturą? – zapytała, siadając prosto, bo włączyły się silniki. – Razem na pewno coś wymyślimy. Chyba sobie nie wyobrażasz, że będziemy siedzieć bezczynnie… – odpowiedział Siwek w czasie, kiedy wszystkie inne koniki gramoliły się na kolana Julki.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Albo może na przykład się nudzić? – po tych słowach Szary uśmiechnął się szelmowsko i ziewnął. – O to się nie obawiam – powiedziała Julka, po czym wszyscy zwinęli się na jednym miękkim fotelu z wysokim oparciem. Miarowe buczenie natychmiast ich uśpiło, a mieli o czym śnić. We śnie Julki samolot zawrócił łagodnym łukiem i skierował się w stronę zamku.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Koniec części II Zamku z prawdziwego zdarzenia (której akcja toczy się w Tamdii). Część I, czyli Wieża bez zamku (której akcja rozgrywa się w Tudii), nie była tutaj publikowana.
Autorka składa serdeczne dzięki tym, którzy czytali.
Szanowny Wędrowcze, Jeżeli myślisz, że tę książkę warto przeczytać, daj innym znać, chociaż w jednym zdaniu, dlaczego warto.
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami
Jest to spontaniczna, nieśmiała prośba koników do Wędrowców, którzy wstąpili do Zamku z prawdziwego zdarzenia, a może nawet zatrzymali się w nim na dłużej. Zwłaszcza do Tych, którym się tu podobało i uważają, że jest to książka warta, żeby do niej wejść, zatrzasnąć za sobą okładki i chwilę w niej posiedzieć.
Chodzi po prostu o jakieś dobre słowo, lub dwa.
Może jedno zdanie.
Każda wypowiedź od serca, choćby najkrótsza, będzie przyjęta przez koniki z najwyższą końską wdzięcznością.
Wszystkie rzeczy liczą się w życiu, nawet te najmniejsze, więc, kto wie, może właśnie te krótkie wpisy pomogą konikom pogalopować dalej. Zależy im na drugim wydaniu książki, bo one poza nią przecież w ogóle nie istnieją.
Dobre słowo pod adresem tej książki można wysłać do koników na email:marta.kotburska@gmail.com
Koniki wpiszą je do Zamkowej Księgi Wędrowców, czyli tutaj:
Zamek z prawdziwego zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z kolorowymi oknami
Niedemoralizująca powieść przygodowa
napisana
jako zachęta do obrony prawdziwych wartości
i prawd wiecznych
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Życie to wielka przygoda.
Idźmy przez nie odważnie,
broniąc prawdziwych wartości
i prawd wiecznych.
Rozdział 34
Gród Prastary o świcie
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
W komnacie sypialnej było jeszcze szaro mimo otwartych okiennic. Nad zamkiem ciągnęła się wczesnoporanna mgła. Co prawda od uczty upłynął już cały dzień, ale Wielki Naprawczy Wszystkiego przypuszczał, że ani dziewczynki, ani konie królewskie nie obudzą się wcześnie. Po przeżyciach pamiętnej nocy, wszyscy byli w dalszym ciągu wyczerpani. Wszedł na palcach, żeby, jak zwykle, podłożyć dziewczynkom naprawione zabawki.
Takie przysługi robił im chętnie i bez słowa. Naprawiał zabawki, które mu przynosiły i zawsze zwracał je, kiedy jeszcze spały. Pochylił się, żeby położyć sklejonego konia koło posłania Bajki i pieska z łatami pod łapami przy wyleżanym w sianie miejscu Milki. W tym momencie dwie osoby pociągnęły go za ręce w dwie strony.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Musimy jechać do Grodu – szepnęły równocześnie Bajka i Milka, wtajemniczone przez Julkę i koniki we wszystkie tajemnicze tajemnice do wyjaśnienia. – Lato się kończy i mamy coraz mniej czasu – dodała Julka, z której dziewczynki, siadając, niechcący ściągnęły kołdrę. – W takim razie, świetnie się składa – odpowiedział Wielki Naprawczy, zawieszając głos na dłuższą chwilę – bo jadę dzisiaj po podręczny moździerz dla Babu. Sprawa jest pilna, więc wyruszam przed świtem. Później robi się ruch na drodze.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknamiZamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Kiedy ostatnie koniki myły jeszcze zęby, pierwsze siedziały już w pojeździe. Mimo tak wczesnej pory, Babu zaopatrzyła każdego w małą buteleczkę z zamkowej sokowni i mały pakiecik z zamkowej spiżarni. Szary wyszedł z komnaty jako ostatni. Czekał na odpowiedni moment, żeby podłożyć Wielkiemu Naprawczemu pod poduszkę zeszyt, w którym udokumentowali dla niego prawie wszystkie tajemne przejścia. Królowa Awelia pokazała im, jak zaznaczyć te prowadzące z piętra na piętro.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Odjeżdżając, zdążyli usłyszeć głos Babu: – I jeszcze bardzo proszę, przywieźcie mi najlepszą na świecie obieraczkę do jarzyn, od Górali, z kramów na Rynku, wiecie.
Żeby skrócić drogę, przeprawili się przez rzekę promem. Po chwili Królewski Gród Prastary z zamkiem na wzgórzu leżał przed nimi jak na dłoni. Tym razem mieli więcej czasu, żeby rozejrzeć się po Grodzie. Kiedy się w nim znaleźli, życie dopiero się tu budziło. Po zostawieniu pojazdu w znanym Naprawczemu, zacisznym zakątku, krótką chwilę szli główną ulicą, z której duże banki wyparły wszystkie interesujące sklepiki. Była tak nudna, że po prostu trudno było nią iść. Przeglądali się w lustrzanych szybach i z nudów robili do siebie głupie miny. Ulica była też pusta, bo ludzie przyjeżdżający obejrzeć gród, omijali ją z daleka. – Dlaczego na tej ulicy jest tak okropnie? – Milka zwróciła się do Naprawczego, widząc, że on też sposępniał, odkąd w nią skręcili. – Czy myślisz, że w Grodzie niedługo zostaną już tylko banki? – Bajka złapała go za rękę z drugiej strony. – Jestem pewien, że mądrzy rajcowie miejscy do tego nie dopuszczą. – A jeżeli dopuszczą? – To by zabiło Gród. Jest piękny właśnie dzięki zachowaniu starego charakteru, tylko dlatego podróżnicy z całego świata przyjeżdżają go podziwiać. – Ale po co w nim tyle ludzi? – Tylko dzięki temu, że przyjeżdżają, Gród naprawdę żyje. Gościnność to jedna z jego pięknych tradycji.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Po wejściu w pierwszą boczną uliczkę, odetchnęli z ulgą. Nie było tutaj wielkich banków i restauracji sieciowych, nudnych i takich samych na całym świecie. Atmosfera zmieniła się w jednej sekundzie. Westchnęli z zachwytu. W miarę, jak w nią wchodzili, ulica robiła się coraz bardziej kolorowa. Zobaczyli malutkie, cudowne sklepiki szewców, piekarzy i sprzedawców zabawek. Dużym korporacjom nie udało się ich jeszcze wygryźć. Kamienice stały przytulone do pięknych, starych kościołów.
Do każdego z mijanych miejsc mieli ochotę wejść. Czytali szyldy i reklamy: – Cukierki na zamówienie na poczekaniu. Wszystkie kształty, wszystkie smaki. – Okularnik. – Książki-schowki w każdym rozmiarze. – Wytwórnia świeżej oranżady. Pijalnia na miejscu. Różne kolory. – Ostrzenie igieł. – Czekolada, od której nigdy nie robi się niedobrze. – Najlepsze bajki świata na każdy temat. – Rajcy miejscy na pewno coś zrobią – powiedziała Bajka.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Na pewno ich wesprą. Dobrzy i mądrzy rajcy by tak zrobili. We wszystkich starych miastach dba się o takie rzeczy. Dlatego ich charakter, niezmieniony od wieków, wzbudza podziw podróżników – Jasnobrązowy, który jeździł trochę po świecie, dodał im otuchy. – Poczekajcie na mnie sekundkę – powiedział Wielki Naprawczy i wszedł do małego sklepiku. Drzwi zamknęły się za nim z głośnym zgrzytem. Za chwilę wyszedł z pękatym woreczkiem, mówiąc:
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami. Fot. Szymon Solidny
– Przy okazji odebrałem krasnoludkom buty od szewca. Oddały kiedyś do podzelowania. – Do podczego? – zapytała Julka. – Zdarły im się podeszwy, a noszą te same buty od wieków, rozumiesz – mogła jej od razu wyjaśnić Milka, która rozmawiała z nimi czasami. – I nie kupują nowych? – Nie lubią współczesnych, tandetnych wyrobów i wyrzucania butów do śmieci co sezon. Mówią, że od produkowania zbyt wielu niepotrzebnych butów i innych ubrań w fabrykach, potwornie zanieczyszcza się powietrze w ich lesie. I że ci, co trąbią o ochronie środowiska, mogliby zacząć od siebie i przestać kupować ciągle nowe ubrania i inne niepotrzebne nowe rzeczy.
Wiedzieli, że po moździerz dla Babu muszą z ulicy Szewskiej wejść w jakąś inną. Jak się szybko zorientowali, nazwy ulic opisywały to, co się na nich działo. Szli za Wielkim Naprawczym, który zatrzymał się na chwilę koło masywnej baszty z bramą w środku, która jakby wyrastała na środku jednej z ulic, całkowicie ją blokując.
– Do czego się tędy wchodzi? – zapytała Julka. – To jest brama do Grodu – powiedziała Bajka. – Jak to? – Jesteśmy w starym grodzie obronnym. Całym otoczonym podwójnym murem ze strzelnicami. Co kawałek są w nim wieże z bramami na dole. Jest ich 38 i każdą opiekuje się kto inny. – To znaczy kto? – Julka podziwiała Bajkę za to, jak dużo wiedziała o Grodzie. – Baszty, czyli wieże, należą do cechów, czyli zawodów. Na przykład Floriańska, pod którą właśnie stoimy, należy do kuśnierzy, którzy szyją rzeczy ze skóry. Jest też baszta iglarzy, robiących igły, solarzy, którzy handlują solą, cyrulików, jak doktor Żart-Skuteczny, łaziebników, prowadzących łaźnie kąpielowe, nożowników, i paśnikow, którzy robią
bardzo fajne pasy. I dużo innych, kiedyś Ci powiem – Bajka skończyła, bo nie mogła sobie przypomnieć więcej, a nie miała teraz czasu na kontaktowanie się z Biurem Wytłumaczeń. Julka była pod wrażeniem. Podbiegły do innych, którzy trochę się w międzyczasie oddalili. Wielki Naprawczy Wszystkiego skręcił teraz w ulicę, przy której zajmowano się odlewnictwem. Szybko znalazł właściwy szyld:
– Zaraz wrócę – powiedział, wchodząc do środka. Zanim zdążyli porozmawiać o nowym zajęciu Wuja, Wielki Naprawczy był już z powrotem. – Ludwisarz odlewa moździerz. Mamy wrócić za chwilę, żeby całkiem wystygł. – Czy on się na tym dobrze zna? – zapytała Milka, której odlewanie wydawało się bardzo odpowiedzialną pracą. – O, na pewno. On się dobrze zna na wszystkim, czym się zajmuje – uspokoił ją Wielki Naprawczy.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Cukiernia Cioci Praliny! Możemy tu wejść? – Błagalnie zapytał Wielkiego Naprawczego konik w kolorze piaskowym, który zauważył przez szybę, że na stolikach stoją piękne stare cukiernice, wypełnione cukrem w kostkach. – Oczywiście – zgodził się Wielki Naprawczy, który też lubił cukier w kostkach i też go zauważył kątem oka.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Piaskowy delikatnie pchnął drzwi kopytem i pierwszy usiadł przy stoliku koło okna. Za chwilę z filiżanek koników sterczały piramidy cukru w kostkach. Koniki starały się jeść cukier cicho i kulturalnie rozmawiać o niczym, jak, według ich obserwacji, wypadało w cukierni albo kawiarni. Zastanawiały się właśnie, czy koń dorożkarski, którego obserwowały przez szybę, zawsze jeździ tą samą drogą, bo podobno miały one taki zwyczaj. Szarego ogarnęła nostalgia: – Ta filiżanka przypomina mi odwiedziny u pewnej pani, która mieszkała na najwyższym piętrze kamienicy. Zaprosiła mnie, bo wiedziała, że marzyłem o obejrzeniu Grodu z lotu ptaka, a w jej mieszkaniu był balkon. Miała mnóstwo starych rzeczy domowego użytku. Takie mnóstwo i tak świetnie wyczyszczonych, i w tak dobrym stanie, że w ogóle nie wiedziałem, jak się poruszać, żeby coś nie spadło. – I jak ci poszło? – zapytał uprzejmie Beżowy, żeby podtrzymać rozmowę. – Kiedy piłem herbatę z okropnie starej filiżanki, kopyta tak mi się zaczęły trząść z przejęcia, że z trudem ją utrzymywałem. Musiałem wyjść, udając że dostałem febry. – Wszystko było tam stare?
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Tak, prastare – potwierdził Szary, patrząc przez szybę na kamienicę naprzeciwko. Tutaj wszędzie tak jest. Wszystkie te miejsca są wypełnione historią. Można się z nich tyle dowiedzieć… To wszystko jest po prostu bezcenne – przy tych słowach tak się zamyślił, że kopyto z filiżanką zawisło mu w powietrzu. W milczeniu wypili drugą herbatę, a Wielki Naprawczy odebrał w tym czasie od ludwisarza całkowicie wystudzony moździerz dla Babu.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknamiZamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Idąc z powrotem w stronę pojazdu, koniki kupowały ciastka w co drugiej cukierni. I tak z trudem udało im się opanować, żeby nie kupować w każdej. Jadły na zmianę: nugaty z pyszną, klejącą się do zębów masą między prostokątnymi waflami, kwadratowe kremówki w chrupiącym cieście, jajowate eklery z masą budyniową, polane czekoladą, polukrowany sernik, torty hiszpańskie z bitą śmietaną między grubymi, bezowymi plackami i rurki z kremem, czyli z taką samą śmietaną. Potem skusiły się jeszcze na okrągłe ptysie, też z bitą śmietaną, ale wykończyły je dopiero wysokie napoleonki z puszystą, różową masą między chrupiącymi kwadratami rudego ciasta. Na koniec zostawiły sobie trójkątne sokoły bezowe, które im zupełnie nie smakowały. Może z powodu masy kawowej, a może dlatego, że były ostatnie. – Niedobre – stwierdził Szary, odkładając bezowy trójkąt do eleganckiego pudełka z białej tektury. – Masę zrobili z samego masła i jeszcze na dodatek dodali chyba kawy.
Wielki Naprawczy szedł z przodu. Nie jadł ciastek, bo zadowolił go sam cukier w kostkach. Pamiętał o tym, żeby przechodząc przez Rynek, kupić dla Babu 35 obieraczek do jarzyn. Z drewnianą rączką i doskonale zaokrąglonym ostrzem, które miało w środku otwór tak idealnej wielkości, że łupy łatwo z niego wylatywały. Były to obieraczki najlepsze na świecie, o wiele lepsze od wszystkich innych, produkowanych w fabrykach i kupowanych w sklepach.
Julka zaczęła się zastanawiać, skąd zdobyć przepis na kremówki pyszne jak ta, którą właśnie kończyła. – Zapomnij o tym. Tak łatwo się nie dowiesz. To są sekrety strzeżone od wieków. Przekazywane z pokolenia na pokolenie. Lepiej najedz się dzisiaj na zapas.
Na szczęście Julka wiedziała już z doświadczenia, że nie da się najeść na zapas i lepiej nie próbować. Koniki zresztą właśnie spróbowały i widać było, że jest im ciężko. – Słyszałem, że bardzo zdrowe są w Grodzie obwarzanki jednorazowe – powiedział do Milki
Wygrys, chcąc jej pokazać, że jest duży i rozsądny, i nie napchał się całkowicie ciastkami jak niektórzy. – Razowe – Milka od razu domyśliła się, o co mu chodzi. – W zasadzie Wygrys ma rację: wszystkie obwarzanki są jednorazowe – wzięła go w obronę Bajka.
Już po chwili dziewczynki i Wygrys chrupali obwarzanki z metalowego czworokątnego wózka z szybami. Koniki nie były w stanie jeść obwarzanków. Ani zdrowych razowych, ani mniej zdrowych z solą, ani nawet najlepszych z makiem.
Kiedy skręcili w kolejną uliczkę, koniki zaczęły zostawać z tyłu, podbiegać, znowu wracać i szeptać między sobą. – Idę zobaczyć, co się tam dzieje – powiedziała Julka do Milki. Koniki z wypiekami na twarzy wskazały jej tabliczkę z nazwą ulicy, którą szli: Farbiarska. – Macie rację. To musi być gdzieś tu… – Julka zaczęła sprawdzać razem z nimi numery kamienic. Kiedy przyłączyła się do nich Bajka i Milka, bez trudu znaleźli numer 27, odpisany przez konika w kolorze skorupki jajka z faktury, dołączonej do kufra dostarczonego do zamku. Stali przed kamienicą w bardzo złym stanie. Przeznaczoną do remontu. Całą pozabijaną skrzyżowanymi deskami. Chodzili koło niej rozczarowani. – Dlaczego się tak wleczecie? – wyrwał ich z zamyślenia Wielki Naprawczy, który zawrócił, kiedy zauważył, że nikt za nim nie idzie. – Czy możemy sobie tu na chwilę zostać? – zapytała Milka. – Po co? – zdziwił się Wielki Naprawczy. – Będziemy robić zdjęcia – odpowiedziała Julka. – I, żeby nie kłamać, naprawdę zrobiła szybko kilkadziesiąt zdjęć, jak miała w zwyczaju. – Może coś w tym jest. Rzeczywiście piękna ta ruina – Wielki Naprawczy rozglądał się w zamyśleniu. – Nawiasem mówiąc, chciałem sobie właśnie skoczyć w jedno miejsce, na sąsiedniej ulicy. Tak że dobrze się składa, poczekajcie tu, wrócę za chwilę. Po tych słowach szybko się oddalił.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Zamek z prawdziwego zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z kolorowymi oknami
Żeby nasza Wiara i tradycja przetrwały,
muszą przetrwać w naszych dzieciach
Książka przygodowa bez brudu i złej symboliki napisana jako zachęta do obrony Prawdy Wiecznej
Wielkie Tajemnice, ale nie magia
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Rozdział 33
Przerwana uczta
Trzy kuzynki szły za końmi królewskimi w stronę niekończącego się stołu, kiedy rozległy się dźwięki trąb ogłaszających początek czegoś ważnego. Po pierwszym titti ri tiiim! przyspieszyli kroku i wchodząc na dziedziniec wiedzieli już na pewno, że nie będzie to zwykła uczta. – Pim bi ri booom! Tą pi ti piiiink! Spinki li mooonk! – Trąby brzmiały coraz uroczyściej. – Mówiłam wam, że chyba wszyscy tu będą! – powiedziała Milka, rozglądając się wśród wystrojonego tłumu. Goście podchodzili teraz do stołu ze wszystkich stron. Cały dziedziniec był ich pełen. Większość miała ze sobą małe trójkątne proporce na długich kijach. – Rapiti pooonk! Tunka badaaank! Spinka la paaaank! – przez trąby prawie nie dało się już rozmawiać.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Skąd oni wzięli takie stroje? – szepnęła Julka patrząc na mieszkańców zamku, wyglądających zupełnie inaczej niż zwykle. Wszystkie kobiety miały na sobie długie suknie z dawnych epok i wyglądały w nich uderzająco pięknie. – To na pewno sprawa Marylii – powiedziała Bajka, myśląc z podziwem o tym, jak królowa to przemyślała i zrealizowała. – Chyba widziałem panią Barankę ze stada pod lasem! – krzyknął konik w kolorze herbaty bez mleka. – Owcę – powiedział Biały z tylko jedną szarą łatką, który czuł się chory, jeżeli kogoś nie poprawił. – Na nazwisko ma Baranka, sama mi mówiła. Owca Baranka. – Ninka! – Julka pociągnęła za rękaw kobietę z czerwonymi włosami obciętymi w idealną kulkę. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Przedstawiła jej kuzynki. – Ty też tutaj? – Wieść o waszej uczcie błyskawicznie rozeszła się na pobliskie krainy przez sieć rozciągającą się w przestrzeni i w czasie. Tak się składa, że zawsze o tej porze roku odwiedzam te okolice, więc kiedy tylko usłyszałam, przyjechałam od razu. Słysząc to, Milka podskoczyła w podnieceniu:
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Słuchajcie, to może w takim razie będzie też Talia? Koniki popatrzyły po sobie niepewnie. – Możliwe, ale my byśmy jej i tak nie poznali. Ostatni raz widzieliśmy ją, kiedy była dzieckiem – przypominał sobie Szary. – Kto to jest Talia? – zapytała go Julka cicho, żeby głupio nie wypaść. – Nie słyszałaś o niej? – Szary zastanawiał się, jak opowiedzieć o Talii w dwóch słowach. – Kiedy ją znaliśmy, znaczy jako dziecko, była prześliczna, delikatna, wrażliwa i nieśmiała. – A potem? – Potem kontakt nam się urwał, więc niewiele o niej wiemy. „Bardzo bym ją chciała poznać“ pomyślała Julka w momencie, kiedy Ciemnobrązowy pociągnął ją za falbanę sukni z okrzykiem: – Jest Babu!
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Julka obejrzała się w stronę, w którą ją ciągnął. Nie wiedziała oczywiście o projekcie królowej Marylii i o tym, że posłaniec od najlepszego krawca w Królewskim Grodzie Prastarym zdążył w ostatniej chwili. Babu miała na sobie suknię z prawdziwego piasku z plaży, a w każdym razie pokrytą czymś, co go do złudzenia przypominało. Suknia była koloru piaskowego i wydawało się, że jeżeli się jej dotknie, zacznie się przesypywać przez palce. Z bliska na materiale widać było ziarenka piasku. Kolor sukni pięknie podkreślał opaleniznę Babu. Razem z nią szła królowa Marylia w sukni ze śniegu, albo czegoś, co wyglądało dokładnie jak śnieg. Nie zimny, ale miękki i puszysty. Biały i błyszczący. Z bliska widać było na sukni mieniące się miniaturowe gwiazdki śniegu. Królowej Awelii, w sukni z szeleszczących jesiennych liści nie było jeszcze nigdzie widać. Marylia idąc tłumaczyła Babu, że liście na sukni Awelii są żółto-pomarańczowo-czerwone i że nie ma pojęcia z czego zostały zrobione, ale wyglądają jak prawdziwe. Królowa Krystalia nadchodziła właśnie od strony skrzydła zachodniego. Jej suknia wyglądała jak z jasnozielonego futerka, ale z bliska wydawało się, że została uszyta ze świeżej trawy poprzetykanej kwiatami z wiosennej łąki. Między kwiatami błyszczały kropelki porannej rosy. Dziewczynkom nie udało się w tym momencie dopchać do królowych, bo tyle osób z nimi rozmawiało. Poza tym odkryły następną rzecz: między dorosłymi były też inne kuzynki i kuzyni!
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Gabinka zdjęła buty jako pierwsza. Zaraz po niej zrobiły to wszystkie inne dziewczynki, które przybyły na ucztę. Porozumiewały się błyskawicznie. Każda przekazywała informację tym, które znała. Buty ściągały sprawnie i bez wiedzy rodziców. Chodziło oczywiście o to, żeby pokazać lakier na paznokciach u nóg. Niektórzy goście dziwili się, widząc dziewczynki chodzące boso w długich sukniach, ale trawa była tak miękka, że większość pań na obcasach nawet im zazdrościła.
Przy stole ciągnącym się w nieskończoność słychać już było pierwsze rozmowy. Wygrys pomagał gościom znaleźć właściwe karteczki przy nakryciach, a w razie potrzeby dopisywał brakujące. Czuł się doceniony i udawał, że nie wie, że w pewnym rejonie długiego stołu siedzą tylko dzieci i w zasadzie powinien się tam znaleźć. Zauważył też, że koniki usiadły na ławie między dorosłymi. Stał akurat koło Jasnobrązowego, który mówił do siedzącego obok niego eleganckiego starszego pana: – Chciałbym coś ze sobą zrobić, ale nie wiem co. – Ja bym pana widział w hipoterapii – poddał natychmiast dystyngowany staruszek. – Zastanowię się nad tym. Doskwiera mi brak stałego zajęcia. Prawdę mówiąc, źle się bez niego czuję.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Proszę nie przesadzać. Znam takich, którzy przez całe życie bujają się jak małpy na lianach i są z siebie zadowoleni. O pracy nawet nie myślą. – O, proszę szanownego pana, ale to nie konie. My mamy inne podejście. Wygrys mimo woli słuchał rozmów toczących się naokoło. Uderzyło go, że nikt nikogo nie obgaduje. Oglądał proporce ustawione za krzesłami gości. Wiele z nich miało na sobie białe orły, które trzepotały na wietrze skrzydłami. W dalszym ciągu nie zamierzał iść do dzieci. Miał żal do dziewczynek, że nie zabrały go ze sobą do stadniny. – A cóż to tygrysek ma taką minkę smutniutką? – zwrócił się do niego elegancki mężczyzna o wyglądzie czyjegoś wujka. – Chyba coś tygrysek dzisiaj w nie najlepszej foremce? – Proszę do mnie nie mówić jak do dziecka! – wybuchnął Wygrys bardzo głośno, po czym cicho zaryczał do siebie i wszedł pod stół.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Obrusy rzucały tutaj cień, a wiatr robił przyjemny przeciąg. Wygrys doszedł do końca stołu od strony zamku, kiedy usłyszał, że przybył właśnie Goniec Królewski, żeby zrobić zdjęcie. Goniec miał zamiar przekazywać potem relacje z uczty, jeżdżąc w różne odległe miejsca. Wygrys słyszał, że Goniec Królewski jest zdyszany po długim biegu. Podniósł troszeczkę obrus, bo chciał go zobaczyć. Żeby móc szybko biec, Goniec Królewski nie miał przy sobie żadnego bagażu oprócz aparatu fotograficznego. Uwagę Wygrysa zwróciły jego wygodne buty do kostek. Goniec od razu zabrał się do pracy, czyli związał kilkadziesiąt balonów, których wszędzie było pełno. Przywiązał do nich aparat i w ten sposób zrobił kilkaset zdjęć stołu z lotu ptaka, czasem przyciągając, a czasem poluzowując długą nić. Było kogo fotografować, bo goście zjechali się licznie. Niektórzy przybyli naprawdę z daleka, jak na wszystkie uczty w tym gościnnym zamku. Spotykali się starzy znajomi.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Wygrys zawrócił pod stołem i wybrał się w długą drogę do jego drugiego końca. Z rozmów gości zorientował się, że wciąż wnoszono nowe potrawy: – To wygląda na niesamowicie zdrowe. – Jest też nieprawdopodobnie smaczne. Czuję w tym robotę Alfreda. – Albo Babu. – Albo Szymona Solidnego. – Albo Wuja. – Z pewnością jednego z nich. Tylko oni tak gotują w całej Krainie Przodków. – Wznieśmy toast za Zamek z prawdziwego zdarzenia! – powiedział ktoś donośnym głosem. – I Królewny z prawdziwego zdarzenia – dodał ktoś inny. – Za zamek pełen Nadziei przez duże N! – Czy my jesteśmy królewnami? – Wygrys usłyszał głos Milki. – Nie wiem. Nigdy nie było o tym mowy, tak otwarcie – Bajka brzmiała jakby ta myśl zafrapowała również i ją. Po krótkiej chwili, idąc pod stołem dalej, usłyszał pytanie Bajki: – Babu, czy my jesteśmy królewnami?
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– W tym zamku zawsze jesteście królewnami – głos Babu brzmiał serdecznie i przekonywająco, jak zawsze. – A ja? – zapytała Julka. – Oczywiście. – A ty jesteś według nas królową – zapewniła ją Bajka w imieniu wszystkich trzech kuzynek. – No proszę, czyli wszystko się zgadza – podsumowała Babu spokojnie i z uśmiechem. Z tonu jej głosu można było wyczuć, że zawsze wiedziała, że będzie się zgadzało. – Ten zamek jest częścią naszego Wielkiego Dziedzictwa, o które musimy dbać. – I jeszcze coś – powiedziała. – Zapamiętajcie, że dobrze królować, czyli panować, na przykład nad waszym życiem, to znaczy służyć. Bogu i ludziom, których Bóg postawi na waszej drodze. Służyć im z radością i poświęceniem. – Acha – dodała. – Wiedzcie, że w zamku jest bezcenny skarbiec, z którego zawsze możecie korzystać. Wszystkie tradycje, o których dowiecie się w bibliotece zamkowej i innych miejscach, są wasze. Nie zapominajcie o tym. Każda z tradycji, które tutaj poznajecie, przyda się wam potem w jakimś, najbardziej nieoczekiwanym, momencie. Zobaczycie.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Wygrys widział, że dziewczynki gdzieś pobiegły. Właściwie widział tylko doły ich wlokących się po trawie sukien. Przed oczami migały mu pomalowane paznokcie. Już miał się udać w dalszą drogę, kiedy usłyszał dźwięk kopyta uderzającego w puchar. Myślał, że to któryś z koników niechcący rozbił kieliszek, kiedy po chrząknięciu i prychnięciu rozpoznał Szarego. Domyślił się, że Szary usiłuje coś powiedzieć, więc przysiadł przy eleganckich tenisówkach, które rozpoznał jako buty Ody. Oda była już na tyle duża, że nie biegała w grupie bosych dziewczynek z pomalowanymi paznokciami. Długie, ciemnobrązowe włosy miała rozpuszczone, więc spływały jej aż pod stół i łaskotały teraz Wygrysa w ucho. W pierwszym odruchu chciał, dla żartu, rozwiązać jej sznurówkę, ale postanowił jeszcze się nie ujawniać. Konik odchrząknął jeszcze raz, po czym powiedział cichym i wzruszonym głosem coś, czego Wygrys nie dosłyszał. Docierały do niego tylko niektóre zdania. Szary musiał stać gdzieś daleko od niego.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Ponieważ zgromadziliśmy się tu dzisiaj tak licznie i podobna okazja może się szybko nie powtórzyć, chciałem ogłosić coś, co wydaje mi się ważne. Jeszcze nie tak dawno nie wiedziałem, czy dane mi będzie kiedykolwiek znaleźć się znowu w Cudownej Krainie Przodków, znanej w szerokim świecie jako Tamdia, ale tak się stało. Dzięki temu czytałem napisy w podziemiach i księgi w bibliotece, której dogląda Babu. Milka pokazywała mi zdjęcia w albumach. Miałem okazję pooddychać naszymi starymi, dobrymi tradycjami, które natchnęły mnie i zainspirowały między innymi do tego, żeby załatwić rzeczy ważne, a może najważniejsze. Będąc tutaj zrozumiałem, że ten zamek jest częścią naszego Wielkiego Dziedzictwa, które musimy ochronić. Musimy w nim zachować i odbudować wszystko, co najlepsze. Wydaje mi się, że możemy to robić odbudowując wszystko, co najlepsze w nas samych. Obiecuję wam, że zaczynam od siebie. Postanowiłem naśladować bohaterów i innych dzielnych mieszkańców zamku i okolic. Przodków, którzy byli tu przed nami, przychodzili i odchodzili na przestrzeni wieków. Postanowiłem spróbować stać się dobrym i odważnym. Koniem honoru. Postanowiłem nie bać się usiłować być dobrym.
Po tych słowach zrobiło się cicho. Wygrys już miał zacząć iść dalej, kiedy znowu usłyszał konika. Tym razem można go było zrozumieć bez problemu: – Chciałem skorzystać z okazji i powiedzieć moim kolegom, i Julce, że przepraszam ich za wszystkie złe rzeczy, które im kiedykolwiek zrobiłem i przebaczam im wszystkie złe rzeczy, które oni kiedykolwiek zrobili mnie. Tej nocy o wszystkim zapomniałem i proponuję, żebyśmy zostali nowymi konikami. Tak jakbyśmy się dzisiaj poznali. – Ostatnie zdanie dodał wznosząc puchar w geście pojednawczym.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Koniki zarżały z zażenowaniem przechodzącym w aprobatę. Potem zaczęły z entuzjazmem klaskać kopytami. Inni zastanawiali się nad jego słowami, a wzdłuż stołu przeszedł dobry i radosny, świeży powiew. Wygrys dalej przemieszczał się pod stołem, ale od tej chwili szedł w dobrym nastroju. W końcu poczuł głód. Po znoszonych butach wędrowca poznał Szymona Solidnego. – O, bujek Szyek – powiedział do siebie i zapytał spod stołu, ciągnąc go za nogawkę: – Czy jest jeszcze gluszcz? Szymon Solidny domyślił się, że chodzi o gulasz. Nałożył mu sporą miseczkę i postawił ją pod stołem, bo domyślił się też, że Wygrys tam chciałby ją zjeść. Gulasz był świetny. „Doprawiony zupełnie jak dla dorosłych” zauważył z zadowoleniem Wygrys. Wzmocniony zaczął iść szybciej. Kiedy natknął się na śpiącego Psa Milki wiedział, że dotarł do rejonu stołu zajmowanego przez młodzież. Szybko go minął, ale zawrócił, kiedy usłyszał, że młodzi ludzie, jak zwykle, wpadli na świetny pomysł. Zorientował się, że Julka namawia wszystkich, żeby zamieszkali w zamku na stałe. – Jeżeli traktujemy sprawę poważnie, musimy wszystko pozałatwiać, zanim zacznie się rok szkolny. Potem zrobi się za późno – zauważyła trzeźwo Milka. – Rok szkolny, czy musimy rozmawiać o czymś takim w czasie wakacji?!… – jęknął Mateusz. – A ja się cieszę na rok szkolny – Ala poprawiła się na krześle, żeby wyglądało, że jest starsza. – Tak, oczywiście, bo to będzie twój pierwszy – powiedział Mateusz z miną kogoś, kto wie na temat roku szkolnego dużo więcej, niż ona. – Co to jest rok szkolny? – zainteresowała się siedząca koło nich Gabinka. – Ciebie to jeszcze nie dotyczy, ale to jest naprawdę straszne. Szczególnie, kiedy się zaczyna – Mateusz postraszył Gabinkę, która patrzyła teraz na niego szeroko otwartymi oczami. – Nie bój się, ja wstąpię do straży ogniowej i obronię cię za każdym razem, kiedy tylko zadzwonisz do remizy – obiecał jej szlachetnie Młody Strażak. Był w tym samym wieku, co Gabinka i też nie miał pewności, jakie dokładnie zagrożenia może nieść ze sobą rok szkolny. – A ja wierzę mojej siostrze i jeżeli Ala mówi, że rok szkolny jest świetny, to na pewno jest – powiedziała z przekonaniem Zosia, która była jeszcze młodsza od nich, a do swojej starszej siostry miała całkowite zaufanie.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Ich zdania na temat roku szkolnego mogły być podzielone, ale myśl o pozostaniu w zamku wydawała się pociągająca wszystkim bez wyjątku. Rozmowie przysłuchiwały się dwie bardzo małe dziewczynki, Anusia i Olusia, leżące w olbrzymim koszu z parasolką. Kosz stał na trawie, zaraz za krzesłami Gabinki i Młodego Strażaka, który przypomniał sobie że, jako strażak, ma się opiekować Olusią. Pochylił się nad koszem, a Gabinka włączyła im karuzelę z barankami. – Ale świetna ta karuzela! – Młody Strażak od dzieciństwa lubił mechaniczne zabawki. – To jeszcze moja, dostałam ją w dzieciństwie od babci Kaliforni – powiedziała z rozmarzeniem Gabinka. Anusia i Olusia nie zwróciły najmniejszej uwagi na wirujące baranki, bo były zajęte rozmową w międzynarodowym języku niemowląt, którym tylko one mówiły w tej chwili w zamku. Zosia pamiętała jeszcze niektóre wyrażenia, a pozostali już tylko kilka pojedynczych słów. – Babu! – powiedziała z przekonaniem Olusia. – Yhym! yhym!! yhyhym!!! – entuzjastycznie potwierdziła Anusia. – One mogą mieć rację – podchwyciła Julka. – Jeżeli ktoś może nam to załatwić, to tylko Babu.
Bajka i młodszy subiekt Mikołaj wyłączyli się z rozmowy dzieci, bo byli za duzi, żeby mieć nadzieję na wieczne wakacje. – Dlaczego w Sklepie z Kredkami nie chciałeś nam dać tych pisaków z zakrętkami jak czapki krasnoludków? – Bajka zapytała go o coś, co męczyło ją od dawna. – Obawiałem się o was. – Jak to? – Wiedziałem, że te pisaki JE wam sprowadzą. Tak było napisane na pudełku. I nie wiedziałem dokładnie, co z tego wyniknie. Swoją drogą wątpiłem, czy ONE będą prawdziwe. Myślałem, że to tylko reklama. Czy mogę się jakoś z NIMI zobaczyć? – Dzisiaj nie pracują. Babu je zwolniła ze względu na hałas, jaki robią, ale jeżeli przyjedziesz w zwykły dzień, to nie ma żadnego problemu. Są prawdziwe. Dokładnie takie, jak w bajkach. Trochę niemiłe, ale po bliższym poznaniu całkiem w porządku. Powiedziałabym, że zdziwaczałe. Ale wiesz, mają już kilkaset lat, tak że trzeba to wziąć pod uwagę. I naprawdę dużo się można od nich nauczyć. Między innymi znają stare rzemiosła, które już wymarły. – No nie mów! – Mikołaj aż uniósł się na krześle. – To na pewno przyjadę. Bardzo mnie interesują te rzemiosła. W tym momencie Bajka podskoczyła i krzyknęła, bo coś miękkiego i puchatego otarło jej się o nogę. – O! Tu jesteś… – powiedziała biorąc Wygrysa na kolana. – Wszyscy cię szukaliśmy! – Hrrrrr rrrrrrrr wrrrrrrr – zamruczał Wygrys z zadowoleniem. Przeszedł na kolana Milki i zamruczał do niej przepraszająco. Pod wpływem tego, co usłyszał w dorosłej części stołu, wszystko wszystkim wybaczył i czuł się jak nowy. W końcu przeczołgał się na kolana Julki i tam, po ostatnim pojednawczym mruknięciu, zwinął się do snu. Zdążył zmrużyć oczy, kiedy od strony zamku dobiegł wszystkich głośny, głuchy, metaliczny odgłos. Po chwili dołączyło do niego dudnienie i zgrzyty. Wszyscy byli mocno poruszeni. – Takie zgrzyty na porządnej uczcie? – zapytała mocno wyperfumowana kobieta. „To pani Prumprina” rozpoznał jej głos Wygrys otwierając oczy. „Nigdy jej się nic nie podoba” pomyślał siadając. Wiedział, że już nie zaśnie. Dziwne odgłosy dochodziły aż do końca stołu, daleko w głębi ogrodów. – A cóż to takiego? – pytali wszyscy także i tutaj. – Może to Goniec Królewski? – wiadomość o jego przybyciu dotarła do tej części stołu dopiero przed chwilą. Wędrując wzdłuż niekończącego się stołu, informacja została o tyle zniekształcona, że według niej przyleciał balonem, z którego wszystkich z łatwością fotografuje. Goście odruchowo poprawili się na krzesłach, a dwie panie przypudrowały nos. Rozmawiali coraz bardziej nerwowo: – Balonem? – Oczywiście, że balonem, na gaz, właśnie słyszałem. Niebieskim, z wyraźnym napisem Goniec Królewski. – Balony aż tak nie hałasują. – A jeśli doczepił motor?
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Od strony zamku zaczęła biec przez stół wiadomość, że być może będzie zaraz szedł orszak królewski. Za chwilę przy drugim końcu, tym w ogrodzie, szeptano już, że przyjechali Olszewski i Wróblewski. Tajemnicze dźwięki nie ustawały, budząc coraz większe zaniepokojenie. Ponieważ goście czuli się równie zdezorientowani, co zaciekawieni, zaczęli wstawać od stołu. Spacerem szli w stronę zagadkowego dudnienia i zgrzytów, do których dołączył teraz głośny plusk. Dla tych, którzy pierwsi dotarli do fosy, stało się jasne, że dziwna konstrukcja, którą wszyscy brali za rusztowanie potrzebne do odnowy zamku, jest w istocie długą i kręconą zjeżdżalnią. Zaczynała się u szczytu najwyższej wieży, a potem, zakolami i serpentynami oplatała różne rejony zamku. W niektórych miejscach wjeżdżała nawet do środka. Czasem tworzyła spiralę. Gdzieniegdzie wyglądała na niesamowicie stromą. Nikt nie wiedział, że Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca nie pojawił się na uczcie, bo pracował nad czymś ważnym. Testował zjeżdżalnię. W tej chwili wpadł właśnie do wody w fosie, z powodzeniem kończąc test finałowy. Goście, w pierwszej chwili zszokowani, odzyskiwali głos. – Ale jak to, tak w ubraniu? – zapytał ktoś sceptyczny.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Jakby w odpowiedzi na jego pytanie, Wielki Naprawczy wyszedł z fosy i, nie mówiąc ani słowa, stanął pod rudą metalową rurą, pionowo wychodzącą z ziemi i zakrzywioną jak starodawna laska albo cukierek choinkowy. Rura miała przekrój jednego metra. Z jej zewnętrznej ścianki sterczał gruby pręt zakończony błyszczącą, mosiężną gałką dużych rozmiarów. Wielki Naprawczy pociągnął gałkę w dół, a z rury dmuchnęło na niego powietrze, które o mało nie zwaliło go z nóg. Po sekundzie wyszedł spod otworu rury całkowicie suchy, w suchym ubraniu i z zupełnie rozprostowanymi włosami. Rozległy się rzęsiste brawa. Goście po kolei składali mu gratulacje. Niektórzy zadawali pytania natury technicznej. Zjeżdżalnia stanowiła piękny widok i robiła wrażenie zarówno na miłośnikach techniki, co na znawcach architektury. Składała się z metalowych płacht w różnych kolorach, różowawych, rudych, brązowawych, złotych i srebrnych (Wielki Naprawczy zdobywał na nią materiały w różnych miejscach). Płachty lśniły w zachodzącym słońcu. Ponieważ była zwodzona, z boku sterczały gdzieniegdzie części skomplikowanego mechanizmu. Od spodu widać też było duże, piękne, okrągłe nity łączące poszczególne części, które dodatkowo ozdabiały konstrukcję. Była wykonana po mistrzowsku i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Widać w niej było całą pomysłowość, fachowość, precyzję, cierpliwość i pracowitość Wielkiego Naprawczego Wszystkiego, Konstruktora, Mechanika i Wynalazcy w jednej osobie.
Jako pierwszy po Wielkim Naprawczym na górnym piętrze najwyższej wieży pojawił się Szymon Solidny. Udał się w długą i nieznaną trasę zakończoną w fosie, wesoło pogwizdując i bez najmniejszych obaw. Od dzieciństwa lubił tego rodzaju wyzwania. Poza tym miał kręcone włosy i chciał zobaczyć jak będą wyglądały rozprostowane jak druty. Innych też nie trzeba było namawiać. Zaczęła się radosna zabawa, która trwała do późna w nocy. Zjeżdżali absolutnie wszyscy goście, bez względu na wiek i strój. Niektórzy uważali, że najlepsza jest sama jazda, inni zjeżdżali tylko po to, żeby wpaść do wody. Byli też tacy, którzy nie mogli się doczekać na wesoły moment suszenia. Przy suszarce cały czas stała grupa obserwatorów, bo rozprostowywanie włosów wyglądało dosyć śmiesznie. Za drążek pociągał Wygrys. Niektórzy zmieniali się nie do poznania.
– Mogę jechać w środku? – zapytała Julka, kiedy stanęły na szczycie najwyższej wieży z Bajką i Milką. Zjeżdżalnia była na tyle szeroka, że można było zjeżdżać w trzy albo nawet cztery osoby. Wystartowały, siedząc obok siebie, i trzymając się za ręce. Pęd był niesamowity. Jadąc oczywiście piszczały, szczególnie na zakrętach i przy gwałtownych spadkach. Piękny, duży, mądry i łagodny pies jechał zaraz za nimi, ale energicznie się oparł, kiedy Milka próbowała go wciągnąć pod suszarę rurową. Wystarczyło mu własne otrząśnięcie.
– Nawiasem mówiąc, najwięcej problemów miałem z dmuchawą suszarą – tłumaczył Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca Gońcowi Królewskiemu. Goniec zapisywał szczegóły w notesie, żeby móc potem rzetelnie relacjonować wydarzenie nieobecnym na uczcie. – Ale ogólnie rzecz biorąc, to nie było nic takiego – Wielki Naprawczy zakończył wywiad z właściwą sobie skromnością.
Ci, którzy nie umieli pływać, zjeżdżali z innymi, trzymając ich za rękę. Osoby towarzyszące chętnie udzielały pomocy i przy okazji uczyły pływania. Oczywiście najtrudniej pływało się paniom w długich sukniach, ale pocieszające było to, że dmuchawa, dzięki swojej wielkiej mocy, całkowicie suszyła każde ubranie w kilka sekund. Goście pozdejmowali wszystkie klejnoty, które mieli na sobie, żeby nie ciągnęły ich na dno. Poukładali je na trawie. Okazało się, że jest im bez nich tak lekko, wygodnie i dobrze, że wcale nie starali się ich potem znaleźć. Przez kolejne wieki klejnoty znajdowano koło zamku przy plewieniu i odśnieżaniu i większość przekazywano na cele dobroczynne.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Gwar i śmiechy nie ustały długo po zapadnięciu zmroku. Noc była ciepła i gwiaździsta. Zjeżdżalnię, oświetloną teraz dodatkowo przez okna zamku, było dalej dobrze widać. Goście podziwiali ją na tle podświetlonych okien, kolorowych jak kredki ułożone w pudełku w tęczę. Ze wszystkich stron słychać było głosy podziwu dla precyzji i piękna konstrukcji. Nie wszyscy w pełni rozumieli, jak działa mechanizm zwodzonej zjeżdżalni z suszarą dmuchawą, ale wszyscy wiedzieli, że jest skomplikowany i funkcjonuje bez zarzutu. Machina, a właściwie cały ich system, nie schodziła z ust gości. Wszyscy ci, którzy akurat nie zjeżdżali, rozmawiali tylko o niej. Goniec Królewski obfotografował ją ze wszystkich stron aparatem, a dobra dusza Pralinka zrobiła też, na wszelki wypadek, kilka zdjęć swoją pamięcią fotograficzną. Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca przez cały czas stał skromnie z boku, ale nikt nie miał wątpliwości, że jest bohaterem dnia.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Szanowny Wędrowcze, Jeżeli myślisz, że tę książkę warto przeczytać, daj innym znać, chociaż w jednym zdaniu, dlaczego warto.
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami
Jest to spontaniczna, nieśmiała prośba koników do Wędrowców, którzy wstąpili do Zamku z prawdziwego zdarzenia, a może nawet zatrzymali się w nim na dłużej. Zwłaszcza do Tych, którym się tu podobało i uważają, że jest to książka warta, żeby do niej wejść, zatrzasnąć za sobą okładki i chwilę w niej posiedzieć.
Chodzi po prostu o jakieś dobre słowo, lub dwa.
Może jedno zdanie.
Każda wypowiedź od serca, choćby najkrótsza, będzie przyjęta przez koniki z najwyższą końską wdzięcznością.
Wszystkie rzeczy liczą się w życiu, nawet te najmniejsze, więc, kto wie, może właśnie te krótkie wpisy pomogą konikom pogalopować dalej. Zależy im na drugim wydaniu książki, bo one poza nią przecież w ogóle nie istnieją.
Dobre słowo pod adresem tej książki można wysłać do koników na email:marta.kotburska@gmail.com
Koniki wpiszą je do Zamkowej Księgi Wędrowców, czyli tutaj:
Zamek z prawdziwego zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z kolorowymi oknami
Z Bogiem w sercu
Wielkie Tajemnice, ale nie magia
Książka przygodowa bez brudu i złej symboliki
napisana jako zachęta do obrony Prawdy Wiecznej
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Rozdział 32
Zaraz się zacznie
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Konie królewskie wyszły z kuchni razem z dziewczynkami, ale nie poszły z nimi odwiedzić Ody. Chciały natychmiast dowiedzieć się od Babu więcej na temat uczty. Stojąc w krótkiej trawie przed kuchnią zauważyły, że niekończąca się serweta niekończącego się stołu nie odfruwa. Mimo że prawie nic na niej jeszcze nie leży, a wieje wiatr. Z obu stron stołu, co kawałek, przypięte były do serwety ciężkie metalowe obciążniki. Każdy w kształcie innego owada. Stół zaczynał się na dziedzińcu i ginął daleko w głębi ogrodu. W wielu miejscach ocieniały go drzewa. Miękka trawa, na której stał, przypominała zielony dywan. Za oparciami krzeseł unosiły się balony z metalicznym połyskiem, przywiązane na długich nitkach do specjalnych ciężarków do balonów, zrobionych z masy solnej. Każdy balon miał inny kolor, podobnie jak ciężarki, a kolory przepięknie się komponowały. Koło każdego ciążarka do balonu był też, oczywiście, stojak na proporzec. – Nawet ciężarki zdążyła zrobić. Na pewno jest zajęta. Tak łatwo jej nie znajdziemy… – uświadomił wszystkim Ciemnoszary. – Szczególnie jeżeli będziemy się bardzo starać. Może udajmy, że jej nie szukamy i wtedy sami na nią wpadniemy – zaproponował Grafitowy.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Uznali, że to dobry pomysł, tym bardziej że mieli też inne sprawy na głowie. Postanowili znaleźć Julkę, żeby jej dać cudowny pierścionek z jagodą. Albo przynajmniej go pokazać i dać do ponoszenia na jakiś czas. Zobaczyli ją z daleka, przechadzającą się po ogrodach z królową Krystalią. Podeszli na tyle blisko, że usłyszeli rozmowę. – To wcale nie jest trudne. Takie rzeczy wypływają jedna z drugiej. Trzeba po prostu od czegoś zacząć. Oprócz zajazdu dla zwierząt otwarłam też Zakątek, coś w rodzaju żłobka i przedszkola dla młodych psów i kotów – mówiła Krystalia. – Wydaje mi się, że to strasznie dużo pracy. Tyle kotów i psów w różnym wieku! – W tej chwili pomaga mi hodowca zwierząt zwany Wujem. Jest naprawdę doświadczony. Mam dzięki temu czas na inne sprawy. – Czy masz na myśli Wuja, ogrodnika zamkowego? – On się już nie zajmuje ogrodnictwem. Od zeszłego tygodnia. Przyjdzie tu potem, po nakarmieniu zwierząt, bo prowadzi im stołówkę. Popilnujesz przez chwilę psów? Zrobię kotom przyjemność i przejdę się z nimi po labiryncie, one świetnie znajdują drogę powrotną. Są wtedy takie dumne. Królowa włożyła Julce do ręki pęk smyczy i weszła za ścianę z żywopłotu, prowadząc grupę kotów zamkowych. Widać było tylko parasolkę, której używała tego dnia od słońca. Labirynt był ciekawy, bo poprzerastany dziką przyrodą. Julka z zapałem zabrała się do pilnowania psów, kiedy podeszły do niej koniki.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Widzieliście jej suknię? – zapytała. – Nie zdążyłam się dowiedzieć, skąd coś takiego wzięła. W życiu nie będę taka elegancka – dodała. Szary stwierdził, że nadszedł idealny moment i popatrzył na nią poważnie: – Może właśnie teraz masz szansę – powiedział tajemniczo. Równocześnie podał jej coś, na kopycie spoconym ze zdenerwowania. Wyglądało to jak zmięta kartka pożółkłego papieru. – Zmierz sobie – dodał z powagą. Julka odwinęła z bibułki pierścionek z jagodą i pierwszy raz w życiu włożyła go na palec. Pasował idealnie. Jagoda wyglądała świeżej niż kiedykolwiek. – Możesz go dzisiaj nosić cały dzień – Szary był zadowolony z wrażenia, jakie pierścionek zrobił na Julce. – Chcielibyśmy ci go dać na zawsze, ale wydaje nam się, że powinien zostać odłożony tam, gdzie go znaleźliśmy. Julka powoli podniosła oczy znad pierścionka i zapytała: – Do książki schowka? – koniki zbaraniały. – To ja go tam włożyłam. Zapytałam Babu, czy zna jakąś dobrą kryjówkę. To była moja niespodzianka dla was. – Powiedziała, po czym dodała z uśmiechem: – A teraz stał się też waszą niespodzianką dla mnie. Jesteście takie kochane! Koniki dalej stały jak wryte, ale było im teraz naprawdę przyjemnie. – Wiecie, że on nie jest zwyczajny? – ciągnęła Julka. – Tak, Szary przeczytał nam przez lupę… – powiedział cicho Ciemnoszary w jasne łaty. – No, właśnie, na dodatek mamy go od bardzo starego ogrodnika – Julka opowiedziała im o kępie jagód. – Ogrodnik często tam bywał, tak że to jest pewne – zakończyła. Koniki słuchały w osłupieniu. W końcu Szary powiedział patrząc na Julkę: – Żeby mieć więcej czasu, trzeba przestać się spieszyć. Zatrzymaj się i pomyśl dokąd idziesz, i czy naprawdę chcesz tam iść. Dobrze wykorzystać czas, znaczy być dobrym. Znajdź czas dla innych, w tym biednych, nieszczęśliwych i odrzuconych. Nie bój się być dobrym, nawet jeżeli prawie ze wszystkich stron słyszysz rady, żeby wybrać coś wręcz przeciwnego.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Słuchając Szarego, Julka wpatrywała sią w jagodę i kiedy skończył, sama nie wiedząc jak, przeczytała jeszcze coś: – Nie wstydź się być dobrym. Zrób coś dla innych. Tylko na to warto poświęcać czas. Zobaczysz, że czasu ci od tego przybędzie, a nie ubędzie. Na chwilę zapanowało milczenie. – Czyli mamy to, czego szukaliśmy… – potwierdziła poważnie Julka. Miała teraz wrażenie, że cudowny pierścionek został przeznaczony naprawdę dla niej. Można powiedzieć, że dostała go dwa razy. Zaraz po znalezieniu zastanawiała się, co z nim zrobić i myślała między innymi o tym, żeby zachować go dla siebie. Targały nią różne myśli, ale w końcu postanowiła się nim podzielić, czekała tylko na odpowiedni moment. Do tego czasu ukryła go w kryjówce, o której powiedziała jej Babu. Julka miała do niej całkowite zaufanie. Teraz doznała ulgi, że dostała pierścionek od koników. Mogłaby uważać, że zepsuły jej całą niespodziankę. Zamiast tego czuła, że została, w przedziwny sposób, nagrodzona za chęć podzielenia się skarbem. – Cieszysz się? – zapytał Szary, który widział, że rozpiera ją radość. – Tak, bardzo się cieszę. Też z tego, że wy się cieszycie. Czuła się naprawdę szczęśliwa.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Oddała smycze królowej Krystalii, która wyszła właśnie z labiryntu, i zaczęła się rozglądać za Bajką i Milką. Chciała natychmiast wtajemniczyć je w sprawę pierścionka z jagodą. Postanowiła zrobić z niego pierścień przechodni wszystkich kuzynek. Poszła w stronę stołu, bo wiedziała, że tego dnia życie zamkowe skoncentruje się koło niego. Zauważyła, że stół nie był już całkiem pusty. Poza tym, na jednym z ocieniających go drzew, siedział Wygrys. Bawił się w kontrolera stołu, który rozciągał się pod nim daleko w jedną i drugą stronę. Widział z góry, że stół stoi na ślicznej zielonej trawie, a na różowawozłotawo połyskującej materii pojawia się coraz więcej potraw. Na razie były to tylko owoce, ciasta i inne słodycze, które miały tam leżeć od samego początku uczty. W ten sposób każdy mógł skończyć jedzenie innych rzeczy i przejść do deseru, kiedy chciał. Podchodząc do Wygrysa, Julka przypomniała sobie, że to ona wrzuciła go na drzewo, zresztą na jego własną prośbę, a potem o nim zapomniała. – Nie umiesz zejść? – zapytała z troską. – Umiem, ale mi się nie chce – odpowiedział Wygrys, po czym szybko dodał: – Ale możesz mi pomóc, jeżeli chcesz. Kiedy znalazł się bezpiecznie na trawie, za ich plecami pojawiła się nagle Milka. – Nie widzieliście Bajki? – zapytała zdyszana. – Pojechała na koniu, odwiedzić konie u sąsiadów – powiedział Wygrys, który siedząc na drzewie, dużo zaobserwował. – W której stadninie? – Jakiejś, w której mieszka szara dzika świnia Umba. Mówiła coś takiego do Wuja, który ją wypytywał, bo ostatnio bardzo interesują go zwierzęta.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Acha, wiem, świetnie, to jest niedaleko – powiedziała Milka, zapinając na smycze psy królowej Krystalii – chodźcie, pobiegniemy tam. – Pilnujecie delmatyńczyków? – Zapytał Wygrys. Milka skinęła tylko głową. Nie miała czasu, żeby go poprawiać. – Też bym się z wami wybrał. – Nie umiesz tak szybko biegać. Poczekaj na nas koło stołu, nigdzie nie odchodź – poprosiła go Milka, najładniej jak umiała, i już ich nie było. Dalmatyńczykow też. „Ciekawe co na to powie pies Milki” pomyślał Wygrys z przekąsem. „Jest piękny i łagodny, ale chyba może się kiedyś wkurzyć…”. W tym momencie usłyszał rozmowę szybko przechodzących koło stołu koników. Był za bardzo rozżalony, żeby się do nich przyłączyć. Postanowił bawić się dalej sam.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
* * *
Koniki natomiast były tak zajęte, że nawet go nie zauważyły.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Co za chaos… Niczego się dzisiaj nie dowiemy. Padniemy, a nie znajdziemy jej. Nawet nie dostaliśmy w kuchni misek do wylizania z masy, a przecież pieką na okrągło – powiedział konik w kolorze zjełczałej śmietanki. – Wydaje mi się, że usłyszałem z rozmowy krojących jarzyny, że Babu osobiście dogląda wywieszania świeżych flag – powiedział Grafitowy. – Każdy mówi co innego – westchnął Kary zrezygnowanym głosem. – Po tej stronie musiała już być – konik w kolorze skorupki jajka zadarł łeb do góry. We wszystkich najwyższych oknach baszt, widocznych od strony dziedzińca, łopotały biało-czerwone sztandary. Zamek wyglądał jeszcze dostojniej, niż zwykle.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Ja słyszałem, jak Wuj powiedział, że niedługo wszyscy już tu będą, ale głupio mi się było pytać, co dokładnie ma na myśli – przypomniał sobie Jasnobrązowy. – Na wszelki wypadek musimy coś ze sobą zrobić. Wyglądamy jak skudlone osły. Nawet nie dotknąłem dzisiaj zgrzebła. Widzieliście, co Julka miała na sobie? – zapytał Szary. Faktycznie, zwróciło ich uwagę, że Julka rzadko chodziła ubrana tak, jak tego dnia. Co prawda miała na sobie, jak zwykle, podkoszulek w szerokie poprzeczne paski, szare i żółte, ale na wierzch włożyła brudnoróżową sukienkę z dekoltem do szpica. Dół składał się z bardzo zmarszczonych falban z gazy w tym samym brudnoróżowym kolorze. Sukienka sięgała do samej ziemi. – Mam przeczucie, że dzisiaj przetestowane zostaną nasze dobre maniery – przy tych słowach Szary cały się wyprostował. – Nie przesadzaj, zawsze musisz panikować i straszyć innych – powiedział konik w kolorze zjełczałej śmietanki. – Nie panikuję, wręcz przeciwnie, cieszę się, bo myślę, że maniery mamy nienaganne.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
W tym momencie przygalopował do nich konik w kolorze herbaty bez mleka, który szukał Babu na własną rękę. W rozgardiaszu nie zauważyli nawet, kiedy się odłączył. Teraz przysiadł na zadzie i wydyszał: – Rozmawiałem z nią, ale tylko przez okno… Jest bardzo zajęta. Powiedziała… żebyśmy… czyścili wszystko… co możemy, naokoło siebie. – Jak to? – rozległy się głosy. – Przede wszystkim mamy oczyścić swoje serca. Otworzyć je na oścież, wywietrzyć i oczyścić. Tak powiedziała. Koniki zamyśliły się nad planem czyszczenia.
* * *
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
W tym samym momencie Wygrys zauważył przemieszczającą się nad stołem dobrą duszę Mylinkę. Chciał z nią porozmawiać, ale była za daleko i momentalnie zniknęła za skrzydłem zachodnim. Na jednym z krzeseł zostawiła stertę rzeczy. Na samym wierzchu leżały pisaki. Wygrys postanowił, że sobie porysuje i usiadł przy stole. Nie miał papieru, więc pogrzebał w stercie i znalazł małe kartoniki. Od razu zabrał się do pracy. Był tak zajęty, że nie zauważył nawet, jak za jego plecami przeszła królowa Awelia. Nic zresztą dziwnego, że jej nie zauważył, bo Awelia spacerowała cicho i spokojnie. Przechadzała się wzdłuż stołu, żeby sprawdzić, czy wyłożono na nim świeże wiśnie i suszoną żurawinę, bo tylko to zamierzała jeść w czasie uczty. Nigdy się nie objadała.
Po jakimś czasie Julka i Milka wróciły w miejsce, w którym zostawiły Wygrysa. Teraz była też z nimi Bajka. Kończyły rozmowę, w trakcie której Julka ustanowiła pierścień przechodnim i jako pierwszej powierzyła go Bajce. Potem miał być przekazywany według wieku (malejąco) i noszony rotacyjnie przez jedną porę roku. Tradycję udało się zachować przez wiele lat. Najmłodsza kuzynka dawała go najstarszej i cykl zaczynał sią od nowa. Przekazywanie pierścienia stwarzało okazję do miłych spotkań kuzynek. Najważniejsze było jednak to, że wszystkie pamiętały, co pierścień zawierał.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Wygrys zauważył, że dziewczynki są bardzo zaaferowane. „Są już nasze trzy pikności” pomyślał, udając że ich nie widzi. Był obrażony. Udawał też, że nie widzi, jak pięknie wyglądają, a wyglądały naprawdę przepięknie. Nie tylko Julka była teraz elegancko ubrana. Bajka i Milka też włożyły, za jej namową, swoje najlepsze stroje balowe. Wszystkim, którzy prawili im potem komplementy, mówiły tajemniczo, że fasony wzięły z Biura Wytłumaczeń, ale Julka wiedziała, że chodzi o Mamusię. Ciocia Uita, ciocia Narta, ciocia Anja, Ciocia Gocia – pisał Wygrys na stołowych biletach wizytowych, starając się nie robić błędów. „Nie, ciocia Anja i Gocia są do siebie za bardzo podobne. Nie mogą siedzieć koło siebie, bo będą się wszystkim myliły” zamruczał do siebie i pomieszał kartoniki. – Co on tam wypisuje? – zainteresowała się Bajka, która zauważyła, że Wygrys się do nich nie odzywa. Zajączka Króliczka, Mateusz Kaczaterusz, inspektor Bardzoważny, Bujek Tomek, fotoreporter Zawszeniewidoczny, Bujek Mariusz, rycerze bliźniaki Janko i Kuba z Irlandii – przeczytała Milka, zaglądając mu przez ramię.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Chyba wymienia wszystkie osoby, które zna, albo o których słyszał. Niech się bawi, przynajmniej jest czymś zajęty. No i nie brudzi się. Wygrys pisał dalej, nie zwracając na nie uwagi: nietoperz Gacek, kot Mruk. – Nie lubi, kiedy się na niego mówi Mruczek – powiedział do siebie, zatykając pisak.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Później dziewczynki miały okazję przekonać się ze zdziwieniem, że Wygrys miał rację. Wiele z osób, którym położył przy nakryciach przygotowane przez siebie kartoniki, naprawdę zjechało na ucztę. Był jeszcze mały, ale o wiele więcej wiedział i rozumiał, niż domyślali się otaczający go starsi. Kiedy dziewczynki zostawiły go w spokoju, powiedział do siebie: – No i oczywiście Dziadzio Henio. Na honorowym miejscu. Z zadowoleniem odłożył kartoniki i pisaki na krzesło, na którym zostawiła je Mylinka. Przy okazji sięgnął po miękki cukierek z wysokiej piramidy słodyczy, zrobionych przed chwilą w kuchni zamkowej. Przed piramidą stał ozdobny podpis:
TuttiFrutti
Wygrys chciał pociągnąć za cukierek z dolnej warstwy piramidy, ale się opanował i wziął inny, z samej góry. Mlasnął z zadowoleniem. Smak wyraźnie coś mu przypominał. Mlasnął drugi raz i już wiedział: bułeczka na słodko pieczona przez Alfreda, którą jadł kiedyś na śniadanie. Niezapomniana. Sięgnął do tacy jeszcze kilkanaście razy i, z zaokrąglonym brzuszkiem, zapadł w drzemkę na miękkiej trawie pod stołem.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Wygrys miał oczywiście rację. Alfred przybył zza morza, kiedy tylko rozeszła się wieść o uczcie. Jako piekarz nadworny czuł się w kuchni zamkowej doskonale i w tej chwili pracował nad kilkudziesięcioma różnymi potrawami równocześnie. Mimo że Babu też dużo tego dnia gotowała, nie było między nimi żadnych konfliktów. Od czasu do czasu wymieniali tylko uwagi i przepisy. Dzielili się doświadczeniami. Alfred podziwiał sztukę gotowania Babu. Zresztą Alfred nigdy z nikim nie wchodził w konflikt. Gotując, dla relaksu wyskakiwał czasem na dziedziniec zamkowy, odetchnąć świeżym powietrzem. Grał wtedy na bębenku razem z muzykantami. Szybko się z nimi zaprzyjaźnił, co też leżało w jego naturze. Tylne drzwi, prowadzące z ciemnego przedsionka kuchennego wprost na krótką mechatą trawkę, zostawiał uchylone. Dzięki temu dobra dusza Limonka, lecąca w tej chwili na rowerze prawie przy samej ziemi z powodu ciężaru plecaka, nie miała problemu z dostaniem się do kuchni. Nie mogąc znaleźć Babu, wypakowała plecak już na pierwszym stole. Ustawiła na nim rząd słoiczków napełnionych sypkimi przyprawami w ostrych kolorach i strasznie piekący sos w małej srebrnej czarce zamykanej na kłódkę. Limonka z przyjemnością zaopatrzyła Babu w przyprawy do uczty, bo była z nią zawsze w świetnych stosunkach.
Mistrzem ceremonii została mianowana tego dnia Zuza, która specjalizowała się w spotkaniach i historii rodzinnej. Zuzy nic nigdy nie było w stanie wyprowadzić z równowagi. Potrafiła zachować zimną krew, nawet jeśli zdarzyły się trzy niespodziewane okoliczności jednocześnie. W tej chwili, przecinając dziedziniec na ukos zdecydowanym krokiem, zrobiła zatwierdzający fistaszek przy słowie „stroje”. W ręce trzymała długą listę spraw do załatwienia. Zawsze nosiła ją przy sobie, przypiętą pinezkami do deseczki. Zuza, która sama wyglądała jak wzór elegancji i kobiecej urody, uznała, że o stroje wizytowe może być spokojna. Wszyscy, z którymi rozmawiała i których widziała tego dnia na dziedzińcu, mieli na sobie nowe
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
wystawne superstroje, które sprawiła im królowa Marylia. Zuza nie wiedziała, że królowa postarała się nawet o to, żeby Babu, królowa Awelia, królowa Krystalia i ona sama, miały na tę okazję suknie obstalowane u najlepszego krawca w Królewskim Grodzie Prastarym. Według jej zamówienia, każda z sukien miała być inna, a jednak coś miało je łączyć. We wszystkich pozostałych kwestiach zdała się na Wiekiego Krawca, który jako artysta nie lubił, żeby mu za dużo narzucać. Suknie były zupełną niespodzianką, o której nie wiedział nikt oprócz Marylii i krawca. Miały zostać dostarczone lada moment. Marylia czekała na nie troszeczkę niespokojna, co było w tej sytuacji zupełnie zrozumiałe. Przechadzała się długim korytarzem, tam i z powrotem, spodziewając się posłańca.
Zuza natomiast spotkała na dziedzińcu doktora. Uzgadniała z nim procedury i środki na wypadek nagłych potrzeb: – Sole trzeźwiące? – Oczywiście! – potwierdził z uśmiechem doktor Żart-Skuteczny, a Zuza wykreśliła je z listy. – Balsam na żołądek? – Ma się rozumieć. – Czy czegoś nie brakuje? – Nie, na wszystkie inne schorzenia zastosujemy przede wszystkim rozśmieszanie – powiedział doktor zacierając ręce. Zuza była usatysfakcjonowana. Rozmowie przysłuchiwał się Pan Janek, który przyszedł z niezobowiązującą przedpołudniową wizytą. Siedział przy końcu stołu i pił kawę z dobrą duszą Luellą, która przyleciała z bardzo daleka, a mimo to była radosna, wcale nie zmęczona i wyglądała świeżo jak pierwsze dni wiosny. Dobra dusza zerwała się zaraz po wypiciu kawy.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Na ławie czekał na nią długi rząd dziewczynek, które usadowiły się tam wiedząc, że Luella, zupełnie wyjątkowo, tego dnia pomaluje im paznokcie u nóg. Miała ze sobą tylko jedną buteleczkę przeźroczystego lakieru o nazwie Kameleon, którego kolor, już na paznokciach, zamieniał się w taki sam, jak kolor sukienki. Przed zeskoczeniem z ławki dziewczynki machały przez chwilę palcami u nóg, żeby lakier dobrze wysechł. Potem przesiadały się na inną ławę, na której czesała je dobra dusza Hobby, która niespodziewanie przyleciała na tę okazję aż z Tudii. Robiła fryzurę wszystkim chętnym, pod warunkiem że zgodzą się
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
na fryzurę niespodziankę. Miała pełne ręce roboty, bo wszyscy odchodzili zadowoleni ze swoich niespodzianek i zaraz przyprowadzali innych. Dodatkowym bonusem było to, że Hobby potrafiła każdą uczesaną osobę odchudzić w 5 minut, oczywiście jeżeli osoba była zainteresowana i jeżeli obiecała, że nic nie zje do końca dnia. Pan Janek zniknął zaraz po wypiciu kawy, nie chcąc nikomu przeszkadzać.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Szanowny Wędrowcze, Jeżeli myślisz, że tę książkę warto przeczytać, daj innym znać, chociaż w jednym zdaniu, dlaczego warto.
Jest to spontaniczna, nieśmiała prośba koników do Wędrowców, którzy wstąpili do Zamku z prawdziwego zdarzenia, a może nawet zatrzymali się w nim na dłużej. Zwłaszcza do Tych, którym się tu podobało i uważają, że jest to książka warta, żeby do niej wejść, zatrzasnąć za sobą okładki i chwilę w niej posiedzieć.
Chodzi po prostu o jakieś dobre słowo, lub dwa.
Może jedno zdanie.
Każda wypowiedź od serca, choćby najkrótsza, będzie przyjęta przez koniki z najwyższą końską wdzięcznością.
Wszystkie rzeczy liczą się w życiu, nawet te najmniejsze, więc, kto wie, może właśnie te krótkie wpisy pomogą konikom pogalopować dalej. Zależy im na drugim wydaniu książki, bo one poza nią przecież w ogóle nie istnieją.
Dobre słowo pod adresem tej książki można wysłać do koników na email:marta.kotburska@gmail.com
Koniki wpiszą je do Zamkowej Księgi Wędrowców, czyli tutaj:
Zamek z prawdziwego zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z kolorowymi oknami
Książka przygodowa napisana w obronie Prawdy Wiecznej
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Rozdział 31
Zamek do góry nogami
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Ostatnia burza tego lata, a właściwie cała ich seria, umyła zamek tak, że aż błyszczał. Poza tym odświeżyła całe jego zielone otoczenie i orzeźwiła powietrze. Następnego dnia Szary obudził się wcześnie, ze świadomością, że mają mnóstwo spraw do załatwienia. Przez uchyloną okiennicę wpadały do komnaty z derkami promienie słońca, które, mimo wczesnej pory, świeciło mocno. Przez tę samą szparę dostawały się też do środka powiewy rześkiego powietrza mobilizującego do działania. Poza tym słychać było muzykę. – Babu, kto to gra? – Szary zdążył ją zatrzymać w drzwiach, kiedy przyszła do komnaty po coś, czego zapomniała. – Wyjrzyj na dziedziniec, to zobaczysz. Szary wypchnął okiennice i teraz dopiero dźwięki piszczałek i bębenków całkowicie wypełniły komnatę. – Ale kto to jest? – zapytał, chociaż wyglądało na to, że Babu się spieszy. – Tak się dobrze złożyło, że akurat nocowali w zamku muzykanci. – Dlaczego dobrze się złożyło? – Ze względu na wielką ucztę. – Dzisiaj? – Dzisiaj. – Jak to? I my nic nie wiemy?!!! – W zasadzie to się okazało dopiero wczoraj, nie miałam czasu wam powiedzieć. – Ale dlaczego tak nagle? I w ogóle co to za uczta? – Szary od razu się zdenerwował, bo nie był szczególnie towarzyski, więc przed ucztami miał tremę. – Takie rzeczy zdarzają się w zamkach. Nic się nie martw, wszystko będzie dobrze – Babu zmierzwiła mu grzywę i wyszła z komnaty raźnym krokiem.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Szary zorientował się, że dziewczynek też już nie było pod kołdrami. Starając się zebrać myśli, wywiesił się przez okno na tyle, na ile pozwalał rozsądek. Dla bezpieczeństwa zahaczył tylne kopyta o nierówne kamienie muru metrowej grubości, tworzącego parapet. Usiłował wytężyć wzrok. Po pierwsze zauważył podłużny stół, który biegł w kierunku ogrodów i wydawał się nie mieć końca. Przebiegał nawet nad fosą, w ten sposób, że ustawiono go na moście. Szary był pewien, że długa wstęga materii, która w słońcu mieniła się różowozłotawo, musiała przykrywać wszystkie stoły z całego zamku zestawione w jednej linii. Nie to jednak najbardziej go zafrapowało. Obserwował grupę muzykantów, do których dosiadł się ktoś w stroju piekarza i fantastycznie grał na bębenku.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– To musi być Alfred – szepnął do siebie – tylko On tak gra. Wskoczył z powrotem do komnaty i zarżał: – Wstawajcie! Coś się tu dzisiaj szykuje! Konie królewskie potraktowały jego okrzyk jak alarm. Wiedziały jak się zachować w takiej sytuacji, jeszcze z czasów służenia w armii. Poza tym lubiły, kiedy coś się działo. W kilka minut były gotowe, razem z umyciem zębów. Na mycie zębów przed śniadaniem, pozwalały sobie tylko w warunkach nadzwyczajnych, kiedy przeczuwały, że później nie będzie na nie czasu. Skorzystały z tajnych schodów, prowadzących do tajnego przejścia do kuchni. Nie zabłądziły ani raz. Wiedziały, że w kuchni najłatwiej będzie się czegoś dowiedzieć. Oczywiście, jeżeli nie zostanie się przedwcześnie przepędzonym. Na tylnych drzwiach od kuchni zobaczyły przybitą dużymi czterema gwoździami płachtę papieru, zwijającego się na rogach. Płachta miała tytuł:
W pierwszym punkcie zauważyły rybę na parze, przyrządzaną w zmywarce, ale nie miały czasu studiować płachty. Zaraz przy wejściu natknęły się na Szymona Solidnego, który w przewężeniu, jeszcze przed kuchnią właściwą, mieszał coś w wielkim kotle. Jego obecność w zamku wcale ich nie zdziwiła, bo Szymon Solidny często się tam nieoczekiwanie pojawiał, wpadając na chwilę przed albo po kolejnej wyprawie. – Co to będzie? – zapytał konik w kolorze piaskowym. – Zupa żółwiowa. – Jak to? – Piaskowy szeroko otworzył oczy. – Jak zahipnotyzowany patrzył w wir, który tworzyła olbrzymia łyżka, mieszająca gęstą maź w dziwnym zielonkawym kolorze. – Tak to. Będą ją gotowały żółwie, ze szpinaku, pod moim nadzorem. Ja im tylko rozgotowałem szpinak. Z przyprawami, od których mózg staje. Przepis na zupę przywiozłem z dalekiego kraju. Z którego zresztą przywiozłem też żółwie – dodał oblizując łygę z zadowoleniem. Wyglądało na to, że szpinak był gotowy. – To trudna do ugotowania potrawa – ciągnął dalej. – Ale one ją mają w małym palcu. Jedyny problem to to, że trzeba zaczynać wcześnie rano, bo one gotują bardzo powoli. Jak to żółwie. – A gdzie one są? – Jeszcze śpią. Idę je obudzić – Szymon Solidny odszedł w kierunku swojego wozu wędrownego. – Ależ on ma świetnie z tym podróżowaniem, chciałbym kiedyś pojechać do jakiejś dalekiej krainy, z zupełnie innymi zapachami – rozmarzył się Szarobeżowy, najbardziej wrażliwy na zapachy. Nagle usiadł na zadzie i uniósł nozdrza. Nerwowo otwierał i zamykał chrapy. – Czuję coś niesamowitego – wydyszał między wdechami.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Okazało się, że wyczuł dobrą duszę Pralinkę, która właśnie wleciała do przedsionka kuchennego i zaczęła rozpakowywać plecak, pełen ręcznie robionych mydełek zapachowych z domieszką luksusu. Pracowała nad nimi cały poprzedni dzień, we wszystkich wolnych chwilach, to znaczy w sumie jakieś 15 minut. Koniki, które pamiętały plecak Pralinki z deserów, takich jak gruszki w szodonie i francuskie babeczki a la Tra La La La, zdziwiły się, że można wozić w plecaku tak różne rzeczy. – Desery i mydła w tym samym plecaku? – zapytał Piaskowy z lekkim grymasem na twarzy. – Nie, ten pożyczyłam od Ody – wyjaśniła mu dobra dusza, wytrzepując okruchy mydeł. Zaraz jej go oddam, za świeżej pamięci. Piaskowego wcale to nie ucieszyło, bo doceniał dobre słodycze i na widok plecaka Pralinki wydzieliły mu się soki trawienne. Dobra dusza dała mu mydełko pachnące różowymi grejpfrutami i miętą. Było prawie przeźroczyste. Miejscami różowe, a miejscami jasnozielone. Kiedy trzymało się je pod światło, widziało się zatopione kawałki różowych grejpfrutów i liście mięty. Oglądał je zafascynowany. Pralinka obdarowała też wszystkie pozostałe koniki i zaczęła się zbierać do lotu. – Jak to „zaraz jej go oddasz?“ – zapytała Bajka, oglądając plecak. Wszystko, co dotyczyło Ody, bardzo ją interesowało. Oda była o wiele starsza, a mimo to chętnie bawiła się z młodszymi kuzynkami, jeśli tylko nadarzyła się okazja. Wszystkie były jej za to wdzięczne i skrycie ją wtedy podziwiały. Między innymi za jej wiek i długie, proste ciemne włosy. – Tak, znowu wróciła do wieży, skończyć jakieś ważne projekty. – Ooo, nie wiedziałam. A czy to znaczy, że nie uczy się do egzaminów, czyli że można jej trochę poprzeszkadzać? – Myślę, że tak – odpowiedziała Pralinka, odlatując z miłym uśmiechem, w stronę jednej z wież na uboczu. – Idziemy do niej? – zaproponowała Bajka, a Milka zgodziła się natychmiast. – Potem znajdziemy Babu. I tak jej nie ma w kuchni. Zaczęły się rozglądać za Julką, ale gdzieś zniknęła. Koniki postanowiły poszukać Babu od razu.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Powiedzcie Julce, jak ją spotkacie, żeby przyszła do Ody – poprosiła je Bajka. – Lećmy już, jest tyle do zrobienia – Milka pociągnęła ją za rękę, po czym obie pobiegły w dobrze sobie znanym kierunku. Wiedziały, o którą wieżę chodzi. Trzymały się od niej z daleka tylko dlatego, że zwykle nie wolno im było przeszkadzać Odzie. Po chwili wchodziły już po schodach. W wieży było cicho. Na górze Bajka z przejęciem walnęła pięścią w grube drzwi, które same się otworzyły. – Cześć, właśnie o was myślałam – powitała je wesoło Oda. – Dobra dusza mi mówiła, że za mną tęsknicie. Oda miała na głowie ręcznik, bo właśnie umyła głowę. W ręce trzymała notes, w którym coś zapisywała, chodząc po obszernej komnacie, zajmującej połowę piętra wieży. Komnata miala kształt półkola. Oda zawsze zapisywała rzeczy w notesach, których miała mnóstwo. Jedna z jej ciotek przy każdej okazji dawała jej notes. Bajka z Milką o mało nie przysiadły z wrażenia. Całą gigantyczną komnatę wypełniały małe domy, wyglądające zupełnie jak prawdziwe. W różnych stylach. Drewniane, kamienne, wszystkie piękne. Były to domki dla dużych lalek. Mniej więcej wielkości Wygrysa.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Podobają się wam? Bajka i Milka pokiwały tyko głowami, bo zaniemówiły z zachwytu. – To świetnie, bo postanowiłam je oddać w dobre ręce. Komuś, kto się ucieszy i komu się przydadzą. – To twój projekt? – wyjąkała Bajka. – Tak. Wiecie, że uczę się tych rzeczy. Oczywiście nie są wykończone tak, jak powinny. To znaczy nie mają wszystkiego w środku, chodziło raczej o wygląd zewnętrzny. Teraz zdałam egzaminy, projekt też mi ocenili i domy przekazuję lalkom dziewczynek, które by ich potrzebowały. Oczywiście chciałam, żeby moje kuzynki wybrały pierwsze. Zapiszę w notesie, jakie są dokładnie potrzeby waszych lalek i zrobię, co trzeba. – Na przykład co? – zapytała Milka.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Poprowadzą kanalizację i tak dalej, no wiesz. Wszystko, co najważniejsze. Ocieplę. Wyłożę co trzeba kafelkami. Oczywiście muszą mieć prąd. Przecież nie będą palić świec, bo to by było niebezpieczne.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Znaczy będą miały wodę w kranie?!… I tak dalej?… – No, pewnie! – odpowiedziała Oda, zdejmując ręcznik z głowy. Lśniące włosy rozsypały jej się na plecy. Kiedy były mokre, wyglądały jak czarne. – A urządzić możemy same, no nie? – zapytała Bajka, która chętnie już zaczęłaby urządzać. – Oczywiście. O meblach porozmawiajcie z krasnoludkami. Zrobią wam na zamówienie. – Ale ty jesteś kochana! – wykrzyknęła Milka. – No właśnie, dzięki! – dodała Bajka. – Czy możemy ci się jakoś odwdzięczyć? – Nie ma problemu, po prostu zróbcie w przyszłości coś podobnego komu innemu. W waszej dziedzinie, jakakolwiek ona będzie. – Acha – przypomniała sobie Oda – ta kamienica miejska zostaje dla Gabinki. Zamówiła ją w myślach i odbierze w najbliższym czasie. Stało się tak dzięki temu, że udało mi się złapać, też w myślach, jej marzenie. Gabinka mówiła o nim swojej siostrze. Anusia siedząc obok odpowiedziała na to tylko a gu, więc próbuję wymyślić, o który dom jej ewentualnie chodziło.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Dla mnie może być wiejski albo miejski, duży albo mały, wszystko jedno, byleby miał naprawdę dużą stajnię – powiedziała Bajka, a Oda dobrała jej coś dokładnie w sam raz, po czym popatrzyła na Milkę, która powiedziała: – Musimy tu przyprowadzić Julkę! – Nie musicie, już się z nią porozumiałam w myślach. Zamówiła dom dla Wygrysa. Przygotowuję mu właśnie chatkę leśną z wyposażeniem dla dorosłego, żeby się absolutnie nie czuł jak dziecko.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– No to świetnie. W takim razie ja bym poprosiła jakiś mały domek z jednym dużym pokojem, żeby pies lalki miał się gdzie bawić. Oda wskazała Milce dom idealnie odpowiadający jej opisowi, po czym popatrzyła na zegarek. – Ale już późno… Lećcie, bo też pewnie macie co robić, a ja spróbuję skończyć domki do odbioru, zanim się tu dzisiaj zrobi gorąco. Dziewczynki szybko wyszły, bo wyglądało na to, że Oda rzeczywiście chce się zabrać do pracy. Biegnąc w stronę dziedzińca rozmawiały o tym, że powiedzą Julce, żeby swój domek zostawiła w zamku, do zabawy w wakacje. Same postanowiły zrobić to samo.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Szanowny Wędrowcze, Jeżeli myślisz, że tę książkę warto przeczytać, daj innym znać, chociaż w jednym zdaniu, dlaczego warto.
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami
Jest to spontaniczna, nieśmiała prośba koników do Wędrowców, którzy wstąpili do Zamku z prawdziwego zdarzenia, a może nawet zatrzymali się w nim na dłużej. Zwłaszcza do Tych, którym się tu podobało i uważają, że jest to książka warta, żeby do niej wejść, zatrzasnąć za sobą okładki i chwilę w niej posiedzieć.
Chodzi po prostu o jakieś dobre słowo, lub dwa.
Może jedno zdanie.
Każda wypowiedź od serca, choćby najkrótsza, będzie przyjęta przez koniki z najwyższą końską wdzięcznością.
Wszystkie rzeczy liczą się w życiu, nawet te najmniejsze, więc, kto wie, może właśnie te krótkie wpisy pomogą konikom pogalopować dalej. Zależy im na drugim wydaniu książki, bo one poza nią przecież w ogóle nie istnieją.
Dobre słowo pod adresem tej książki można wysłać do koników na email:marta.kotburska@gmail.com
Koniki wpiszą je do Zamkowej Księgi Wędrowców, czyli tutaj:
Zamek z prawdziwego zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z kolorowymi oknami
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Rozdział 30
Narada w schowku pod schodami
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Szary postanowił zaszyć się na burzowe popołudnie w bibliotece. Planował to od momentu, kiedy po raz pierwszy zobaczył to miejsce. Biblioteka Babu zrobiła na nim wtedy wielkie wrażenie. Później wiele razy wpadał do niej i próbował czytać, ale nigdy nie mógł zostać dłużej. W zamku ciągle działo się coś, w czym chciał brać udział. Wiele koników odnosiło się do jego czytelnictwa sceptycznie, podobnie zresztą jak do czytelnictwa w ogóle. Dogadywały mu, robiąc głupie uwagi, kiedy tylko napomknął o książkach albo o czymś, czego się z nich dowiedział. Książki pożyczone z biblioteki Babu czytał zwykle ukradkiem pod kołdrą. Inni już spali. Kiedy w końcu książka wypadała mu z kopyta, śnił o jej dalszym ciągu.
Burzowy dzień przypomniał mu Julkę czytającą za żółtym fotelem, jeszcze w Tudii. Uznał to wtedy za świetny pomysł. Przeszło mu nawet przez myśl, że mimo jej młodszego wieku, można się od niej czegoś nauczyć. W zamku miał dla siebie całą bibliotekę, która przeważnie stała pusta. Teraz wszedł do niej ukradkiem i cicho zamknął drzwi. Na zewnątrz przewalała się ósma tego dnia burza. W bibliotece zrobiło się od niej ciemnawo. W oknach wisiały specjalne, ciężkie kotary pluszowe dla ochrony ksiąg. Wielki Naprawczy zawiesił je na prośbę Babu. Dzisiaj nie były potrzebne. Szary musiał je rozsunąć, żeby w ogóle móc czytać. Położył się na grzbietach tomów ustawionych najniżej i z przyjemnością wciągał w nozdrza zapach prastarego kurzu. Otaczały go książki stojące na półkach od sufitu do podłogi. „To jest to” westchnął. „Marzyłem o tej chwili. Jak ona tę komnatę ładnie urządziła…”.
Poczuł wielką wdzięczność dla Babu. Wcześniej, wstępując do biblioteki, żeby wymieniać książki, odłożył sobie na dolnej półce małą kupkę do przejrzenia. Kiedy będzie miał trochę spokoju. Teraz zabrał się za nią z wypiekami. Otworzył zeszyt w zniszczonej, ale pięknej oprawie. Na pierwszej stronie było wykaligrafowane: Sprawy i sprawki małej szczypawki. Nie zainteresowało go to w tej chwili, więc sięgnął po pierwszą odłożoną książkę: Jak sobie radzić z dorosłymi. Pod spodem był podtytuł: Książka dla dzieci o dorosłych. Ściśle tajne. Nie przekazywać dorosłym. – Może powinienem pokazać to Julce – powiedział i położył blisko siebie. Niektóre książki odłożył kiedyś w pośpiechu, zwykle dlatego, że podobały mu się okładki. Jedną z nich były Upięcia ogona na 5000 sposobów. – Acha, akurat, już sobie to wyobrażam – zarżał sceptycznie, odsuwając ją daleko, i sięgnął po Poradnik norkotora. Z krótkiego tekstu na tylnej okładce dowiedział się, że norkotor to zwierzę, które lubi swoją norę, chętnie w niej siedzi i dużo pracuje nad jej ulepszaniem lub upiększaniem. Okładka miała zdjęcie imponująco urządzonej dziupli. „Coś dla Mylinki. Szkoda, że tu nie przyszedłem przed jej przylotem” pomyślał i poczuł, że ma ochotę na powieść. – Rycerz w każdym domu, to już bardziej… – mruknął, po czym przeszedł do stosu, na który najbardziej się cieszył: – Gall Anonim, Kronika polska – przeczytał z okładki i bardzo sią ożywił, ale nie zaczął czytać od razu. Chciał zobaczyć 12 tomów innego dzieła, które też sobie kiedyś przygotował: Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego. – Jan Długosz – zarżał i z zaróżowionymi policzkami przełożył 12 ksiąg, żeby zobaczyć co leży pod nimi. „Ks. Piotr Skarga: Żywoty świętych polskich – superbohaterowie! To będzie to” pomyślał i z trudem się oderwał, żeby zobaczyć, co jeszcze ma przed sobą. Każda kolejna książka interesowała go jeszcze bardziej, niż poprzednia. Trudno mu się było zdecydować. Postanowił zacząć czytanie od końca, czyli od samego dna przygotowanego stosu. Pod Żywotami świętych leżał jeszcze jeden stary tom. Szary wziął go do ręki i ułożył się na brzuchu, na grzbietach książek stojących na półce.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
W cienkiej, ale dużej formatem księdze, po której na próżno spodziewał się obrazków, zatopił się w historii smutnego rycerza. Rycerz chciał wynagrodzić swojego konia za wierność i trudy, więc na narzędziu do dłubania w kopycie wygrawerował dla niego dedykację zaczynającą się od słów Dla mojego ulubionego konia. W czasie uczty schował narzędzie pod blatem stołu. Oderwany od biesiady przez ważne sprawy, zapomniał o nim. Niestety, zaraz potem niespodziewanie wyruszył na bitwę. Nigdy więcej nie dane mu już było siedzieć przy tym samym stole. Przez całe życie żałował, że nie podarował koniowi cennej pamiątki. Szary przerwał czytanie. Myślał o narzędziu wyrwanym spod blatu stołu w mieszkaniu Julki. Bał się, że od wagi rewelacyjnej informacji pęknie mu głowa: „Niesamowite, czyli nasz stół jest stąd. Teraz wiadomo na pewno”. Zamykając książkę, wewnątrz tylnej okładki, zauważył złoty napis:
Oprawa księgi:
Wuj, Certyfikowany specjalista od oprawy ksiąg, Gród Prastary, na rogu Rynku
– To nasz Wuj! – ponieważ znał już wszechstronność Wuja, wcale go to nie zdziwiło. – Muszę go zapytać, czemu porzucił oprawianie. Ja bym się tym chętnie zajmował całe życie.
Rozpierała go chęć porozmawiania z innymi, ale zanim wstał, sięgnął po jeszcze jedną książkę. Tym razem z półki. Zrobił to dlatego, że była wsunięta między inne tylko do połowy. Jakby jej ktoś w pośpiechu nie dopchnął do końca. Wydała mu się podejrzanie lekka, jak na swój rozmiar. W następnej chwili z wrażenia o mało nie spadł z półki. Książka była tajemnym schowkiem. Wyglądała na zwykłą księgę, oprawioną w skórę. Kiedy ją otworzył, zobaczył, że cały środek jest wydrążony i wyklejony bordowym aksamitem. Na materiale leżał srebrny pierścionek z jagodą zamiast kamienia. Wpatrując się w niego, Szary rozpoznał napis:
Żeby mieć więcej czasu, trzeba przestać się spieszyć. Zatrzymaj się i pomyśl
Wziął lupę, którą miał pod kopytem, i bez trudu przeczytał dalej:
dokąd idziesz, i czy naprawdę chcesz tam iść. Dobrze wykorzystać czas, znaczy być dobrym. Znajdź czas dla innych, w tym biednych, nieszczęśliwych, i odrzuconych.
„Przepis na dobre wykorzystanie czasu. Czasu, którego nie da się zrobić. Ale czasu, który już mamy, bo został nam dany. Niesamowite…” powiedział do siebie. „Muszę znaleźć innych”. Coraz bardziej utwierdzała się w nim świadomość, że biblioteka, nad którą sprawowała pieczę Babu, była prawdziwą skarbnicą wiedzy. Nie tylko kryła w sobie wiele tajemnic, ale mogła też pomóc w ich wyjaśnianiu. Nie mógł czekać ani chwili dłużej. Pokonując coraz to nowe, nieznane sobie, tajemne korytarze, bez planu zamku sporządzonego przez Wielkiego Naprawczego, kłusował, miejscami przechodząc w galop. Po schodach biegł jak na skrzydłach i niczego się nie bał. „Na pewno siedzą gdzieś w środku, nie kąpią się przecież w fosie” pomyślał, widząc przez okno strugi deszczu.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
* * *
Zaraz po tym, jak Szary pierwszy wybiegł po obiedzie z jadalni, pozostałe konie królewskie postanowiły w czasie szalejącej burzy trzymać się razem. Zauważyły, że wszyscy rozchodzą się w różne strony i poczuły się nieswojo. Mimo wczesnopopołudniowej pory w zamku było ciemno. – Czy nie uważacie, że nazbierało się trochę spraw, które powinniśmy omówić na spokojnie? – spytał konik w kolorze skorupki jajka.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Pozostałe koniki natychmiast zgodziły się na zorganizowanie zebrania. W ten sposób nikt nie musiał się przyznać, że jest mu łyso zostać samemu. Wspólne siedzenie w jakimś przytulnym kąciku zebraniowym bardzo im w tej chwili odpowiadało. Chwilę biegały całym stadem w różnych kierunkach, aż w końcu wybór padł na schowek Babu pod schodami koło kuchni. Już wcześniej odkryły, że Babu nie zamyka go na klucz. Był zaciszny, ciepły, i cudownie pachniało w nim przyprawami. Miał tylko jedno małe, okrągłe okienko, przez które wpadało mało światła, ale za to błyskawice też było przez nie mało widać. Koniki bały się burzy, bo wiedziały, że jest naprawdę niebezpieczna, ale z drugiej strony lubiły nastrój, który przynosiła. Usadowiły się na środku schowka. Po każdym grzmocie bezwiednie przysuwały się do siebie, tak że krąg coraz bardziej się zacieśniał. Po chwili siedziały zupełnie przytulone. Na wszelki wypadek miały przy sobie tarcze i miecze z masy solnej, które wyschły już na kamień. Ze względu na wagę omawianych spraw ustaliły, że zebranie będzie tajne: – Musimy uzgodnić hasło. Proponuję: TYGRYS WYGRYS MA… – zarżał Biały z tylko jedną szarą łatką. – Każdy wie, że …SIOSTRĘ I BRATA! – prychnął sceptycznie konik w kolorze zjełczałej śmietanki, który uważał, że Biały z tylko jedną szarą łatką zawsze się wymądrza. A już szczególnie na zebraniach. – Już zaczyna – mruknął. – W takim razie możemy zrobić inny odzew, na przykład niech będzie tak: TYGRYS WYGRYS MA?, a odpowiedź: PONAD 3 LATA – Biały z tylko jedną szarą łatką łatwo się nie zrażał. – Nie, bez przesady. Wygrys się na nas obrazi, jak usłyszy coś takiego. Powie, że znowu mu wypominamy wiek. To jest zupełnie bez sensu – konik w kolorze zjełczałej śmietanki wydął chrapy z niesmakiem. – A co byś powiedział na: ZA DUŻO FUTRA? – nie poddawał się Biały z tylko jedną szarą łatką. – Wygrys często narzeka w lecie, że mu za gorąco, tak że to może ma jakiś sens… – wtrącił konik w kolorze łupiny orzecha włoskiego. Propozycja została przyjęta.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Myślę, że wszystkim wam chodzi po głowie to, co mnie – zaczął konik w kolorze skorupki jajka, który przez całe wakacje zaglądał do rulonów przywiezionych z Tudii i przechowywanych pod posłaniem. – Tylko ciągle jesteśmy za bardzo zajęci, żeby się tym wreszcie zająć. – Yhm… yhm – rozległo się potakujące rżenie z różnych stron. – No pewnie, rulony – mruknął Jasnoszary. – Czy zrozumieliście coś z historii doktora o czerwonym robaczku? – odważył się zapytać Szary w małe czarne łatki na grzbiecie. – Czerwiec polski – powiedział konik w kolorze skorupki jajka – był przez kilka wieków używany do farbowania tkanin w całej Europie. Na czerwono. O tym właśnie mówił doktor. A potem też o innych kolorach. Wszystko stało sią dla mnie wtedy jasne. Nasze rulony zawierają cenne receptury na kolory do farbowania. – Na pewno piękne kolory – powiedział z przejęciem Szary. – Na pewno tajne receptury – dodał rzeczowo Ciemnobrązowy. – Ja się tego domyślałem już znacznie wcześniej – Biały z tylko jedną szarą łatką przeważnie wszystko wiedział wcześniej, niż inni. – Tak, od dawna wszyscy mieliśmy jakieś przeczucia, ale czy nic wam się nie rzuciło w oczy, kiedy Babu dostała przesyłkę barwników? – zapytał konik w kolorze skorupki jajka. Patrzyli po sobie i wzruszali ramionami.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Były pięknie opakowane – przypomniał sobie jeden z brązowych koników. – I takie archaiczne, jakby niedzisiejsze – dodał inny. – Od razu zwróciłem uwagę na etykiety i dołączone instrukcje – odezwał się znowu skorupkowy. – Liternictwo było identyczne, jak na naszych rulonach. Często powtarzały się te same wyrazy, co na nich. Ale wiecie, co mnie najbardziej uderzyło? Zapach. Po zapachu wiedziałem, że pochodzą z tego samego miejsca. Nikt nic nie powiedział, ale koniki były pod wielkim wrażeniem. W myślach odtwarzały fakty i przyznawały, że to, co mówi konik w kolorze skorupki jajka, wydaje się bardzo prawdopodobne. – To jeszcze nie wszystko. Zanim zabrali skrzynię do piwnic, odpisałem adres z kartki ze słowem Faktura na samej górze. Rozciągnął przed nimi mały papierek złożony w kostkę. – W jednej trzeciej drogi między Rynkiem, a Zamkiem, Królewski Gród Prastary – przeczytał początek swojej notatki. – Myślę, że powinniśmy się tam wybrać. – To może nie być takie łatwe. Jak na przykład wytłumaczyć, po co jedziemy? – mruknął Ciemnoszary. – Trzeba będzie znaleźć pretekst – powiedział Biały z tylko jedną szarą łatką. – Taka okazja może nam się już nigdy nie zdarzyć. Jesteśmy bardzo blisko – Ciemnobrązowy też był za wyprawą. – A co z innymi ważnymi rzeczami? Mieliśmy na przykład zbadać sprawę wytwarzania czasu wysokiej jakości… – zapytał Beżowobury. W tym momencie poruszyła się klamka. Zanim koniki zdążyły przestraszyć się na dobre, w szparze zobaczyły łeb Szarego, który wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. – Co tu robicie po ciemku? – był zdyszany, bo długo ich szukał. – TYGRYS WYGRYS MA?!!!- wyskoczył na niego znienacka Biały z tylko jedną szarą łatką. – Oszalałeś? – Szary aż przysiadł na zadzie. – To jest hasło! Dokończ! – SIOST… – wyjąkał Szary, który przypominał sobie, jak konik w kolorze zjełczałej śmietanki mówił mu kiedyś, że wymyślił wyliczankę o Wygrysie. Nie pamiętał jej tylko całkiem dokładnie. – Natychmiast wyjdź! – Biały z tylko jedną szarą łatką stanowczo wskazał mu kopytem drzwi. – To jest tajne zebranie. Nie znasz hasła. Tego już nie wytrzymał Ciemnoszary. Od czasu obiadu śmieszył go kawałek marchewki, który utkwił Białemu między zębami. Teraz zobaczył, że marchewka jest tam w dalszym ciągu. Uważał, że Biały z tylko jedną szarą łatką wygląda prześmiesznie. – Lepiej wyjmij sobie to coś pomarańczowego z między zębów – powiedział spokojnie. Biały z tylko jedną szarą łatką kompletnie oniemiał i zamknął paszczę. – Przecież widać, że to swój – dodał jeszcze Ciemnoszary i zrobił Szaremu miejsce w kręgu. Szary usiadł, bo i tak nie miał już siły stać. Od biegania po całym zamku trzęsły mu się kopyta. Był też spocony. – Przyszedłeś nam coś poczytać? – zapytał Biały z tylko jedną szarą łatką ironicznie. Zaczął się nabijać z czytania Szarego tylko z przyzwyczajenia, bo w tej chwili nie było im do śmiechu. – Nie, pokazać – odpowiedział Szary i otworzył książkę schowek, która wyjął z torby przy siodle. – Niezły sejf. Jak to znalazłeś? – Ciemnoszary przysunął się bliżej, żeby lepiej zobaczyć. – Między książkami. – To jest zwyczajna jagoda? – spytał Ciemnoszary. – Wygląda i pachnie jak zwyczajna – powiedział Biały z tylko jedną szarą łatką. – Nie taka całkiem zwyczajna, bo ma coś wygrawerowanego. Szary wyjął lupę i podchodząc do okna powoli przeczytał na głos: – Żeby mieć więcej czasu, trzeba przestać się spieszyć. Zatrzymaj się i pomyśl dokąd idziesz, i czy naprawdę chcesz tam iść. Dobrze wykorzystać czas, znaczy być dobrym. Znajdź czas dla innych, w tym biednych, nieszczęśliwych i odrzuconych. Nie bój się być dobrym, nawet jeżeli prawie ze wszystkich stron słyszysz rady, żeby wybrać coś wręcz przeciwnego. – Szary był zaskoczony, bo wydawało mu się, że ostatniego zdania wcześniej w jagodzie nie było. – Panowie, wygląda na to, że nie musimy już szukać ogrodnika – powiedział poważnie Ciemnoszary. – Niesamowite, jak ktoś to wygrawerował w prawdziwym owocu… – wszyscy po kolei oglądali teraz pierścionek i ściskali jagodę, która wcale się od tego nie zmieniła. – Co z nim zrobisz? – zapytał beżowy konik w ciemnobrązowe łaty. – Chciałbym go dać Julce, ale wydaje mi się, że powinienem go oddać do biblioteki. – Przynajmniej go jej pokaż – zasugerował Grafitowy, a Szary schował cudowny pierścionek drżącymi kopytami. Zdania przeczytane cichym głosem, wciąż brzmiały wszystkim konikom w uszach. Tym razem nikt się z Szarego nie nabijał. – Wygląda na to, że nie traciłeś czasu – powiedział Beżowy, któremu było głupio za to, jak go zwykle traktowali, kiedy wspominał o czytaniu. – Czy wy nie rozumiecie? – Szary usiadł z powrotem na podłodze i podciągnął przednie kopyta pod brodę. – Słuchajcie, przecież w tych jej książkach jest wszystko! Patrzyli na niego pytająco. – Babu ma tam wszystkie odpowiedzi! Wystarczy tylko trochę pogrzebać. Znajduje się nawet odpowiedzi, do których nie znało się pytań. Rzeczy, o których naprawdę warto wiedzieć… – Co masz na myśli? – zapytał Biały, coraz bardziej zafascynowany. Nigdy nie widział Szarego w takim stanie: podekscytowanego, a równocześnie pewnego swoich racji. Widać było, że czytanie jest jego prawdziwą pasją. Taką, dla której można nawet znieść upokorzenia. – Pamiętacie stół do wszystkiego u Julki w mieszkaniu? Właśnie znalazłem dowód na to, że pochodzi z Tamdii. – ? ? ? ? ? ? – konikom trudno było uwierzyć, że Szary może mieć coś ciekawego do powiedzenia. Do tej pory zawsze wydawał im się nudny. Na wszelki wypadek milczały, ale tym razem już z zaciekawieniem. – Pamiętasz narzędzie do dłubania w kopycie, które wyjąłeś spod stołu? To, które wbijało ci się w brzuch? – Szary zwrócił się do Karego. – No pewnie, zawsze je noszę ze sobą. – W książce z biblioteki Babu są opisane okoliczności, w jakich pewien rycerz włożył to narzędzie pod stół tutaj, w tej Krainie, rozumiecie? Kary wyjął ze swojej torby przy siodle narzędzie, a Szary ze swojej książkę. Porównali napisy. – pro meus ventus equus A.D. – przeczytał Kary z dłubaczki, której wiele razy używał od czasu, kiedy ją znalazł. – Dla mojego ulubionego konia – przeczytał Szary z książki – niestety nie mam tu mowy o roku. – Pewnie dlatego Julka tak lubi ten stół. To dla niej jeszcze jeden łącznik między Tudią a Tamdią, Krainą Przodków. Musiała to wyczuwać intuicyjnie – szepnął do siebie konik w kolorze skorupki jajka.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Trzeba Julce powiedzieć o stole! A przy okazji namówić ją na wyjazd pod adres z faktury. My też nie marnowaliśmy czasu – powiedział już głośniej do Szarego i wprowadził go w sprawę planowanej wycieczki do Grodu Prastarego.
Za ścianą usłyszeli pojedyncze stuki. Potem zaczęło się tam robić coraz głośniej. Przypomnieli sobie, że siedzą koło kuchni, a odgłosy oznaczają czas kolacji. Ucieszyli się, że spotkają zaraz wszystkich w sali z kominkiem, do której żadna burza nie ma dostępu, bo nie ma w niej okien. Miecze i tarcze postanowili zostawić w składziku pod schodami. – Rzeczywiście nakopałeś trochę wiedzy w tych twoich książeczkach. – Biały z tylko jedną szarą łatką szturchął Szarego w bok, po raz pierwszy z całkowitą sympatią. – Tak, i to tylko przez jedno popołudnie. Inni nic nie mówili, ale czuli się dziwnie, zdając sobie sprawę, że to właśnie Szary rzucił światło na ważne dla wszystkich tajemnice. Nie patrzyli sobie z nim jeszcze prosto w oczy, ale już to planowali. Nie było to zresztą takie proste, bo on sam często spuszczał wzrok. Konik w kolorze kawy z mlekiem pomyślał, że w drodze do Grodu Prastarego pozwoli Szaremu siedzieć z przodu, mimo że to miejsce było zwykle zarezerwowane dla niego, bo na tylnych siedzeniach robiło mu się niedobrze. Nabrali wrażenia, że wkraczają na właściwe tory.
Szanowny Wędrowcze, Jeżeli myślisz, że tę książkę warto przeczytać, daj innym znać, chociaż w jednym zdaniu, dlaczego warto.
Zamek z Prawdziwego Zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z Kolorowymi Oknami
Jest to spontaniczna, nieśmiała prośba koników do Wędrowców, którzy wstąpili do Zamku z prawdziwego zdarzenia, a może nawet zatrzymali się w nim na dłużej. Zwłaszcza do Tych, którym się tu podobało i uważają, że jest to książka warta, żeby do niej wejść, zatrzasnąć za sobą okładki i chwilę w niej posiedzieć.
Chodzi po prostu o jakieś dobre słowo, lub dwa.
Może jedno zdanie.
Każda wypowiedź od serca, choćby najkrótsza, będzie przyjęta przez koniki z najwyższą końską wdzięcznością.
Wszystkie rzeczy liczą się w życiu, nawet te najmniejsze, więc, kto wie, może właśnie te krótkie wpisy pomogą konikom pogalopować dalej. Zależy im na drugim wydaniu książki, bo one poza nią przecież w ogóle nie istnieją.
Dobre słowo pod adresem tej książki można wysłać do koników na email:marta.kotburska@gmail.com
Koniki wpiszą je do Zamkowej Księgi Wędrowców, czyli tutaj:
Zamek z prawdziwego zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z kolorowymi oknami
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Rozdział 29
Drastyczne przemeblowanie
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Następnego dnia niespodziewanie zaczęło lać. Burze przewalały się nad zamkiem aż do wieczora. Bure chmury wisiały nisko. Wydawało się, że z czubka najwyższej wieży można by ich było dotknąć. Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca siedział w narożnej komnacie w dalekim skrzydle zamku. Zamierzał spędzić ten dzień na uboczu, z dala od wydarzeń zamkowych. Szył ciężką kotarę, która miała zasłonić wszystkie okna w komnacie naraz. Konkretnie 37 okien. Na dodatek u dołu przyszywał frędzle, które musiał rozmieścić w idealnie równych odstępach. Używał do tego szpilek wbitych w specjalnego jeżyka na szpilki, czyli w niespodziankę, którą zrobiła mu Bajka z masy solnej. Jeżyk miał dziurki, w które trzeba było powkładać szpilki. Wymagało to precyzji, a Wielki Naprawczy lubił zajęcia ćwiczące cierpliwość. Jeżyk ślicznie wyglądał z kolorowymi główkami szpilek. Wielki Naprawczy ustawił maszynę do szycia koło jednego z okien, żeby cokolwiek widzieć, bo w komnacie mimo przedpołudniowej pory było prawie całkiem ciemno. Dzięki temu zauważył lecącą w strugach deszczu postać w pelerynie w militarne wzory maskujące, która opinała jej się na wypchanym plecaku. Mimo peleryny i wzorów maskujących widać było sterczące z plecaka podłużne przedmioty, może listewki. Na nogach postać miała zgniłozielone gumiaki na grubej podeszwie z traktorem.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami. Sceny takie jak ta, Julka pamiętała ze snów z bardzo wczesnego dzieciństwa.
„Wybrała się w taką pogodę” zdziwił się Wielki Naprawczy. „Ciekawe, czym impregnuje skrzydła…”. Naprawczy, który sam nie lubił moknąć, miał na myśli specjalne zabezpieczenie antyzamakalne, kóre stosował budując modele latające. Wpatrując się w okno, zaczął mrugać z niedowierzaniem. Postać nie miała niczego, co by wyglądało na skrzydła.
Lecącą w pelerynie osobą była dobra dusza Mylinka. Unosiła ją sama dobroć. Mylinka leciała wyświadczyć Babu przysługę, i odpowiedziała na jej wezwanie bez wahania, jak to miała w zwyczaju. Mimo pakudnej pogody. Babu czekała na nią, stojąc przy oknie, i dawała znaki naprowadzające. Machała z tajemnego przejścia, prowadzącego z zachodniej części zamku do południowej. Krasnoludki, które zapowiedziały, że tego dnia zaczynają specjalistyczne prace konserwatorskie, zmobilizowały ją do zajęcia się wystrojem zamku. Babu wiedziała, że odważne przemeblowanie połączone z dekorowaniem może powierzyć tylko Mylince. Bezzwłocznie wezwała ją w myślach. Mylinka poczuła, że Babu pilnie potrzebuje jej pomocy i w cudowny sposób pojawiła się w zamku natychmiast. – Całe szczęście, że mam kaptur z opuszczaną szybką. Łatwiej by było dzisiaj płynąć! – Mylinka zeskoczyła z parapetu i powiesiła pelerynę na opartej o ścianę halabardzie. – A skądżeś ty wytrzasnęła coś takiego? – Babu przyglądała się kapturowi z szybką. – Z demobilu wojskowego. Kombinezon też mam stamtąd. Zresztą plecak i gumiaki też. Wybierz się kiedyś. Naprawdę warto. Zobaczysz!
Na tle ciemnozielonego kombinezonu jednoczęściowego z długim rękawem, wspaniale odcinał się naszyjnik Mylinki z dużych, różnokolorowych krążków farb. Były to zresztą prawdziwe akwarele, których Mylinka używała przy dekorowaniu. Obszerny kombinezon z kieszeniami na narzędzia wyglądał na bardzo wygodny. Dzięki pelerynie, plecak Mylinki i to, co w nim przywiozła, było zupełnie suche. A było tego sporo. Na wszystkie strony sterczały listewki, kleje, papiery we wzory, pędzle, i inne rzeczy, bez których Mylinka nigdzie się nie ruszała. Babu zastanawiała się, skąd w demobilu wojskowym taki niewielki rozmiar. Ale nie przebiła się z pytaniem, bo Mylinka, latając koło niej, cały czas mówiła. – To co byś chciała, freski? – zapytała, rozglądając się po suficie. – Może płaskorzeźby… – dodała, macając ścianę.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Poczekaj, nie tutaj, zacznijmy od przodu zamku – Babu poprowadziła ją wąskim korytarzykiem. Pokonanie go trwało długo, koło 15 minut, a Mylinka lecąc umilała im czas mówieniem. Lubiła opowiadać. Zrelacjonowała Babu, jak przez pół poprzedniej nocy, piekła ciasta na kiermasz w piekarnikach wszystkich sąsiadów w kamienicy, bo miała tylko jeden własny. – Nie przeszkadzało im to? – Babu nie mogła wyjść z podziwu dla jej przedsiębiorczości. – Skąd. Przecież i tak spali! – Mylinka była słynna z niestandardowych rozwiązań zadań, które stawiało przed nią życie.
Pieczeniem zajmowała się tylko w nocy, bo dzień wypełniały jej, między innymi, zajęcia dekoratorskie. Miała dużo różnych zajęć i ciągle ich przybywało, z czego była bardzo zadowolona. Jej pogoda ducha, niespożyta energia i radość, jaką czerpała z przebywania z innymi sprawiały, że Mylinka zawsze miała naokoło siebie dużo ludzi. Co ją cieszyło, i nigdy nie męczyło. Była zrównoważona, i nigdy się na nikogo nie gniewała. Wszyscy zgodnie przyznawali, że nie tylko bardzo atrakcyjnie wygląda, i opowiada fascynujące historie, ale jest przy tym przeurocza.
– Niczym się nie przejmuj. Ja ci tu wszystko tak przemebluję, że własnych komnat nie poznasz – zadeklarowała, podwijając rękawy kombinezonu. – Potem się tylko w tym odnajdziesz, i to wszystko. No i wytłumaczysz innym, że tak ma być. Jakby coś, przyślij ich do mnie.
Do paska miała przytroczone nożyczki, które dyndały na sprężynce, zawsze pod ręką. Babu, słuchając, podziwiała jej śliczne paznokcie u nóg, które pokazały się, kiedy Mylinka zdjęła gumiaki. Każdy był innego koloru, i układały się w tęczę.
W końcu Babu udało się wtrącić w jej opowiadanie: – Zastanawiałam się, czy cię poznam, bo nie wiedziałam, jaki masz teraz kolor włosów. – Akurat taka byłam zalatana, że przez parę dni nie zmieniałam – odpowiedziała Mylinka, bezwiednie przeczesując ręką krótkie włosy, w wyjątkowo jak na nią stonowanym i spokojnym zielonkawym odcieniu khaki. – Poza tym, nie wiem, czy lepsze będą pomarańczowe czy niebieskie. Dotarły do dużej komnaty, na środku której stał podłużny królewski stół i krzesła z wysokimi oparciami. Mieszkańcy zamku nazywali ją jadalnią zapasową. – Tutaj jemy, kiedy jest brzydka pogoda – powiedziała Babu – albo kiedy nie ma już miejsca przy stołach na zewnątrz. Mylinka pokiwała głową ze zrozumieniem. Wiedziała, że kuchnia Babu, oprócz stałych mieszkańców zamku, karmi też codziennie wędrowców, turystów, i wszystkich innych potrzebujących. Którzy korzystają też z zamkowych noclegów, czasem przez dłuższy czas. Babu znajdowała zawsze tyle miejsc, ile było potrzeba. Mylinka unosiła się teraz w górę i w dół przy ścianie, i dotykała jej w różnych miejscach: – Nie masz grzyba. Myślę, że najlepsze będą freski.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Babu miała zamiar jeszcze się zastanowić, ale Mylinka rozgrzebała już cały plecak i zabrała się do pracy. Od razu pojawił się przy niej Wygrys, który wyczuł możliwość pobrudzenia się w dużym stopniu. Mylinka rozstawiała puszki z gęstym płynem, do których pozwoliła mu wsypywać podane przez siebie proszki. Miał mieszać powoli i uważnie. W tym czasie Mylinka zaczęła myć ściany gąbką. Robota jej nie męczyła. Przy pracy, z zaróżowionymi policzkami, robiła się jeszcze weselsza i piękniejsza. – Myślę, żebyś mieszał troszeczkę wolniej, bo tymi farbami możesz się pobrudzić na zawsze. – No i cóż z tego? – mruknął Wygrys lekceważąco. Dla pobrudzenia zawsze był się gotów poświęcić, a nawet znieść ewentualną burę. Na Mylince jego uwaga nie zrobiła najmniejszego wrażenia. Umiała obchodzić się z dziećmi, a jej żelazne nerwy sprawiały, że nigdy się na nikogo nie denerwowała. W każdym razie, nie dawała tego po sobie poznać.
Komnata zaczęła się wypełniać. Wieść o przylocie Mylinki rozeszła się szybko. Zaraz za Bajką, Julką i Milką przyszły konie królewskie i teraz wszyscy słuchali dobrej duszy, która pracując ani na chwilę nie przestawała opowiadać przeróżnych historii. Sypała nimi jak z rękawa. Jedna historia jeszcze się nie skończyła, a już wplatała się w nią kolejna. Piękny, duży, mądry i energiczny pies Milki spał spokojnie pod stołem, a zasłuchane koniki zwisały z krzeseł w takich pozycjach, jakie im najbardziej odpowiadały. Mylinka była towarzyska, więc ta sytuacja tylko pomagała jej w pracy. Kiedy skończyła mycie ścian, podleciała pod sufit i rzuciła stamtąd okiem na całą komnatę: – Wyglądacie bardzo malowniczo. Spróbujcie się nie ruszać.
Nie przestając mówić, zaczęła szkicować węglem postacie wszystkich siedzących na krzesłach, na ścianach za nimi. Po chwili ściany zapełniły się podobiznami siedzących w pokoju. Koniki były zachwycone, ale też zdrętwiałe. – Czy możemy się już poruszyć? – zapytał żałośnie Kary. – Mrowi mnie pod kopytami. – Oczywiście – krzyknęła wesoło Mylinka. – Mam nadzieję, że teraz trochę mi pomożecie. Pokolorujcie ze mną szkice.
To podobało im się jeszcze bardziej, zwłaszcza że musieli używać drabin, bo postacie były duże, aż do samego sufitu. Mylinka latała między nimi, czasem coś poprawiając. Ani na chwilę nie przestawała zasypywać ich fascynującymi opowieściami. Kiedy skończyli, przenieśli się do następnej komnaty. Teraz dziewczynki i koniki zabrały się do mycia ścian gąbkami. W miarę postępowania prac, ściany robiły się coraz bardziej szare i jakby brudniejsze. Myli z coraz większym samozaparciem. Mylinka, która latała po całej komnacie, kazała im przerwać pracę: – Odejdźcie od ściany i popatrzcie. Kiedy cofnęli się o parę kroków i rzucili okiem na ścianę z większej odległości, zamiast brudnoszarych zacieków zobaczyli wyraźne zarysy koni. Po chwili dalszego mycia mieli przed sobą wielkie malowidło przedstawiające grupę koni w pięknych strojach, między chorągwiami i proporcami. Wpatrywali się w nie bez słowa. Koniki miały poczucie doniosłości chwili. Szary pierwszy zaczął coś szeptać o przodkach. Odkrycie było sensacyjne. Od tego momentu aż do wieczora do komnaty ciągle przychodził ktoś nowy, żeby popatrzeć i pooddychać historią. Kiedy ściana podeschła, Babu zauważyła w rogu napis:
Proszę was, abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy.
– To Jan Pawel II. Homilia na Błoniach… Byłam tam i nigdy tego nie zapomnę – szepnęła do siebie Babu, ale stojąca obok niej Bajka dobrze ją usłyszała. Wszyscy oprócz Wygrysa zrobili się teraz refleksyjni i w tym nastroju chętnie pomagali Mylince w dalszych działaniach. Czuli, że uczestniczą w ważnych pracach, które na pewno przydadzą się komuś w przyszłosci. Cały zamek nabrał dla nich innego wymiaru. Czuli się podniośle.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Dobra dusza, która przestawiała teraz meble, namówiła ich do pastowania tych fragmentów podłóg, na których zachowały się posadzki. Zapach pasty rozszedł się prawie po całym zamku. Jednym podobało się to bardziej, innym mniej, ale zapach szybko wietrzał, bo w większości okien dalej nie było ani szyb, ani nawet ram. Mylinka przyczepiła sobie uszytą z bordowego aksamitu broszkę w kształcie pantofelka, którą znalazła przesuwając komodę na nowe miejsce. Przypomniało jej to, jak królowa Awelia opowiadała jej, że coś takiego nazywało się kotylion, i że właśnie kotylion w kształcie pantofelka uszyła sobie na pierwszy bal. Myśl, że znalazła ozdobę zgubioną przez młodziutką Awelię w czasie balu na zamku, była dla niej wzruszająca i ekscytująca. Mylinka na każdym kroku znajdowała zapomniane przedmioty i wkładała je do kieszeni spodni wiedząc, że dla kogoś będą na pewno cenną pamiątką. Później porozdawała je właściwym osobom. W ten sposób królowa Krystalia odzyskała klucz od szafy, który zostawiła kiedyś w zamku na przechowanie. Klucz zginął, a bez niego szafa stała bezużyteczna od lat. Później, kiedy Krystalia dzięki Mylince odzyskała klucz, znalazła w szafie swoje torebki, torby i kosmetyczki z młodości. Wszystkie wyszywane drogimi kamieniami. Z radością rozdała je mieszkającym w zamku wędrowcom, którym bardzo się przydały.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Tymczasem deszcz nie przestawał padać. Wczesnym popołudniem do zamku przyszły owieczki. Chciały się upewnić, czy na pewno, jak zwykle, zaraz po deszczu, będzie farbowanie, bo nie mogły się już doczekać. Nie lubiły moknąć, więc chętnie skorzystały z zaproszenia Babu i zostały na trochę. Teraz jeździły po całym zamku na własnych siedzeniach i froterowały podłogi, starając się ich nie zarysować kopytami. Najbardziej podobało im się zjeżdżanie po schodach, ale schody były kamienne, więc Mylinka zaganiała je do komnat, gdzie na resztkach podłóg drewnianych, robiły naprawdę dobrą robotę. Doskonale się przy tym bawiły.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Muszę znaleźć baranka Smutnego i zobaczyć, czy już mu lepiej – powiedziała Julka do Milki i po chwili wypatrzyła go w kącie, gdzie siedział smętnie, nie froterując. – Czy ty się zawsze czymś martwisz? – zapytała sama prawie już płacząc ze współczucia. – Raczej tak. – A czy zamiast tego nie mógłbyś zacząć się cieszyć jakimiś innymi rzeczami? – zapytała szczerze Julka, która często się z czegoś naprawdę cieszyła. – Na przykład z czego? – zapytał zszokowany baranek.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Mógłbyś po prostu spróbować pomyśleć o kimś dobrym, kogo znasz albo o czymś wesołym, czego się spodziewasz, na przykład o farbowaniu. Jakiego odcienia chciałbyś nabrać tym razem? – Najbardziej chciałbym być takiego koloru jak Wygrys. Nie dość, że ma malinowe futerko, to jeszcze na nim te śliczne żółte kropki. To jest niesprawiedliwe – zaczął robić podkówkę. – Nie powinno się nikomu zazdrościć. Może po prostu poproś Babu, żeby Cię tak zafarbowała? – Na kręconych włosach to nie wyjdzie – westchnął smutny baranek, ale widać było, że wstąpił w niego cień nadziei: – Poszukam jej – powiedział rozprostowując kopyta. Julka poszła za nim, wiedząc, że baranek nie zna dobrze zamku. Minęli koniki, które za kanapą znalazły drewnianego konia na biegunach i próbowały nauczyć go jeździć do przodu. Ponieważ po prostym za dobrze mu nie szło i cały czas wracał do bujania, teraz postanowiły zepchnąć go ze schodów. Robiły to mimo, że Julka już kiedyś w Tudii usiłowała im wytłumaczyć, że taka zabawa źle się kończy. – Oszaleliście? Przecież się zabije! – Julka chwyciła konia na biegunach za uzdę w ostatnim momencie. – Chyba nas trochę poniosło – przyznały jej rację koniki i zajęły się pieczęcią królewską z podkową, którą znalazły na podłodze, kiedy Mylinka przestawiła kolejny kufer. Postanowiły założyć pudełko z najważniejszymi rzeczami, których im się już trochę nazbierało.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Idąc ze smutnym barankiem, który zrobił się w międzyczasie całkiem wesoły, Julka zgubiła zupełnie drogę, ale po zapachach poczuła bliskość kuchni królewskiej. Przecudowne aromaty podobne do tych rozchodziły się zawsze, kiedy bawiła się z dziewczynkami przed zamkiem, w okolicy kuchni. Teraz nie chciało jej się wychodzić na trawę, która musiała być zupełnie zamoknięta, chociaż myślała o tym, bo stamtąd znała już dobrze drogę do Babu. W końcu doprowadziła baranka do kuchni którymś z wewnętrznych tajemnych przejść, które krzyżowały się ze sobą i stanowiły tak pogmatwaną sieć, że nie sposób było zapamiętać skąd i dokąd biegły. Wielki Naprawczy usiłował w wolnych chwilach nanieść je na specjalnie w tym celu sporządzony przez siebie plan zamku. Wielki Naprawczy Wszystkiego, Konstruktor, Mechanik i Wynalazca mierzył przy tym długość każdego przejścia, żeby precyzyjnie nanieść je na mapę. W związku z tym był to projekt długoterminowy.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Przy tylnych drzwiach do kuchni, Julka z barankiem wpadli na Bajkę i Milkę, które też szukały Babu. Wyszły właśnie z innego tajemnego przejścia i patrzyły na Julkę i baranka, nie mniej zaskoczonych od nich samych. – Też idziecie do Babu? Mam nadzieję, że gotuje znowu tę zupę z Wielkiego Zupnika Królewskiego. Już mi głupio prosić – rozmarzyła się Julka. – A mnie nie. Jak chcesz to poproszę – odezwała się w półmroku korytarza Milka. – Zalewayę, tak? – Yhm… – Przy okazji porozmawiaj o przynajmniej jednym ogórku kiszonym dla mnie i pomidorze dla ciebie – przypomniała jej Bajka. – Co Babu trzyma w tym schowku? – Julka wskazała na przestrzeń pod schodami zamkniętą trójkątnymi drzwiczkami. – Próbki różnych rzeczy, które przysyłają jej sprzedawcy. W słoiczkach albo metalowych pudełeczkach ze starodawnymi aniołkami na wieczkach. Bardzo fajne, chcesz sobie pooglądać? – Milka wydawała się znać każdy zakamarek. – Lepiej zapytajmy Babu – ostrzegła je Bajka. – Wydaje mi się dzisiaj trochę rozdrażniona, chyba się zaziębiła nocą w wieży. – Nie, ja wiem dlaczego Babu jest chora. Zarządzając kuchnią musi tak dużo mówić, że połyka wszystkie wirki i bakterki, które krążą w powietrzu – powiedział do Milki Wygrys, który lubił wyjaśniać różne zjawiska. – Tak czy owak, chodźmy do niej, na pewno się ucieszy – Bajka nacisnęła klamkę. Zawsze chętnie odwiedzały kuchnię, jako krainę wielkich tajemnic i mocnych przeżyć. – Poczekaj! – złapała ją za rękę Julka. – Nie myślałyście o tym, żeby na zawsze zostać na wakacjach? – Pomysł ten przyszedł jej kiedyś do głowy i stawał się coraz intensywniejszy, w miarę jak zbliżał się wrzesień. – To może nie być takie proste, ale my też bardzo lubimy tu być. Dobrze, że ty też. Pomyślimy o tym. – powiedziała ze zrozumieniem Bajka, wchodząc do kuchni. Równocześnie pomyślała, że dobrze by było skontaktować się w tej sprawie z Biurem Wytłumaczeń. Używały tego określenia z Milką jak szyfru, bo tylko one dwie wiedziały, że chodzi o Mamusię. Julka też o Niej wiedziała, od kiedy Bajka dopuściła ją do tajemnicy.
* * *
W czasie obiadu, podawanego z powodu deszczu w jadalni zapasowej, koniki nie mogły jeść. Cały czas odwracały się do tyłu, żeby oglądać na ścianie swoje własne podobizny, jeszcze nie całkiem wyschnięte. Same je pokolorowały, głownie metodą odbijania pieczątek kopytem i malowania ogonem. Zaraz po obiedzie wszyscy pożegnali się z Mylinką, która odleciała w poczuciu, że dobrze wywiązała się z powierzonego jej zadania. Zamek został przemeblowany w takim stopniu, że wchodząc do każdej komnaty doznawało się szoku. Zmiany wprowadzone przez Mylinkę polegały głównie na wydobyciu na światło dzienne dawnych, zapomnianych elementów wystroju. Tu coś odkurzyła, tam wypolerowała, gdzieś indziej odmalowała na jakiś zaskakujący kolor. Na tyle, na ile mogła, przywracała przedmiotom dawną świetność. Poprzestawiała też prawie wszystkie meble i przy tej okazji znalazła ukryte malowidła na ścianach i kosztowności za meblami. Tego popołudnia nikt nie planował już więcej prac. Nie licząc krasnoludków, które w dalszym ciągu stukały i pukały w skrzydle zachodnim.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Widzieliście jak one mocno walą kilofami? – zapytał Jasnoszary w ciemne łaty kiedy wstawali od stołu. Był w dalszym ciągu zafascynowany krasnoludkami. – Tak – przyznała Babu. – Wyglądają na bardzo silne, ale czy zwróciliście uwagę, że ich stukanie nie jest wcale męczące dla uszu? – No właśnie, też o tym myślałam! – z podnieceniem przyznała Julka. – Brzmi raczej jak muzyka, niż hałas. Teraz wszyscy wsłuchali się w stuki i przyznali im rację. Wydawało im się, że słuchają muzyki z gigantycznej pozytywki. Popołudnie zapowiadało się ciekawie. Każdy miał jakieś plany. Owce postanowiły przed pójściem do domu przespać się w stajni, bo w związku z lejącym wciąż deszczem, chciały jak najbardziej odsunąć od siebie powrót.
Milka skontaktowała się z Biurem Wytłumaczeń w paru sprawach, które ją nurtowały, a potem, razem z Julką, wyciągnęły albumy ze zdjęciami: – Oglądasz z nami? – zapytała Milka siostrę. – Nie, poprzyszywam guziki z Babu – Bajka była starsza i chciała spędzić trochę czasu na poważnej pracy. To właśnie Babu nauczyła ją przyszywania guzików. Bajka cieszyła się na popołudnie spędzone z Nią sam na sam. W stajni posiedziała już przez chwilę przed południem. – Czy mogę się pobawić z Sumą? – zapytał Wygrys Milki. Z kufra w Misiowni przyniósł należącą do Milki małą pumę, która umiała dodawać i w ogóle była dobra z matematyki. – Baw się z kim chcesz, tylko się nie pobrudź i nie zamocz. – Poczekaj – Milka zwróciła się teraz do Julki, zeskakując z kanapy. – Zanim zaczniemy, muszę tylko jeszcze wziąść tego kota. – Miała na myśli kota, którego wychowywała, kiedy sobie o nim przypomniała, a który w tej chwili spał w rogu komnaty. Korzystając z tego, Julka zanotowała ołówkiem w rogu albumu coś, co chodziło jej po głowie i czego postanowiła nigdy nie zapomnieć:
Podkopując własne korzenie, podkopujesz samego siebie.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Czy on się nazywa Waltek? – zapytał Milkę Wygrys, który podsłuchał kiedyś jej wychowawczą rozmowę z kotem. – Tak – odpowiedziała Milka, gramoląc się z powrotem na kanapę. – Waltek, Waltuś – mówiła, drapiąc go za uszami. – Musisz zostać skazany. Oczywiście nie na śmierć, ale dostaniesz mandat za to, że uciekłeś mnie i mojej siostrze. – Dobrrrrra – mruczał Waltek z zadowoleniem. Bardzo lubił, kiedy Milka go wychowywała. Nie przejmował się tym, co mówiła, ale wysoko sobie cenił jej drapanie. Poza tym, w takich chwilach, przepływało do niego od niej tyle dobrych uczuć, że już od tego samego, poprawiał się nie do poznania.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Zamek z prawdziwego zdarzenia - Marta Kotburska - Zamek z kolorowymi oknami
Rozdział 28
Krasnoludki do cięższych prac renowacyjnych
Kuzynki stały w jednej z komnat przy metrowej szerokości kamiennym parapecie okna bez szyby, ani nawet ramy. Rysowały plany zamku po remoncie. Wiedziały, że coraz więcej mówiło się o konieczności naprawienia tego czy owego. Każda miała swoją koncepcję odnowienia zamku. Milka zastanawiała się na przykład, gdzie by najwygodniej urządzić psiarnię z prawdziwego zdarzenia. Taką, w jakiej jej pies mógłby się czasem bawić, kiedy ona jest naprawdę zajęta. Konie królewskie też przyniosły swoje bloki i kredki, ale na razie polerowały sobie kopyta. Szary popatrzył na Bajkę i zastrzygł uszami jakby sobie nagle o czymś przypomniał: – Słyszałem, że umiesz narysować konia. Czy mogłabyś mnie naszkicować? – podał jej swój blok i pisak.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknamiZamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Bajka myślała właśnie o tym, jak namówić dorosłych, żeby komnaty sypialne przenieść bliżej stajni królewskich. Zaczęła machinalnie kręcić zakrętką pisaka. Był to ten, który Szary dostał w sklepie z kredkami od Zuzy, starszej przełożonej młodszego subiekta. Subiekt Mikołaj powiedział wtedy, że jest wyschnięty. Zakrętka w kształcie czapki krasnoludka była miękka i przyjemna w dotyku, więc Bajka, zamiast szkicować, kręciła nią i kręciła. Szary przestępował z kopyta na kopyto. W tym momencie koło uchylonych drzwi komnaty dało się usłyszeć ciche, ale zdecydowane chrząknięcie. Zaraz po nim drugie, trzecie i czwarte. – Przybywamy na wezwanie – rozległ się ledwo dosłyszalny, męski głos. Bajka ocknęła się z zamyślenia i razem ze wszystkimi popatrzyła w jego stronę. Koło drzwi stało kilka krasnoludków ubranych w czerwone kubraki. Nogawki spodni miały włożone do wysokich, znoszonych, ale porządnie wyczyszczonych ciemnobrązowych butów. Na brzuchach błyszczały im klamry skórzanych pasów. Czapki też oczywiście miały czerwone. Patrząc na to wszystko Szary przypomniał sobie zachowanie subiekta ze sklepu. Był pewien, że to zakrętka pisaka sprowadziła krasnoludki. – Ojeja… – pomyślał z przejęciem.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Widząc ogólne zaskoczenie, mówiący w imieniu wszystkich krasnoludek, wystąpił jeszcze bardziej przed kolegów i wyjaśnił: – Jesteśmy krasnoludki do cięższych prac renowacyjnych. Umiemy robić wszystko. Pracujemy bez wynagrodzenia, dla samej przyjemności. Lubimy pracować i praca, która ma sens, przynosi nam wystarczającą satysfakcję. – A nie będziecie mieć kłopotu z dojazdem? – zapytała rzeczowo Milka. – Skądże znowu, mieszkamy u was w ogrodzie. Już od kilkuset lat. Mamy tam pracownię biżuterii z brązu i miedzi. Robimy repliki pierścieni z innych epok, głównie ze starożytności i Średniowiecza. Z tym, że w pracowni siedzimy tylko kiedy nie mamy większych zleceń. Interesują nas duże remonty. Najchętniej walimy z całej siły kilofami.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Trzeba zapytać Babu! – poderwała się Julka, której od dłuższej chwili nie chciało się już rysować. – Na pewno przydałby jej się ktoś do pomocy. – Zaczekajcie tutaj – poleciła krasnoludkom Bajka, po czym dziewczynki pobiegły razem z konikami do kuchni zamkowej. Piękny, duży, mądry i łagodny pies Milki obudził się w tym momencie i energicznie ruszył za nią. Wygrys siedział Julce na barana. Kiedy wpadli do kuchni, po pierwsze napili się napoju królewskiego, zrobionego między innymi z różnych owoców. Dzbanek czekał na nich, jak zawsze, na bocznym stole przy tylnym przedsionku kuchennym. Napój królewski był każdego dnia inny. Babu używała przepisów znalezionych pod schodami. – Dzisiaj ma nawet bąbelki! – zauważył z uznaniem Wygrys, który na widok napoju zeskoczył z ramion Julki prosto na stół. – Babu poszła na strych – dowiedziała się Milka od przechodzącej obok kobiety w długiej jasnobeżowej sukni z wielowarstwową spódnicą.
Cała grupa pobiegła szybko do najniższej baszty. Jedynej z drewnianym strychem, idealnym do suszenia prania. Babu często miała tam sprawy do załatwienia. Kiedy wchodziła po schodach, na których było całkiem ciemno nawet w dzień, koniki przybiegały z latarkami, żeby ją postraszyć. Oczywiście, o ile nie były zajęte tak jak dziś. Dzisiaj natomiast zdyszana grupa dopadła strychu i otwarła drzwi, czemu towarzyszył okrzyk Julki: – Babu, mamy dla ciebie krasnoludki! – Naprawdę? To świetnie – odpowiedziała Babu myśląc, że się w coś bawią. Stała tyłem do nich, przy podłużnym stole, którego nigdy wcześniej nie zauważyli. – Ale prawdziwe! Takie, które naprawdę pracują, wszystko chętnie robią, i w ogóle są niesamowite! – dziewczynki zaczęły teraz mówić jedna przez drugą, usiłując uzmysłowić Babu, jak bardzo polepsza się jej sytuacja. Nawet koniki się trochę wtrącały:
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Naprawdę! Na przykład obcinają ludziom paznokcie u nóg specjalną maszyną, którą wożą ze sobą bez problemu, bo ona jeździ na kołach. Oczywiście robią to tylko tym, którzy chcą. I różne inne rzeczy. Nie masz pojęcia! Babu albo jeszcze im nie dowierzała, albo była za bardzo zaabsorbowana tym, co robiła. Dopiero teraz zwrócili uwagę na górę czegoś lepkiego, w której zanurzała ręce. Lepiła kulki jednakowej wielkości i układała je na długiej, grubej desce leżącej na starych skrzynkach postawionych pionowo. Skrzynki i decha tworzyły coś w rodzaju stołu, długiego jak wąż. – Czy to będą pluski? – szepnął z nadzieją Wygrys Julce na ucho. – Nie, to nie jest do jedzenia – odpowiedziała Babu, która nie tylko usłyszała, ale też świetnie zrozumiała, o co mu chodzi. – To jest masa, z której można zrobić absolutnie wszystko. – Wszystko, co by się tylko zachciało? – zapytał Wygrys. – Tak – Babu formowała teraz kulki w ten sposób, że robiły się z nich stożki. – Potem robi się twarde, wcale nie pęka i zachowuje kształt na zawsze. – I ty masz na to przepis? – zapytała Julka z przejęciem. – Mam. – A co teraz robisz? – zapytała Milka. – Stojaki do proporców. – Co? – zapytała Bajka. – Pomyślałam, że gdyby była u nas uczta, na którą goście przyjadą z proporcami, byłyby im potrzebne małe podręczne stojaki do ustawienia za krzesłami. Domyślili się, że stożki zostaną potem pomalowane. W tej chwili Babu robiła w nich zagłębienia. – Babu, jaka ty jesteś praktyczna… – powiedziała z podziwem Julka. – Chętnie bym z tobą porobiła te dołki. – Czy my też możemy coś sobie zrobić? – Nawet powinniście. Rozrobiłam za dużo masy jak na same stojaki. – Ja robię niespodziankę dla Wielkiego Naprawczego – Bajka zaczęła lepić natychmiast. – A ja zabawkę dla mojego psa – powiedziała Milka. Julka pracowała z Babu nad zagłębieniami w stojakach na proporce. Koniki ustaliły, że zrobią sobie hełmy, a Wygrys miecz i pełną zbroję rycerską.
Babu pokiwała głową z aprobatą i po namyśle zaczęła rozrabiać znacznie więcej masy solnej. Wysypała na dechę wór mąki i wór soli takiej samej wielkości. Zmieszała mąkę z solą i dolała wystarczająco dużo wody, żeby masa zrobiła się taka jak trzeba. ”Ależ to jest łatwe…” pomyślała Julka. ”Babu robi to ot tak sobie, a przecież to jest przepis, który zawsze chciałam zdobyć”. Nie po raz pierwszy przekonała się, że najlepsze i najcenniejsze przepisy są bardzo proste. Bez trudu cały zapamiętała.
Wszyscy pracowali z wypiekami na twarzy. Spieszyli się, bo pamiętali o czekających krasnoludkach. Koniki po prostu szalały. Wzorem Wygrysa też postanowiły sobie zrobić całe zbroje i miecze. A do tego tarcze. – Zrobisz nam dzisiaj Zalewaję Królewską? – zwracając się do Babu Milka i Bajka zmrużyły oczy w pewien specyficzny sposób. – Nie, dzisiaj będzie do wyboru kapuśniak albo zupa cytrynowa – Babu potrafiła być stanowcza. – Musicie zostawić te wszystkie rzeczy w spokoju aż stwardnieją, na dzień i noc. – Nie ma problemu, jakoś wytrzymamy – zadecydowała za wszystkich Milka. Babu pozwoliła im wytrzeć ręce w prześcieradło z grubego płótna, które suszyło się na strychu. Robili to przez dłuższą chwilę ciągnąc każdy w swoją stronę. Po czym zaprowadzili Babu do komnaty, w której krasnoludki zdrzemnęły się czekając na odpowiedź.
* * *
Babu była zadowolona z pojawienia się krasnoludków, chociaż nie dała tego od razu po sobie poznać. Już pierwszego dnia okazało się, że rzeczywiście świetnie znały się na różnych robotach i lubiły pracować. W tej sytuacji remont zamku nie wydawał się już takim problemem, jak wcześniej. Wszyscy nabrali w tym względzie jeszcze więcej optymizmu. Krasnoludki były naprawdę fachowe i miały dużą wiedzę, a także wyczucie w dziedzinie renowacji. Znały stare techniki i rzemiosła. Były też silne. Kiedy walnęły kilofem, było je słychać w najdalszych częściach zamku. – Wiecie jakie one są silne?! – Jasnoszary w ciemne łaty przybiegł, żeby opowiedzieć o tym innym konikom.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Rzeczywiście, w całym zamku słychać było krasnoludki walące kilofami w ściany. Dziewczynki szybko przestały się nimi zajmować, bo okazało się, że krasnoludki nie lubią, kiedy im się przeszkadza w pracy. Miały zresztą mnóstwo innych spraw na głowie. W tej chwili, na przykład, Bajka usiłowała przez chwilę posiedzieć w stajni, w której nie była już od dwóch dni. Julka szybko ją tam znalazła. Razem odszukały Milkę, która rzucała patyk swojemu psu, oglądając przy tym zdjęcia rodzinne. Piękny, duży, mądry i łagodny pies za każdym razem z energią odnosił jej patyk. – Bawisz się z nami? Przebieramy się za dziewczynki zajęczynki! – Bajka wprowadziła ją w temat, który omawiały z Julką w drodze do niej. Milka zażądała szczegółowych wyjaśnień zanim podjęła decyzję. – Znaczy myślimy jak dziewczynki, ale mamy takie uszy i słyszymy tak dobrze jak zające – uściśliła natychmiast Bajka, po czym Milka skinieniem głowy dała znać, że przyjmuje propozycję zostania trzecią zajęczynką. Julka nie po raz pierwszy spojrzała na Bajkę z podziwem i odważyła się zapytać: – Skąd ty wszystko tak od razu rozumiesz i umiesz wytłumaczyć? – Wcale nie wszystko i nie od razu. Ale, jeżeli chcesz wiedzieć, to mam takie swoje Biuro Wytłumaczeń, z którym jestem w kontakcie. – No właśnie, podejrzewałam coś w tym rodzaju… – zamyśliła się Julka. – Możesz mi powiedzieć jak się nazywa? Bajka popatrzyła na nią poważnie. Potem rzuciła okiem na Milkę i powiedziała: – Zaczyna się na duże M i kończy na -sia. – Mamusia … – szepnęła Julka. No tak, rozumiem. – Czasem, kiedy nie mamy możliwości skontaktować się natychmiast, wystarczy sobie wyobrazić co Ona by zrobiła i Ją naśladować. Już samo to wystarcza – dodała Milka. – Albo wyobrazić sobie, co Ona by nam poradziła. Takie podejście do sprawy jest najlepsze, bo Ona nie tylko nas świetnie zna, ale też chce dla nas jak najlepiej, bo nas naprawdę kocha. Mocno i bezinteresownie. Dziękuję, że mnie wtajemniczyłyście – powiedziała Julka cicho, po czym westchnęła głęboko i dodała już normalnym głosem:
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Wracając do tych zajęczynek, to czy możemy się w nie bawić w ogrodzie, bo chciałam się zobaczyć z ogrodnikiem? – Tylko w ogrodzie! – co do tego wyjątkowo wszystkie trzy zgodziły się całkowicie. Zabawa tak je wciągnęła, że Julka o mało nie zapomniała o ogrodniku, do którego miała pytanie. Dziewczynki zajęczynki bawiły się w chowanego między kawałkami rzeźb, potem w okolicy kamiennych krasnali ogrodowych. W końcu jako zajęczynki potrzebowały nazrywać trochę marchewek i właśnie przy tej okazji natknęły się na Wuja, który, oparty o kamiennego krasnala, odpoczywał po plewieniu. – Chrupnij sobie! – Wuj podał Bajce wypłukaną w wiaderku marchewkę. – Bardzo lubię marchewkę, ale nie w smaku – Bajka usiłowała być jak najuprzejmiejsza. – Coś ty? – Wuj ugryzł marchewkę z wielką przyjemnością i usadowił się jeszcze wygodniej na kupie zgrabionej trawy. – Czy wiesz coś o ogrodniku, który pracował tutaj przedtem? – zapytała Julka wiedząc, że lepsza okazja do takiej rozmowy szybko się nie nadarzy. – Zależy o co ci chodzi. – Na przykład czy był bardzo stary. – W zasadzie wszystko co wiem, to to… – Wuj zrobił długą przerwę dla efektu, bo wiedział jak opowiadać historie – … że był niesamowicie stary. – Nic po sobie nie zostawił? – Ja się na nic nie natknąłem. Julka była rozczarowana. – Wiem tylko – ciągnął Wuj – że musiał lubić czarne jagody, bo wszystkie koszyki są nimi ubrudzone. – Pokażę ci, gdzie rosną – dodał wstając. Wszystkie zajęczynki poszły za nim. Wuj doprowadził je do pagórka między drzewami, całego porośniętego niskimi krzaczkami jagód. – To ja już będę leciał – pożegnał je i odszedł w swoją stronę bez pośpiechu. – Za górką są też poziomki. Chyba już od tygodnia ich nie jadłyśmy! – krzyknęła zajączynka Milka, która poziomki lubiła o wiele bardziej, niż czarne jagody. Obie z zajęczynką Bajką pobiegły w tamtą stronę udając kicanie. Julka została na górce usiłując zebrać myśli. Nie mogła się skupić, bo słyszała chichoty, klaskanie i wyliczankę Milki:
Idzie sobie mał-pa przez zielony las w jednej ręce trzy-ma mocno kom-pas w drugiej ręce trzy-ma małpa dżi-pi-es i w ten sposób mał-pa zawsze wie gdzie jest.
– Ha! Wiedziałam, że wygram – dobiegł do Julki zadowolony głos zajęczynki Milki. – Zawsze wychodzi na ciebie! Mogę teraz ja wyliczyć? – powiedział głos zajęczynki Bajki i wyliczył:
Kiedyś jedna ko-za urwała się z wo-za. Weszła do księ-gar-ni, przeczytała: PRO-ZA. Zeżarła pół książ-ki i zasmakowa-ła. Od tej pory ko-za tylko czytać chcia-ła.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Julka starała się na chwilę oderwać myślami od zabawy. Po głowie chodziła jej rozmowa koników z bardzo starym ogrodnikiem na temat czasu. Ta, o której opowiadały jej jeszcze przed wyjazdem z Tudii. Nie chciało jej się też zbierać jagód, ale pomyślała, że skoro ogrodnik tak strasznie je lubił, to może warto spróbować. Jeszcze nigdy w życiu nie jadła jagód prosto z lasu ani z ogrodu.
– Ała! – kiedy usiłowała klęknąć między krzaczkami, coś ukłuło ją w kolano. Podskoczyła i zobaczyła koło swojej nogi pierścionek. Odcinał się od jasnozielonego mchu, w który był wbity, i wyglądał jakby ktoś go ułożył na poduszeczce do biżuterii. Błyszczał jak nowy. Był srebrny, bardzo prosty, a zamiast kamienia miał ciemnoniebieską jagodę pokrytą białawym meszkiem. Tak jak wszystkie świeże jagody. Julka podniosła pierścionek. Jagoda, chociaż prawdziwa, nie rozgniotła się pod jej dotykiem. Obrączka nie była duża. Pierścionek wyglądał raczej jak zrobiony dla dziecka. Julka przyglądała się zagłębieniu na czubku jagody. Miało kształt gwiazdki i było zupełnie takie samo jak na wszystkich innych jagodach rosnących dookoła, ale w tej na pierścionku wyglądało bardziej jak próba złota albo srebra. Zdała sobie sprawę, że wpatrując się w zagłębienie czyta coś, co jest w nim jakby wygrawerowane:
Żeby mieć więcej czasu,
trzeba przestać się spieszyć.
Zatrzymaj się i pomyśl
Tyle była w stanie przeczytać obracając pierścionek, bo napis biegł spiralnie. Każda kolejna litera była mniejsza od poprzedniej. Ostatnich prawie nie było już widać.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
– Jednak dobrze, że chodzę do szkoły – pomyślała Julka cała spocona z wrażenia. Alfabet pisanymi sprawiał jej jeszcze trochę trudności, szczególnie jeżeli pismo było wyrobione. Włożyła pierścionek do kieszeni i pobiegła za zajęczynkami. Dogoniła je dopiero koło zamku i w związku z sytuacją, jaką tam zastała, musiała odłożyć pokazanie pierścionka na później. Kiedy wszystkie trzy wpadły zdyszane do sieni zamkowej, koniki witały się właśnie z królową Marylią, która wstąpiła do nich w drodze na raut. Od razu zrobił się ruch i rozgardiasz, tym bardziej, że Marylia dosyć się spieszyła. Koniki były podekscytowane w najwyższym stopniu. – Co to jest raut? – Beżowobury pytał właśnie białego konika z jedną szarą łatką. – Nie wiem, ale chciałbym na tym być – odpowiedział tamten szeptem. – Raz miałem iść na wernisaż, ale byłem chory. Myślę, że to może być coś podobnego. Wtedy poszedł zamiast mnie Kary i opowiadał, że chodzi się z kawałkami sera i uśmiecha. Są też bardzo małe kanapki, zupełnie inne w smaku niż domowe kolacyjne. Ich rozmowie przysłuchiwał się najmniejszy ze wszystkich koników. Chciał wtrącić, że na wernisażu powinna być Sztuka, ale ponieważ nie wiedział dokładnie, o co chodzi ani jak to wytłumaczyć, na wszelki wypadek nic się nie odezwał. Żaden z koników nie wiedział co to jest raut, więc każdy wyobrażał go sobie inaczej. Sądząc po ubraniu królowej, byli pewni jednego: że jest to coś eleganckiego.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Królowa Marylia miała na sobie długą czerwoną suknię z bardzo szeroką spódnicą naciągniętą na stelaż czyli coś w rodzaju metalowej klatki rozszerzającej się do dołu. Była to najpiękniejsza suknia świata, która na dodatek zawsze układała się tak, jak powinna. Marylia, uznana specjalistka od sukni balowych i strojów na specjalne okazje, miała na palcu pierścień z dużą perłą. Jasne włosy nosiła upięte do góry w kształcie stożka oplecionego do samego czubka sznurem drobnych perełek. Jej efektowny strój, jak zawsze, robił wielkie wrażenie. Marylia po kolei pytała każdego, co u niego słychać i rozmawiała z nim przez chwilę. Przy okazji dyskretnie wsuwała im do rąk malutkie śliczne paczuszki, których nie otwierali od razu, żeby się nimi dłużej nacieszyć. O nikim nie zapomniała. Dziewczynki postanowiły od razu zajrzeć do swoich pudełek. Julka zastanawiała się, ściskając swoją paczkę, skąd Marylia mogła wiedzieć o jej przyjeździe. Bajka wzięła do ręki rzucone na komodę w sieni złote rajstopy i srebrną sukienkę wyglądającą zupełnie jak zbroja: – To tyżeś to, małpo włochata, dostała? Ale świetne! – zwróciła się do Milki, która nawet jej nie usłyszała w ogólnym gwarze. Okazało się, że jeszcze przed rautem, królowa Marylia wybierała się na balet Senne Słonie i miała jeden dodatkowy bilet. Po dyskusjach i wyliczankach uzgodniono, że zabierze ze sobą najmniejszego konika, który o mało nie zemdlał ze szczęścia. Potem, kiedy wrócił taksówką, powiedział, że nie jest w stanie znaleźć słów, żeby opisać swoje wrażenia. W życiu nie widział i nie słyszał czegoś tak pięknego.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami
Zanim odjechali, Babu zapytała Marylię tonem raczej twierdzącym niż pytającym: – Zjesz coś chyba przed tym teatrem? Wszyscy przenieśli się do stołów na dziedzińcu, tych najbliżej kuchni. Koniki teraz dopiero poczuły, jakie są głodne. Podobnie Dziewczynki. Przyszły też krasnoludki. Przerwały pracę kiedy dobiegł do nich zapach odsmażanych kopytek, które uwielbiały. Jedzenie, jak zwykle u Babu, rozmnożyło się całkiem samo. Babu wydała tylko odpowiednie dyspozycje i pomieszała w kilku garnkach. Szepnęła coś temu i owemu pomocnikowi. Pod ścianą szybko usiadły trzy dodatkowe obieraczki jarzyn i zabrały się do pracy nucąc. Po chwili Babu polewała każdemu kopytka na talerzu sosem grzybowym z olbrzymiego pękatego kotła z dwoma uchami. Dwóch mężczyzn wiozło go za nią na wózku. Szary obserwował krasnoludki jedzące w milczeniu i skupieniu. – To wy tu tak długo mieszkacie i nikt o was nie wiedział? – odważył się w końcu na pytanie. Najważniejszy krasnoludek podniósł wzrok znad talerza i popatrzył na niego poważnie, po czym cierpliwie wyjaśnił charakterystycznym, trochę nieprzyjemnym, niskim, ale chwilami piszczącym, krasnoludkowym głosem: – Krasnoludki mieszkają w każdym starym ogrodzie. Jest tylko kwestia tego, czy chcą wyjść do ludzi, czy nie. Po posiłku krasnoludki podziękowały i odeszły rzędem w głąb ogrodu. Kilofy trzymały na ramionach. Powiedziały, że mają zwyczaj zabierać ze sobą narzędzia każdego dnia. Babu nie była tym zachwycona, bo nigdy nie wiedziała, czy wrócą. Pozostawało jej mieć nadzieję, że tak. Proponowała im noclegi, ale nie chciały.
Po odjeździe królowej Marylii zrobiło się cicho i jakby pusto. Koniki siedziały na murze zamkowym i obserwowały jej karetę oddalającą się krętą drogą. Wsiadając do karety w czerwonej sukni Marylia wyglądała perfekcyjnie. Koniki czuły się jakby wzięły udział w jakiejś uroczystości albo obejrzały wielki, ciekawy spektakl. Były wypompowane, ale pełne wrażeń. W oddali zamajaczyły im plecy Pana Janka idącego powoli w swoją stronę. Chwilę wcześniej Pan Janek posiedział w zamku i poradził wychodząc, żeby zebrali pranie, bo będzie deszcz. Babu wyjątkowo wywiesiła tego dnia rzeczy do suszenia za basztą wschodnią zamiast na strychu.
Zamek z prawdziwego zdarzenia – Marta Kotburska – Zamek z kolorowymi oknami